Archwium > Numer 524 (04/2017) > Moje święta > BĘDZIEMY ZNOWU W DOMU

BĘDZIEMY ZNOWU W DOMU

 Różnie to z Wisłą bywało koło Wielkiejnocy. Gdy święta przychodziły wcześniej, na jej brzegu dogorywały w lichym marcowym słońcu wyrzucone przez spiętrzone kry wielkie bloki lodu. Kwietniowe Zmartwychwstanie Wisła witała zielonymi wierzbami i migotliwym lustrem łach powstałych po niedawnym wylewie. Okoń podbijał lustro pyszczkiem – kręgi szły aż do porosłych faszyną niewielkich skarp. Tam przecinały się z innymi okręgami – jak na czarnej tablicy matematyka Berłowskiego. Te kręgi od brzegu rysowane były na wodnej tablicy przez wodnego szczura, który dał nurka z piaszczystego cypelka. Potem cichło wszystko.

Wisła na święta szła swoim torem. Chłopaki Stasiukowej swoim. Koło Wielkiego Poniedziałku odrywali się od łobuzerki i przymilali się do brata Zdzisława od dominikanów, żeby dał im wartę przy Grobie Pańskim. Zawsze dawał. Szli więc do składziku za zakrystią wyciągnąć hełmy strażackie ze złotym orłem C.K. Mundury pożyczali od kolejarzy i tylko potem matka ich nocą lampasik na każdej nogawce z czerwonej wstążki fastrygą kładła. Obligatoryjne halabardy grobowe znajdowali też w składziku tuż obok oblepionych woskiem lampionów. Wielki Poniedziałek schodził na czyszczeniu cesarskich orłów pastą do zębów Nivea. Nie powiem, błyszczały potem jak jasne licho. Stasiuki zasiedlały mały kantorek brata Zdzisława, a my, ministranckie szczyle, kursowaliśmy z deskami, szmatami czarnymi i pięknie podrabianymi ze styropianu kamieniami do Grobu Pańskiego. Figura Pana Jezusa złożonego do grobu z twarzy przypominała mi Staszka Domagałę z III b, ale póki co spoczywała w grobowej niszy przykryta prześcieradłem. Znaczy, że jej tam jeszcze nie było, chociaż była. W czwartek milkły organy jak nożem uciął. Organista Pędzimąż szedł do domu pod zamkiem Tarnowskich, a my czuwaliśmy przy ciemnicy aż do rana. Oczywiście na zmianę, ale deski klęcznika po kilku godzinach zdawały się być usiane gwoździami, a łokcie po kilku próbach podciągnięcia na nich umęczonego adoracją ciała paliły jak podczas wywrotki na betonie. Nie mogłem doczekać się dzwonów na szóstą, żeby wypaść z kościoła i kłusem puścić się koło biblioteki i składu meblowego do domu na gorącą kawę Turek. Mistrz piekarski Kantor wypuszczał już w niebiosa zapach okrągłego chleba z maleńką dziurką bliżej spodu.

Przez cały dzień stałem w ogonkach – a to za migdałami, a to rzucany byłem przez matkę do ogonka nadziei, który czekał na cokolwiek. Koło południa, w przerwie ogonkowej – gotowałem w ultramarynie lub czerwonym tuszu jajka na sobotę. Potem z bratem skrobaliśmy na skorupkach fikuśne wzory żyletką, którą wykręcaliśmy z maszynki ojca.

O zmierzchu znów do kościoła. Stasiuki paradowały na placu przed kościołem, odmierzając kroki i ćwicząc zwroty i przyklęki przed Najświętszym Sakramentem. Wreszcie zaciągali wartę przed grobem, zaraz po okadzeniu monstrancji. Mężczyźni przyklękali na jedno kolano, podkładając pod nie czapkę lub rękawiczkę, żeby kantów nie wybrudzić. Kobiety wykonywały głęboki dyg, kreśląc znak krzyża – jak mi się zdawało – w nieskończoność. Potem, bijąc się w piersi, przepychały się aż do pierwszej warty Stasiuków i pochylały nisko nad kwiatami strojącymi grób. Wchłaniały ten zapach i wycofywały się, dając miejsce innym.

Noc przed rezurekcją była przeplatana koszmarami. Śniłem, że oto zaspałem, a zbudził mnie huk moździerzy… A moździerze samoróbki stały już rzędem głęboko w dominikańskim sadzie – tak żeby przeor nie widział. Czekały na procesję. Wychodziła wreszcie. Pod wiatr, z feretronami, z figurką Zmartwychwstałego, ze złotą monstrancją pod baldachimem, w którą uderzały dymy kadzideł. Zaczęły więc pracować. Jeden, drugi, dwa naraz, syk niewypału i znowu załadowany prochem ten pierwszy palił z ogromnym hukiem. Dzwony spiesznie rozgrzane wygrywały swoje melodie, improwizując i nie zważając na rytmiczne pociąganie sznura. Trzy razy wokół kościoła. Następnie procesja skręcała do drzwi i wtedy organy szukały przez chwilę tonacji, a potem dołączały się po swojemu do tej porannej radości naszego miasteczka.

Stasiuki odkładały wreszcie hełmy do kantorka, grób był pusty, biegłem znów kłusem na świąteczny barszcz gotowany na czosnkowej kiełbasie i wędzonej szynce, którą cudem w tamtych latach zdobywała mama. Dziobaliśmy widelcem święcone jajo, śmiejąc się z księdza staruszka, który nazywał je owocem kurzego łona. I wreszcie czekali Zmartwychwstania – tego drugiego. Po kilku latach wpadł mi do rąk wiersz, który do tej pory jest mi pociechą w tym czekaniu.

Więc po tym życiu miałoby nas zbudzić

tylko straszliwe grzmienie surm i trąb?

Wybacz mi, Boże, lecz ja się pocieszam,

że hasło na wskrzeszenie wszystkich nas umarłych

da zwykłe pianie swojskiego koguta…

Jeszcze przez chwilę poleżymy sobie…

Pierwszym, kto wstanie, będzie mama… Usłyszymy,

jak po cichutku rozpala pod kuchnią,

jak po cichutku wodę stawia na blasze,

i jak obiecująco z szafki wydobywa młynek do kawy.

Będziemy znów w domu.

                                                       Vladimír Holan

Fragment książki Inne sprawy, W drodze 2010.


Michał Zioło OCSO - ur. 1961, drogę zakonną rozpoczął w 1980 roku, wstępując do dominikanów, święcenia kapłańskie przyjął w roku 1987, od 1995 roku w zakonie trapistów, obecnie przebywa w opactwie Notre Dame d'Aiguebelle we Francji, laureat nagrody wydawców katolickich Feniks 2009, napisał m.in. "Dziennik Galfryda", "Bobry Pana Boga", "Mamo, mamo, ile kroków mi darujesz?", "Lekarstwo życia", "Jedyne znane zdjęcie Boga", "Liście, listki, listy", "Inne sprawy". Mieszka w opactwie Notre Dame d?Aiguebelle we Francji. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Pragnienie absolutne

Bezpieczny powrót do niskości

Podróż do stolicy świata

O gościnności

Benedyktyńska kwoka


komentarze



Facebook