Cztery zegarki i czas
Objawienia prywatne nie służą pogłębieniu naszej wiedzy o Panu Bogu. Mają raczej sprawić, aby nasza świadomość wiary stała się praktyką wiary.

Hołdowałem swego czasu haniebnemu zwyczajowi spóźniania się wszędzie, gdzie tylko spóźnić się mogłem. Nie robiłem tego celowo ani tym bardziej nie wychodziłem z założenia, że w spóźnianiu się nie ma nic złego. Miałem świadomość, czym jest czas i jak należy się z nim obchodzić. Ale jakoś nie mogłem zmobilizować się do przypilnowania punktualności. Zapewne nie widziałem też złości tych, którzy na mnie czekali.

Mojemu spóźnialstwu kres położyły… prezenty. Pewnego roku z czterech różnych okazji od czworga różnych przyjaciół dostałem cztery różne… zegarki.

Przez następne miesiące bałem się otworzyć jakikolwiek prezent, bo miałem niejasne przeczucie, że pod błyszczącym papierem znajdę zegarek – mój zewnętrzny wyrzut sumienia. Pierwszy raz w życiu prosiłem św. Mikołaja o rózgę czy nawet bat na renifery – wszystko jedno – byle nie zegarek.

Od tego czasu w zasadzie się nie spóźniam – a przynajmniej staram się nie spóźniać. Co najwyżej nie przychodzę na spotkanie. W każdym razie przestałem dostawać zegarki, ale zacząłem otrzymywać podejrzanie dużo kalendarzy. Nie wiem, czy to oznacza poprawę, czy pogorszenie mojego stanu. Tak czy inaczej dzięki zegarkom zrozumiałem mniej więcej, na czym polega logika objawień prywatnych.

Czym są, a czym nie są objawienia prywatne

Objawienia prywatne, czyli takie, które nie należą do depozytu wiary i nie służą „ulepszaniu” czy „uzupełnianiu” ostatecznego Objawienia Chrystusa (por. Katechizm Kościoła katolickiego, 67) są bardzo przydatne, a czasami po prostu konieczne, abyśmy zauważyli to jedno, wielkie, najpełniejsze i najprawdziwsze Objawienie. Z nim jest dokładnie tak, jak z moimi zegarkami. Wiedziałem, że istnieje czas, zdawałem sobie nawet sprawę, że mierzy się go poprzez matematyczny opis ruchu Ziemi względem nieruchomego Słońca. Ba, miałem również świadomość, że trzeba go szanować w życiu swoim i innych. Lecz gdyby nie te nieszczęsne prezenty w postaci zegarków, pewnie bym się nie zmobilizował, żeby przestać się spóźniać.

Aby zacząć działać zgodnie z wiedzą, którą posiadamy, potrzebujemy niekiedy dodatkowego bodźca. Bodziec ów nie zwiększa naszej wiedzy na dany temat, ale pomaga nam lepiej zauważyć jakiś jej aspekt albo po prostu przeprowadzić ją ze sfery teorii w sferę praktyki. Taka właśnie jest rola objawień prywatnych. Nie służą one pogłębieniu naszej wiedzy o Panu Bogu. Mają raczej sprawić, abyśmy wyraźniej zobaczyli czy przypomnieli sobie pewne jej niuanse, oraz doprowadzić do tego, aby nasza świadomość wiary stała się praktyką wiary. Rzecz jasna, alternatywa ta nie jest rozłączna i objawienia prywatne najczęściej pociągają za sobą oba te skutki.

 Zegarki, które dostałem, nie ustanowiły ani czasu, ani nowego sposobu jego liczenia. Sprawiły jedynie, że w praktyce wziąłem czas pod uwagę.

Kolekcjonerzy zegarków – czyli o złym podejściu do objawień prywatnych

Posiadanie największej nawet liczby zegarków nie sprawi jednak, że będziemy potrafili korzystać z czasu. Kolekcjonowanie w swojej głowie i sercu objawień prywatnych nie spowoduje, że nasze życie zmieni się pod wpływem naszej wiary. Można kolekcjonować zegarki z prawdziwą pasją i znawstwem, mieć pełną wiedzę o działaniu ich mechanizmów, stylu wykonania tarcz i zegarkowych kopert, można znać od podszewki historię zegarów wielkich i małych. Pogrążając się i zatapiając w kolekcjonerstwie, można jednak zapomnieć o podstawowym celu, któremu służy każdy zegarek – o odmierzaniu czasu na użytek człowieka, a także o tym, że czas jest dany człowiekowi po to, aby przygotował się na życie w wieczności.

Można kolekcjonować objawienia prywatne – znać ich historię, treść, życiorysy osób z nimi związanych, można podróżować regularnie po sanktuariach wielkich i małych. A jednak, robiąc to wszystko, można wciąż nie zauważać, że objawienia prywatne mają zwracać uwagę na Objawienie, które dokonało się w Chrystusie, i na to, że dokonało się ono dla naszego zbawienia. Co więcej – dokonało się dla mojego zbawienia i do czegoś konkretnego mnie zobowiązuje.

Kolekcjoner zegarków to niekoniecznie człowiek panujący nad czasem, a pielgrzymkowy turysta i koneser objawień prywatnych to niekoniecznie człowiek, który żyje wiarą.

Najgorsze jest to, że objawienia prywatne, dane po to, aby skierować naszą uwagę na Objawienie Chrystusowe, potrafią nas od niego odwrócić.

Hojność Boża i ludzka pycha

Są ludzie, którzy nie lubią, kiedy się im o czymś przypomina albo na coś zwraca ich uwagę. Człowiek, który po otrzymaniu w prezencie czterech zegarków spóźnia się nadal zamiast popracować nad punktualnością, może się po prostu obrazić na darczyńców. Jak oni mogą w taki sposób mu coś sugerować. Przecież to nieeleganckie. On wie, czym jest czas i że spóźniać się nie należy. Nie trzeba go pouczać. Działa stara zasada: „Jeśli nie chcesz słuchać tych, którzy starają się ciebie zmienić czy poprawić – najbezpieczniej jest się na wszelki wypadek obrazić”.

Niektórych wierzących drażnią objawienia prywatne. Przecież oni czytają Biblię, po co im więc przypominać o czymś, o czym i tak już wiedzą. Dlatego ta Boża hojność w przypominaniu o tym, co ważne, jest dla nich bardzo nieelegancka i uciążliwa. Raz Pan Bóg powiedział – powinno wystarczyć.

Nasza pycha w reakcji na sygnały pochodzące od innych ludzi bywa bliźniaczo podobna do naszej pychy w reakcji na sygnały pochodzące od Pana Boga. A czasem jesteśmy w tej sprawie wielkimi hipokrytami i straszliwymi snobami.

Całkiem niedawno, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, toczyłem z pewnym doktorantem teologii zażartą dyskusję na temat objawień, które rozpoczęły ten właśnie kult. Człowiek ów bardzo był cięty na wszelkie formy kultu związane z jakimikolwiek objawieniami prywatnymi. Po dłuższej rozmowie spytałem o temat, którego dotyczył będzie jego doktorat. Z wypiekami na twarzy i święcącymi z przejęcia oczami wyznał z dumą, że zajmuje się badaniem wątków dogmatycznych w nowożytnej mistyce pozakonfesyjnej – od Williama Blake’a po Simone Weil. Nie byłem w stanie powstrzymać się od śmiechu. Krytyka objawień prywatnych wewnątrz katolicyzmu w ustach amatora mistyki pozakonfesyjnej brzmiała mniej więcej tak, jak krytyka bezwzględności wędkarzy w ustach szefa koła łowieckiego rozmiłowanego w strzelaniu do saren.

Myślę sobie, że wielki dystans w stosunku do objawień prywatnych, który przejawiają niekiedy katoliccy intelektualiści, bywa nie tyle oznaką ostrożności i wrażliwości dogmatycznej, ile raczej zwykłej głupoty i snobizmu.

Objawienia naprawdę prywatne

Nie można zapominać o tym, że objawienia prywatne mają jedną bardzo istotną cechę – są właśnie prywatne. Określenie to można i trzeba rozumieć przynajmniej na trzy sposoby.

Po pierwsze, objawienia prywatne to takie, które przychodzą poprzez konkretnych ludzi, „prywatne” osoby, które zwykle nie sprawują w Kościele oficjalnej funkcji nauczania. Nie zmienia to faktu, że za pośrednictwem takich właśnie „prywatnych” osób dana tajemnica wiary może być przypomniana całemu Kościołowi i wzbudzić w nim określoną formę kultu. Tak było choćby w wypadku objawień skierowanych do św. siostry Faustyny Kowalskiej. To ona odebrała Boże przypomnienie tajemnicy Jego miłosierdzia, ale było ono niewątpliwie skierowane do całego świata. Trudno znaleźć dziś gdziekolwiek na świecie kościół katolicki, w którym zbiera się żywa wspólnota wiary i w którym nie ma choćby małego wizerunku Jezusa miłosiernego.

Jednakże określenie „prywatne” w stosunku do objawień można rozumieć jeszcze w inny sposób. Otóż są one przeznaczone nie tyle dla całego Kościoła, ile raczej dla poszczególnych ludzi, nierzadko znajdujących się w bardzo konkretnym miejscu czy czasie. Przykładem niech będzie tu chociażby kult Matki Bożej Jaworzyńskiej, Królowej Tatr, kult, którego depozytariuszami i opiekunami są bracia dominikanie pełniący posługę na Wiktorówkach, pod tatrzańską Rusinową Polaną. Również ten kult rozpoczął się od objawień prywatnych, ale ewidentnie nie było wolą Bożą, aby objął cały świat i stał się udziałem całego Kościoła. Nie ma w tym nic złego – wręcz przeciwnie.

Być może objawienia rozpoczynające kult Matki Bożej Królowej Tatr skierowane były właśnie do konkretnych ludzi, którzy wyruszają w te właśnie, a nie inne góry, aby spotkać Pana Boga. A być może do tych, którzy w tych właśnie górach zgubili drogę albo znaleźli się w sytuacji wyjątkowo trudnej, wymagającej szczególnej interwencji Pana Boga i Jego Świętych. Matka Boża Jaworzyńska pełniła też zapewne niejednokrotnie misję Patronki Dobrej Śmierci.

To, że objawienia związane z kultem Matki Bożej Królowej Tatr mają charakter lokalny, niczego im nie ujmuje. Wskazuje raczej na pewną piękną cechę działania Bożego. Choć jest ono zdolne objąć i faktycznie obejmuje cały świat, to jednak jest to również działanie Boga, który ma na celu dotarcie do konkretnych miejsc, wydarzeń czy sytuacji, aby dzięki nim trafić z Dobrą Nowiną o zbawieniu do konkretnych ludzi.

Dla każdego coś innego

„Prywatność” danego objawienia ma również inne znaczenie. Tak samo jak jest sprawą prywatną, czy ktoś woli zegarek z tarczą i wskazówkami, czy też z elektronicznym wyświetlaczem, tak też jest sprawą indywidualną, które z objawień prywatnych do kogoś trafi. Jedni będą rozczytywać się w Dzienniczku św. Faustyny Kowalskiej, inni stale i na nowo będą się wzruszać historią Juana Diego i doświadczać najgłębszych poruszeń serca na widok obrazu Matki Bożej z Guadelupe. Jedni poczują potrzebę spowiedzi z całego życia, odwiedzając Licheń, inni oglądając wizerunek Jezusa z Manopello.

 Krótko mówiąc, nic nam, postronnym obserwatorom, do tego, gdzie, kiedy, z kim i w jaki sposób Pan Bóg chce się spotkać. Wtykanie w to nosa świadczy o wyjątkowym braku kultury. Pamiętać jedynie należy, że jeśli Pan Bóg zechce nam przypomnieć o sobie za pomocą np. drobnej figurki Matki Bożej Gidelskiej – nie powinniśmy wybrzydzać.

Zaskoczenie

Wielokrotnie już przekonałem się o tym, że warto czytać teksty mówiące o objawieniach prywatnych, które cieszą się w Kościele dużym zaufaniem.

Jakiś czas temu strasznie się nudziłem, słuchając wynurzeń mojej koleżanki na temat miłosierdzia Bożego. Nudziłem się nie ze względu na temat, tylko podejście mojej znajomej. Powieliła wszystkie stereotypy, które w tym temacie powielić można. Nasłuchałem się więc o pustym piekle, apokatastazie, łasce wbrew uczynkom i innych podobnych koncepcjach. Duch prorocki jakoś we mnie osłabł, lenistwo wzięło górę i nie miałem nawet ochoty wdawać się w dyskusję. Ale postanowiłem godziwie zemścić się za zmuszenie mnie do oglądania tych wszystkich myślowych klisz, których pokaźną kolekcję moja znajoma nosiła w swojej głowie. Zemsta była słodka. Założyłem się z nią o coś, pewien wygranej. Stawką z jej strony – jeśli przegra – było przeczytanie od deski do deski Dzienniczka św. siostry Faustyny Kowalskiej. Nic lepszego w temacie Bożego miłosierdzia.

Znajoma przegrała zakład zgodnie z planem i zabrała się do czytania. Trwało to dokładnie trzy miesiące. Skończywszy lekturę, zadzwoniła i drżącym głosem stwierdziła, że jeśli to jest dzienniczek o Bożym miłosierdziu, to zdecydowanie woli nie zapoznawać się z objawieniami na temat Bożego gniewu czy sprawiedliwości. Przeraziły ją bowiem podawane przez s. Faustynę opisy spotkań z cierpiącymi duszami czyśćcowymi, a już zwłaszcza powody, dla których męczarnie te stały się ich udziałem. Tajemnica Bożego miłosierdzia i jej oddziaływanie raczej nie osłabły dzięki tej lekturze, ale na pewno się urealniły i zyskały znacznie większy stopień zgodności z Objawieniem biblijnym. Cóż, czasami dobrze jest przeczytać to, o czym się dyskutuje.

Wydaje się więc, że solidna lektura tekstów związanych z objawieniami prywatnymi mogłaby sprawić prawdziwą niespodziankę wielu wierzącym. Poklepywanie po ramieniu albo interpretowanie na swój sposób tajemnic, które dzięki Bożej Opatrzności zostały przypomniane poszczególnym osobom, bywa straszliwym błędem. Dopiero realne zmierzenie się z treścią objawień odkrywa zarówno ich teologiczną głębię, jak i życiową doniosłość.

Stara zasada i dwie rady zamiast zakończenia

W wypadku objawień prywatnych działa ta sama zasada, która sprawdza się na wielu płaszczyznach życia duchowego. Brzmi ona mniej więcej tak: „Rób to, co tobie niemiłe”. Brzmi strasznie, ale ma swój sens.

Jeśli jesteś sceptykiem skłonnym do cynizmu i protekcjonalnego traktowania wiary prostych ludzi, dobrze ci zrobi wycieczka po kilku sanktuariach – o ile tylko zdobędziesz się na cień pokory i szacunku dla wiary innych. Nie zaszkodzi ci także lektura tekstów związanych z objawieniami prywatnymi – o ile tylko będziesz w stanie pochylić się nad nimi z uwagą. Krótko mówiąc: jeśli jesteś intelektualistą – sceptykiem, to dla równowagi duszy powinieneś zadać sobie trochę trudu, aby otworzyć serce na niespodziewane działania Boże. Pomoże ci to zobaczyć w Objawieniu Chrystusowym to, co pozostaje zakryte przed „mądrymi i roztropnymi”, a ukazywane bywa „prostaczkom”.

Jeśli jednak w twojej duszy wałęsa się na wpół pogańska pokusa zabobonu, czytaj raczej Pismo Święte i przystępne książki teologiczne, a nie teksty mówiące o objawieniach prywatnych. Nie trać też zbytnio czasu na religijną turystykę po polskich i zagranicznych sanktuariach. Do ciebie również skierowane są słowa św. Jana: „Nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga” (1 J 4,1). Aby jednak badać duchy, trzeba znać i być w stanie rozpoznać Ducha Bożego. Ducha Świętego zaś najlepiej rozpoznaje się, obserwując Jego działanie przedstawione w Piśmie Świętym. Bardzo pomocna w kwestii rozpoznawania duchów jest też chłodna i stanowcza, gdy idzie o ludzkie uczucia, a gorąca i rozpalona miłością, gdy idzie o prawdę Bożą, teologia.  

JANUSZ PYDA – ur. 1980, dominikanin, absolwent filozofii UJ i teologii PAT, publikował w „Teofilu”, „Znaku”, „Christianitas” i „Teologii Politycznej”, mieszka w Krakowie.


Janusz Pyda OP - ur. 1980, dominikanin, absolwent filozofii UJ i teologii PAT. Duszpasterz akademicki w Krakowie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Niech da tyle, ile ma

Nauka ściągania masek

PO SPOWIEDZI

My z wioski amiszów

PRZEWODNIK PO STANACH CHOROBOWYCH


komentarze



Facebook