Archwium > Numer 452 (04/2011) > Czy życie można zmienić? > Coś się kończy i coś zaczyna

Coś się kończy i coś zaczyna
Trzeba być tym, kim się jest, znać wartość swojego człowieczeństwa. Wszystko inne to tylko względne przypadłości, które dziś są, a jutro może ich już nie być.

Kiedy spojrzeć na księdza życiorys, nietrudno zauważyć, że przynajmniej kilka razy musiał ksiądz zostawić coś, czym się zajmował przez dłuższy czas, co dawało z pewnością poczucie satysfakcji i spełnienia, i zaczynać od nowa.

Rytm kończenia i rozpoczynania jest obecny w życiu prawie każdego człowieka. To element ludzkiej kondycji, jak również kultury, w której żyjemy. Wiele było takich momentów, w których musiałem coś zostawiać. Gdy jednak patrzę na ten mechanizm z perspektywy czasu, widzę wyraźnie, że poczucie wspinania się na kolejne piętra towarzyszyło mi tylko do pewnego czasu. Świadomość granic między kolejnymi etapami nie zawsze jest jasna i klarowna.

Czy mógłby ksiądz nazwać najważniejsze z tych etapów?

Pierwszym momentem, kiedy coś się kończyło i zaczynało się coś nowego, było wstąpienie do Zgromadzenia Marianów. To była wielka radość płynąca z poczucia, że po raz pierwszy samodzielnie nadaję kształt mojemu życiu, sam wchodzę w jakąś przestrzeń, nieznaną nikomu z moich najbliższych. Wchodziłem w nią z euforią, której, jak później zobaczyłem, towarzyszyła pewna doza dramatu. Gdy miałem już wyjeżdżać, zauważyłem, że moja mama, która bardzo się cieszyła z mojej decyzji, płacze. Zapytałem wtedy: „Co się dzieje, mamo?”. A ona odpowiedziała: „Nie rozumiesz, że ja ciebie tracę, że to jest dla mnie trudne?”. Kiedy jesteśmy pełni młodzieńczego entuzjazmu, zupełnie nie bierzemy pod uwagę tego, że nasze wybory dla innych mogą być trudne.

Potem był cały cykl formacyjny, po nim praca duszpasterska, mój pierwszy rok kapłaństwa w Grudziądzu. Uczyłem tam religii. Wszystko było nowe i cudowne. I to już nigdy się nie powtórzyło. Kiedy po roku powiedziano mi: „Koniec! Teraz idziesz na studia!”, odebrałem to jako coś naturalnego, co wpisane jest w logikę obowiązku pójścia naprzód. Wiązały się z tym nowe wymagania, nowe sytuacje. Zabrałem ze sobą bagaż przyjaźni, więzów oraz różnych doświadczeń i spokojnie wkroczyłem w następny etap.

Przy kolejnych życiowych zmianach było podobnie: nigdy nie analizowałem tego w kategoriach, że coś się kończy i coś się zaczyna. Tak było na przykład z przyjściem do pracy w „Tygodniku Powszechnym”.

Zaczęliśmy naszą rozmowę od księdza decyzji o wstąpieniu do zgromadzenia. Chciałbym jednak cofnąć się do czasów dzieciństwa. Urodził się ksiądz przed II wojną światową. Jej nadejście musiało również coś zamknąć w księdza życiu.

Pochodzę z rodziny ziemiańskiej, która dawała poczucie bezpieczeństwa. Moje świadome dzieciństwo przypadło na czas okupacji. Świat, który znałem, w swoim wymiarze materialnym po prostu się zawalił. Z domu w Warszawie zostały ruiny. Gdy Niemcy zabrali nasz majątek, przenieśliśmy się do innego. Był tam duży i piękny dom, mówiono o nim pałac, bo był pałacem, nie dworem jak ten zabrany przez Niemców. Ale później pałac musieliśmy opuścić dwiema furmankami, matka z nami, pięciorgiem małych dzieci. Ojciec w 1944 był aresztowany i rozstrzelany przez Niemców.

Zamieszkaliśmy w jakiejś małej chałupinie. Stary świat rozsypał się w gruzy. Znikło poczucie bezpieczeństwa. Runęła Warszawa, cudowna, widziana oczami dziecka jako coś bardzo pięknego, mocnego i trwałego. Doświadczyłem ulotności rzeczy. To była trudna, a zarazem ważna lekcja.

Przygodę z „Tygodnikiem” rozpoczął ksiądz już po studiach?

Tak, było to w 1964 roku po ukończeniu studiów na KUL-u. Z „Tygodnikiem” związałem się na stałe, choć w tym czasie podejmowałem inne zajęcia, które można by nazwać kolejnymi etapami mojego życia. Przez blisko dwa lata byłem na studiach we Francji. Później na prośbę Jana Pawła II przygotowywałem oraz 11 lat redagowałem polskie wydanie „L’Osservatore Romano”.

Jak ksiądz wspomina tamte lata i czas spędzony w Rzymie?

To była fascynująca przygoda, choć przyznam, że w życiu nie pracowałem tak ciężko jak wtedy, od rana do wieczora. Watykan ma to do siebie, że jest tam zawsze o parę osób za mało i dlatego wszyscy pracują ponad siły. Ja się w to bardzo zaangażowałem, włożyłem mnóstwo czasu i energii. Ale później, po upadku komunizmu i otwarciu granic oraz zniesieniu cenzury, praca ta stała się niezwykle nużąca i mało porywająca. Bardzo chciałem ten etap zakończyć. Wiedziałem, że nie mogę powiedzieć Papieżowi, iż mi się sprzykrzyło i chciałbym już pójść dalej, bo Papież miał więcej powodów, by powiedzieć, że mu się sprzykrzyło. Praca w Watykanie była dowodem zaufania Ojca Świętego i wielkim zaszczytem, ale też ciężką i wyczerpującą harówką.

Postanowił ksiądz zrezygnować z pracy w piśmie, które tworzył od podstaw.

To prawda. Organizowałem redakcję, znalazłem świetnych współpracowników polskiej edycji „L’Osservatore Romano”, to było jakby moje dziecko. Jednak każde dziecko dojrzewa i trzeba je kiedyś zostawić. Moje delikatne zabiegi, żeby się wycofać, przyniosły efekt dzięki ks. biskupowi Franciszkowi Macharskiemu i „Tygodnikowi Powszechnemu”. Oni się postarali o to, bym mógł wrócić do Polski.

Wtedy odkryłem, ku własnemu zaskoczeniu, że odejście wcale nie jest dla mnie łatwe. Przez tyle lat byłem i nagle już mnie nie ma. Ale ten stan nie trwał zbyt długo. Poczułem po raz pierwszy to, co świetnie uchwycił Jerzy Liebert, pisząc w jednym z wierszy o własnej śmierci: „z pustką przykrobolesną świat się szybko oswoi”. Po prostu życie płynęło dalej.

Wrócił ksiądz do Polski z myślą o poświęceniu się w pełni pracy w „Tygodniku Powszechnym”?

Tak, ale dwa lata później zostałem generałem Zgromadzenia Marianów i pełniłem tę funkcję przez kolejnych sześć lat. Traktowałem to jak dyżur, który niespodziewanie przypadł mi w udziale. To był dar, bo ten czas odnowił i zacieśnił moje więzy ze zgromadzeniem. Jednocześnie właśnie wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jak jestem zakorzeniony w Krakowie. Tu miałem swoje rzeczy i książki, przechowywane podczas mojej nieobecności przez znajomych. Odwiedzając Polskę, zawsze byłem na Wiślnej. Stale miałem z redakcją kontakt, pisywałem do „Tygodnika”.

Zadanie bycia generałem Zgromadzenia Księży Marianów z pewnością do łatwych nie należało.

To prawda. Wiadomo, że jest to zadanie na pewien czas, związane z kadencyjnością urzędu. Ale nie zmienia to faktu, że taka służba jest bardzo angażująca. Byłem odpowiedzialny za blisko sześćset osób. Wszystkich poznałem, z każdym przynajmniej dwa razy się spotkałem w czasie sprawowania urzędu. Cały czas jednak zdawałem sobie sprawę, że nie jestem stworzony do takich zadań, że są inni, znacznie bardziej nadający się do tego typu posługi.

Po sześciu latach, za aprobatą Ojca Świętego, wróciłem do „Tygodnika” jako następca Jerzego Turowicza. Poprosiłem na kapitule, żeby nie wybierano mnie ponownie na urząd generała. (To była prośba dość bezczelna, bo przecież nie wiedziałem, czy ktoś w ogóle ma taki zamiar). Moim następcą został – czego pragnąłem – nieżyjący już ks. Marc Garrow.

Zamknęły się za księdzem kolejne drzwi, kolejny etap.

Najciekawsze jest to, że znowu wróciło dziwne uczucie, które towarzyszyło mi, gdy odchodziłem z „L’Osservatore Romano”. Byłem generałem, bądź co bądź osobą najważniejszą w zgromadzeniu, i nagle, po kapitule, moje miejsce zajął energiczny następca. Kiedy widziałem, jak zaczynają się pojawiać pewne zmiany, odczułem zupełnie irracjonalną irytację. Stante pede opuściłem dom generalny i to uczucie szybko odeszło.

Chodziło o to, że ktoś inny podejmuje decyzje?

Tak, to takie egocentryczne doświadczenie, że nie jest przyjemnie przestać być w centrum. Nie było w tym niechęci, a tym bardziej wrogości do nowego zarządu. Na szczęście czas szybko to załagodził. Było to jednak ważne doświadczenie. Jakby przymiarka do umierania, a nawet do emerytury, kiedy nas nagle ze wszystkich stanowisk zdejmą. To doświadczenie hartujące.

Na szczęście bycie poddanym nie trwało zbyt długo. Po powrocie do Krakowa bardzo szybko został ksiądz znowu przełożonym.

Rzeczywiście, zostałem redaktorem naczelnym „Tygodnika”. Nigdy w życiu, mimo wieloletniego zaangażowania w pracę redakcji, nie miałem takich ambicji ani chęci. Myślę, że zadziałało tu prawo Parkinsona, iż zostałem redaktorem naczelnym na zasadzie osiągnięcia najwyższego punktu niekompetencji. Po śmierci Jerzego Turowicza jego wola i okoliczności przemawiały za takim wyborem. Starałem się nie traktować tej sytuacji jako jakiejś radykalnej zmiany. Chciałem, aby był to ciąg dalszy mojej przygody z pismem. I muszę stwierdzić, że chyba się udało. Dziś ta przygoda dobiega końca, co oczywiście nie oznacza zakończenia współpracy.

Patrząc z perspektywy na te wszystkie etapy, które zadania i obowiązki były dla księdza najtrudniejsze?

Z pewnością trudniej było być redaktorem naczelnym „Tygodnika Powszechnego” niż przełożonym generalnym marianów. Tam miałem całą kościelną strukturę, która niesie, reguluje i daje oparcie. Precyzyjne prawo, radę generalną, czyli doradców, i machinę instytucji, która funkcjonuje od lat. W „Tygodniku” wydawało mi się, że chodzę po polu minowym. Jako generał byłem przełożonym zakonników, którzy ślubują posłuszeństwo i mają jakieś reguły działania. W „Tygodniku” spotkałem grono ludzi wybitnych, których mało znałem, bo to już było nowe pokolenie. To nie jest kółko ministrantów. Czasem trudno było nam się dogadać. Bywały sytuacje bolesne, dramatyczne.

Zdaje się, że nadszedł dla księdza moment zamknięcia kolejnego etapu w życiu.

Przekroczyłem wiek, w którym biskupi idą na emeryturę. Gdy ten moment się zbliżał, kilka lat temu, pomyślałem: „Nie mogę wrócić do klasztoru na wózku inwalidzkim, jako zdany na innych staruszek. Wypada wrócić, póki jestem sprawny i mogę jeszcze coś robić”. Złożyłem taką deklarację z wyprzedzeniem pięciu lat, a przełożeni zapamiętali. Wtedy wydawało się to odległe, ale koniec przygody z „Tygodnikiem” był z każdym rokiem bliżej.

Wspomniał ksiądz o klasztorze. Czy nie obawia się ksiądz trudności związanych z powrotem do życia we wspólnocie?

Przez wszystkie lata, gdy pracowałem „na zewnątrz zgromadzenia”, utrzymywałem z nim kontakt. Jako generał wszystkich poznałem, a moi bracia poznali mnie. Mam nadzieję, że powrót nie będzie dla mnie trudny. Choć świadomość tego, że stosowna chwila nadeszła, rodzi niepewność i pytania.

Powiedziałem jakiś czas temu przełożonym, że będę chciał zamieszkać z powrotem w klasztorze, gdy skończę 75 lat. I nagle okazuje się, że ta granica jest tuż tuż. Jest rok 2010. Prowincjał mówi: „W związku z tym, co ojciec powiedział pięć lat temu, proszę w lipcu przenieść się do klasztoru na Stegnach”. Myślę sobie: „Chryste Panie, zwariował facet?!”. Informuje mnie o tym w liście. Typowa męska korespondencja, konkretna i rzeczowa. Pytam, czy są dla mnie jakieś zadania, co mogę tam robić, bo mam wrażenie, że nie będę tam do niczego potrzebny. I otrzymuję odpowiedź: „Jak to do niczego? Sama obecność drogiego księdza jest dla nas ważna”. Niby miłe, ale ja znam ten język. Cóż, człowiek lubi być niezbędny, a przynajmniej potrzebny.

I udało się księdzu przez jakiś czas pozostać na swoim stanowisku.

„Tygodnik” był w tym czasie w trudnej sytuacji, o czym nie wiedzieli moi przełożeni. Bogiem a prawdą, zgromadzenie nigdy zbytnio się nie interesowało, co tutaj robię. Mam wrażenie, że niektórych braci irytuje moje zaangażowanie w „Tygodnik”. Różnie z tym bywa, zgromadzenie jest pod tym względem dość zróżnicowane. W każdym razie nie mam o nic żalu.

Prowincjał przyjechał do redakcji, poznał sytuację „Tygodnika” i zgodził się na ponadroczną prolongatę, do walnego zgromadzenia spółki w marcu tego roku. Próbowałem z powodów logistycznych ten okres przedłużyć, ale ostateczne polecenie brzmiało: „Proszę na Wielkanoc być w warszawskim klasztorze na Stegnach”.

Zatem rzeczywiście coś się zamyka.

Tak, to rzeczywiście koniec czegoś. Także koniec pewnego sposobu życia. Przez ponad 30 lat, żyjąc według reguł zakonnych, pozostawałem poza fizyczną wspólnotą. Taka forma jest dopuszczalna za zgodą władz kościelnych. Teraz to się kończy. Siłą rzeczy się obrasta we wszelaki dobytek. Ponad 1500 książek przesłałem już do naszego seminarium, ale tego nawet tu nie widać. Przygotowuję jeszcze drugą i trzecią przesyłkę. Tam, gdzie zamieszkam, będę mógł trzymać trochę książek, ale nie aż tyle. Człowiek niepostrzeżenie gromadzi mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. To ulga, dobra okazja pozbycia się tego, co zbędne. Nie ukrywam jednak, że w tym momencie jest to operacja dość bolesna.

Czego ta sytuacja uczy człowieka, który ma za sobą tak bogate doświadczenie życiowe?

To kolejna lekcja przygotowująca do tej definitywnej zmiany sposobu istnienia z materialnego na duchowy, kiedy trzeba wszystko zostawić. Znów odkrywam, że z „pustką przykrobolesną świat się szybko oswoi”. Mojemu następcy staram się już teraz zostawić jak najwięcej wolności, wtrącać się jak najmniej. Widzę, że wykonuje swoje zadanie znacznie lepiej ode mnie. Coraz mniej osób przychodzi do mojego gabinetu. Następcy szybko i sprawnie przejęli sferę decyzyjną. I co ciekawe, nie dostrzegam u siebie nawet śladu stanów z poprzednich zakończeń.

Mówimy często, że nikt nie jest niezastąpiony. Ale gdy doświadczamy tej prawdy w realnym życiu, nie zawsze jest nam z tym lekko.

Patrząc na to wszystko, człowiek odkrywa, że nie powinien siebie zbyt serio traktować. Przychodzą mi na myśl ludzie, których odejście wydawało się nie do pomyślenia. Pamiętam, jak Jerzy Turowicz, który jeszcze nie był tak bardzo chory, zebrał grupę współpracowników i powiedział o swojej rezygnacji z funkcji bycia redaktorem naczelnym „Tygodnika”. Z jakim żarem przekonywaliśmy go, że sama jego obecność jest ważna, że jest niezbędny, że wszystkich łączy, nadaje pewien kierunek, że sama świadomość, że on nasze teksty przeczyta, daje poczucie bezpieczeństwa, że jest twarzą „Tygodnika”, że jak to tak „Tygodnik” bez Turowicza?... Zgodził się zostać. Ale potem Jerzy Turowicz zmarł. Jego nikt nie zastąpi, ale „Tygodnik” musiał istnieć bez Turowicza. Było to tym trudniejsze, że ja się znalazłem na jego miejscu.

Czy jest coś, co ksiądz chciałby zmienić, inaczej przeżyć, gdyby dało się cofnąć czas?

Po tych wszystkich latach pracy w „Tygodniku”, gdy trzeba tak wiele zostawić, wraca bardzo realnie doświadczenie przypadkowości bytu. Świadomość tego, że człowiek jest, ale może go nie być. I jeszcze pytanie o to, co w nas zostaje z całego życia, gdzie jest moje prawdziwe „ja”. Z perspektywy widzę, że miałem zbyt mało czasu na przyjaźnie, na podtrzymywanie więzi międzyludzkich. Byłem trochę niewolnikiem tego, co musiałem robić. Na pierwszym planie zawsze stawiałem obowiązek. Podtrzymywanie więzów przyjaźni kosztem pracy – to nie wchodziło w grę. Zegarek, kalendarz i obowiązki…

Z jednej strony wszystko to było konieczne, aby sprostać wciąż nowym i trudniejszym wymaganiom, które przede mną stały. Dziś widzę jednak, że czasami w tym przesadzałem. Żałuję.

Zamykając kolejny etap życia, zostawia ksiądz także Kraków, znajome miejsca, kościoły, ulice, zakątki, kawiarnie…

…i ludzi. Kiedy ksiądz kardynał Dziwisz zapytał: „Czy chcesz odejść z Krakowa?”, odpowiedziałem szczerze, że moja gorsza część chciałaby zostać. Tu czuję się bezpiecznie. Znam ludzi, a oni wiedzą, kim i po co tu jestem. A jednocześnie moje lepsze „ja” chce iść tam, gdzie pośle mnie Kościół. Złożyłem kiedyś ślub posłuszeństwa i chciałbym go dochować. Staram się to przeżyć pozytywnie. Na poziomie uczuć i emocji takie wyjęcie z czegoś, w co człowiek włożył dużo serca i energii, można porównać z wyrywaniem zębów. Ale w tym realizuje się to ślubowane Bogu posłuszeństwo.

Czy doświadczając zmian i pozostawiania za sobą kolejnych dzieł i etapów życia, nie miał ksiądz chwil zniechęcenia? Czy nie przychodziły wątpliwości, że jeśli wszystko może się rozpaść i wszystko będzie trzeba kiedyś zostawić, to w zasadzie nie warto się angażować, nie warto tracić sił i czasu?

Chyba każdy przeżywa chwile znużenia i poczucia absurdu wszystkiego, co robi. Uważam jednak, że właśnie w tych momentach tkwi wielka siła. To one każą zachować pewien dystans, nie pozwalają nam traktować siebie ze śmiertelną powagą. A samo zostawianie za sobą kolejnych dzieł, w które się angażujemy, nie musi być ograbieniem ze wszystkiego.

Wiele z tego, co robiłem w przeszłości, przetrwało. To daje satysfakcję i poczucie spełnienia, choć te dzieła rozwijają się dalej już beze mnie i być może kiedyś nikt o mnie nie będzie pamiętał. Na przykład w „L’Osservatore Romano” niektóre z moich pomysłów przetrwały. Inne elementy już dawno zostały zmienione. Nie mam o to żalu. Gdy patrzymy na życie w szerszej perspektywie, widzimy, że nie wszystko się rozpada, że zostają po nas jakieś ślady, jakieś świadectwo. Podobnie jest z moim doświadczeniem kapłaństwa. Zdarzyło się, że idąc ulicą, spotykałem kobietę, która dziękowała mi za to, co powiedziałem jej w konfesjonale przed dwudziestu laty, kiedy była małą dziewczynką. Powiedziała nawet, że to uratowało jej życie. Zatem także sam Pan Bóg daje człowiekowi znaki, że non omnis moriar. Jednak często okazuje się, że nie są to akurat te rzeczy, w które włożyliśmy najwięcej energii czy najwięcej pracy. Stąd potrzeba dystansu, o czym wcześniej wspomniałem. I pokory.

Co jest, zdaniem księdza, najważniejsze w chwilach, gdy zamykamy kolejne rozdziały naszego życia, w momentach, które jakoś weryfikują nasz system wartości?

Najważniejsze jest to, kim jestem. Zarówno bogactwo, jak i ubóstwo, moja siła i słabość, są we mnie, a nie w całej aparaturze, która mnie trzyma, prowadzi czy pomaga mi funkcjonować. Chodzi o to, żeby oczyszczać się z egoistycznego „mieć” i otwierać na swoje włas-
ne „być”. Myślę, że to jest najważniejsze. Trzeba być tym, kim się jest, znać wartość swojego człowieczeństwa. Wszystko inne to tylko względne przypadłości, które dziś są, a jutro może ich już nie być.

Przypomina mi się dokument Krzysztofa Zanussiego. Opowieści o dziejach ciekawych postaci arystokracji polskiej, ludziach, którzy budowali Polskę przedwojenną. Wywiezieni na Syberię żyją w potwornych warunkach. Ale wciąż pozostają sobą. Nie tracą nic z tego, co najważniejsze, chociaż całe „opakowanie” zniknęło. To była klasa istnienia wypracowana przez całe pokolenia, pewien styl wymagań, wartości, z którymi ci ludzie się utożsamiali. Nie wszyscy żyjący w tamtych czasach zdali ten egzamin. Zanussi, kręcąc ten film, pokazał tych, którym się to udało.

Podobną postawę widziałem też w mojej matce, która zarówno wtedy, gdy była „panią dziedziczką” (tak się mówiło!) w wielkiej posiadłości, jak i wtedy, gdy została niepewną jutra wdową z pięciorgiem dzieci, nigdy nie lamentowała i nie wzdychała za minionymi czasami. Była sobą. Trzeba być tym, kim się jest, znać wartość swojego człowieczeństwa. Wszystko inne to tylko względne przypadłości, które dziś są, a jutro może ich już nie być.

Na koniec pytanie przyziemne i praktyczne. Jak ksiądz sobie wyobraża kolejny etap? Są jakieś plany na kolejne miesiące i lata?

Przede wszystkim jestem coraz bardziej pogodzony ze zbliżającą się zmianą. Jeśli chodzi o sferę duchową i modlitewną, mam nadzieję, że spokojny rytm klasztoru umożliwi mi większą koncentrację na sprawach duszy i przygotowywanie się na ostateczne spotkanie z Panem Bogiem. Chciałbym tak uregulować życie, żebym miał konkretny czas zarezerwowany na modlitwę, i mam nadzieję, że nie będzie to trudne.

Jeśli chodzi o moją pracę redaktorską i autorską, chciałbym wybrać coś z masy tekstów, które napisałem, i przygotować jedną, dwie czy trzy książki, które mógłbym zostawić po sobie. Mieć na to czas byłoby luksusem i ułatwieniem. Ale może się zdarzyć i tak, że mając w klasztorze kogoś, kto nie ma ścisłych obowiązków, przełożony, którego co chwilę ktoś prosi o kaznodzieję na odpust czy na rekolekcje, powie: „Niech Boniecki jedzie, jest wolny”. I będę takim facetem, który ciągle gdzieś jedzie, coś przygotowuje, jakieś stare materiały odkurza i przekłada je na współczesny język. I wtedy ani książek nie zredaguję, ani życia modlitewnego nie pogłębię, a z ilością pracy będzie tak jak tutaj albo gorzej. Ufam, że Pan Bóg się zatroszczy, żebym nie zmarnował czasu, który jeszcze został do przeżycia.

Jednym słowem, można się spodziewać, że wcale mniej aktywnie nie będzie.

Kiedy biskup Pieronek usłyszał, że wracam „do swoich”, powiedział: „Tylko nie myśl, że będziesz miał dużo czasu!”. W każdym razie, coś się znowu kończy i zaczyna się coś. Mam nadzieję, że wiele jeszcze o Bogu i o sobie samym się dowiem.

rozmawiał Paweł Kozacki OP


Adam Boniecki - ur. 1934, marianin, generał zgromadzenia w latach 1993?2000. Studiował na KUL-u oraz w Paryskim Instytucie Katolickim. W latach 1979?1991 pełnił funkcję redaktora naczelnego polskiej edycji "L?Osservatore Romano". Od 1964 roku związany z "Tygodnikiem Powszechnym", w latach 1999?2011 redaktor naczelny pisma. Od września 2007 roku współpracuje ze stacją Religia.tv. Publikuje też w "Gazecie Wyborczej". Jest autorem wielu publikacji i książek, m.in. Rozmów niedokończonych, Notesu rzymskiego i Kalendarium życia Karola Wojtyły. Mieszka w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Nie bójcie się!

Pragnienie jedności

SUROWOŚĆ I ŁAGODNOŚĆ

POCZEKAM I POLEŻĘ

Słabością i siłą


komentarze



Facebook