Archwium > Numer 513 (05/2016) > Co wiemy o miłości > DLACZEGO MÓZG POTRZEBUJE CZUŁOŚCI

DLACZEGO MÓZG POTRZEBUJE CZUŁOŚCI
Na samą myśl o instytucji opiekującej się niemowlętami w celach komercyjnych przechodzą mnie ciarki! Bardzo niewielu z nas dobrowolnie wybrałoby pójście na starość do domu opieki.

FOT. SETH DOYLE/UNSPLASH.COM


Nie tylko geny, podstawowe popędy, ale przede wszystkim relacje z rodzicami w pierwszych dwóch latach życia kształtują trwale mózg, jego biochemię, to, jak sobie radzi z emocjami i stresem. Te wnioski z głośnej książki Znaczenie miłości (Why Love Matters) brytyjskiej psychoterapeutki Sue Gerhardt wywołały głosy zachwytu i krytyki. Autorka opowiada „W drodze” o tym, co dziś przeszkadza rodzicom kochać dzieci.

 

Jolanta Brózda-Wiśniewska: Czym jest miłość z punktu widzenia neurobiologii?

Sue Gerhardt: Miłość to radość z istnienia drugiej osoby, z tego, że jest jedyna na świecie. To też pragnienie, by ta osoba rozkwitała, rozwijała się. Nie sądzę, żebyśmy mogli tę definicję bezpośrednio przełożyć na terminy biologiczne czy neurologiczne.

A zatem, co jest głównym ośrodkiem miłości w ludzkim ciele? Mam na myśli narządy, zmysły, hormony. Mówi się, że oksytocyna jest hormonem miłości.

To prawda, przytulanie i dotyk łagodnie pobudzają wydzielanie oksytocyny i wywołują odczucie przyjemności u drugiej osoby. Ale oksytocyna ma też inne ściśle określone funkcje. Jest ważna w tworzeniu więzi, czy to z nowo narodzonym dzieckiem, czy też na początku związku między dorosłymi osobami.

Mam wrażenie, że dziś, zwłaszcza w kulturze Zachodu, uciekamy od dotyku. Dorośli boją się go zwłaszcza w relacjach z dziećmi, żeby nie posądzano ich o „zły dotyk”.

Niepokój związany z dotykaniem dzieci jest obecny zwłaszcza w takich miejscach jak żłobki czy przedszkola. Ale, na szczęście, to przewrażliwienie powoli mija. W niektórych szkołach w Anglii wprowadza się na przykład sesje masażu, podczas których jedno dziecko masuje plecy drugiego. Mniejszy jest też dystans ojców do dzieci – tatusiowie o wiele częściej się z nimi bawią, noszą niemowlęta w chustach.

Dotyk ojcowski różni się od dotyku matczynego?

Przeprowadzono badania, które pokazały, że podczas typowo „tatusiowych” zabaw ojca z niemowlęciem, takich jak na przykład łaskotanie czy podrzucanie dziecka w górę, u mężczyzn wzrastał poziom oksytocyny. U kobiet, zwłaszcza tych karmiących piersią, wydziela się oksytocyna, kiedy mają niemowlę blisko siebie, „skóra do skóry”.

Dlaczego, pani zdaniem, tak istotne jest to, by niemowlęciem zajmowała się przede wszystkim jedna dorosła osoba, w praktyce matka? Afrykańskie przysłowie mówi: „Potrzeba całej wioski, żeby wychować jedno dziecko”.

Wszyscy jesteśmy wzajemnie od siebie zależni, potrzebujemy innych ludzi we wszystkich dziedzinach życia przez cały czas jego trwania. Bez nich nie możemy się rozwijać. Zawsze jesteśmy częścią „wioski”, czyli społeczności, wspólnoty.

Jednak niemowlęctwo i wczesne dzieciństwo to szczególny okres życia. Dzieci rodzą się całkowicie zależne, po porodzie są niemal częścią ciała matki. Nie mogą się same nakarmić, zapewnić sobie ciepła i schronienia. Nie potrafią też regulować własnego stresu ani innego rodzaju pobudzeń psychicznych. Ktokolwiek się opiekuje niemowlęciem, powinien mu stworzyć rodzaj ochronnego kokonu, który zapewni równowagę fizjologiczną do momentu, w którym dziecko stanie się bardziej niezależne.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Sue Gerhardt - brytyjska psychoterapeutka, prowadzi prywatną praktykę od 1997 roku. Urodziła się w RPA, studiowała w Cambridge literaturę angielską, uzyskała magisterium z obserwacji rozwoju dziecka w ramach studiów z psychoterapii. Angażuje się w działalność polityczną, ma poglądy lewicowe, uważa się za feministkę. Współzałożyła w Oksfordzie ośrodek psychoterapii dla rodziców i małych dzieci. Wydała książki "Why Love Matters" i "The Selfish Society". Ma dwoje dorosłych dzieci, mieszka w hrabstwie Oxfordshire. (wszystkie teksty tego autora)

Jolanta Brózda-Wiśniewska - ur. 1974, dziennikarka, publicystka, krytyk muzyczny. Absolwentka Akademii Muzycznej w Poznaniu. W latach 2000-2008 dziennikarka działu kultury "Gazety Wyborczej" w Poznaniu. Publikowała także w "Uważam Rze", "Tygodniku Powszechnym", "Ruchu Muzycznym" i "Canorze". Ma męża i dwóch synów, mieszka w Anglii. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

PRAWIE JAK MAŁŻEŃSTWO

NIE JEDZ BEKONU, KUP KROWĘ

SŁODYCZE WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH

Randka z Vaticaną

NIE STRZELAĆ DOKTRYNĄ DO GRZESZNIKÓW


komentarze



Facebook