Archwium > Numer 524 (04/2017) > Moje święta > O TYM, JAK MATKA BOSKA SPIESZYŁA SIĘ NA OSTATNIĄ WIECZERZĘ

O TYM, JAK MATKA BOSKA SPIESZYŁA SIĘ NA OSTATNIĄ WIECZERZĘ

To było w Wielki Czwartek. Po skończonych rekolekcjach w Warszawie wracałem do domu, do Poznania. Musiałem się spieszyć, żeby zdążyć na wieczorne obrzędy i uroczystą mszę wieczerzy Pańskiej. Tylko dlatego leciałem samolotem. W Warszawie tuż przed wyjazdem dostałem glinianą figurkę Matki Bożej Bolesnej, kopię cudownej rzeźby z Jarosławia. Nie było nawet czasu, by dobrze ją zapakować. Zawiniętą w papier pakunkowy trzymałem w rękach i uważałem bardzo, żeby jej nie uszkodzić. Nie mogłem patrzeć na cierpienia tak pięknej figurki.

Zdając bagaż, figurkę zatrzymałem przy sobie, a na pytanie milicjanta: Co pan tam wiezie?, odpowiedziałem: Matkę Boską. Spojrzał pod uchylony papier i uśmiechnął się tylko. Zawiniętą w papier pakunkowy posadziłem obok siebie, na niezajętym przez nikogo fotelu. Na kolanach trzymała zdjętego z krzyża Chrystusa.

Siedzieliśmy przy samym oknie. Doskonale widać było kręcące się śmigło i koła samolotu. I był to pierwszy cud cudownej figurki, że zdobyłem bilet w ostatniej chwili przed odlotem. Zbliżały się przecież Święta Wielkanocne.

Za oknem widok był tak piękny, że mimo ogromnego zmęczenia żyć się chciało. Najpierw rozświecona wiosennym słońcem Warszawa. Potem pokratowane płaszczyzny pól. A tego piękna było tak dużo i stale jeszcze przybywało, że w końcu nie wytrzymałem. Musiałem pokazać Matce Boskiej te cuda. Odwinąłem pakunkowy papier i przystawiłem figurkę do okna. Niech sobie popatrzy na ten nasz świat z wysoka. Lecieliśmy na wysokości czterech tysięcy metrów.

Po chwili schowałem Matkę Boską i z powrotem zawinąłem szczelnie w papier. Przechodziła bowiem stewardesa i częstowała nas cukierkami. Tak byłem zdenerwowany jej niespodziewanym nadejściem i tą niepewnością, czy nie zauważyła tego, że przez roztargnienie wziąłem dwa cukierki, chociaż należał mi się tylko jeden. Miałem jednak tę świadomość, że lecimy we dwoje. Położyłem cukierek przy zawiniętej figurce na sąsiednim fotelu i cieszyłem się przez chwilę, że stewardesa nie dostrzegła, jak pokazywałem lotnicze krajobrazy Matce Boskiej.

Gdy tylko stewardesa przeszła, odwinąłem raz jeszcze figurkę i przystawiłem do szyby. I odwijałem ją tak jeszcze kilka razy, chowając przed każdym przejściem stewardesy, której bałem się jak ognia, bo nie chciałem, żeby zabroniła patrzeć przez okno samolotu Matce Boskiej.

Tymczasem Matka Boska, korzystając z okazji, że lecieliśmy na wysokości czterech tysięcy metrów, patrzyła na świat swoim dobrym, glinianym spojrzeniem. Z gliny była to przecież figurka, tak jak z gliny jest każdy człowiek, jak Adam i Ewa. I jakże ludzkie było to spojrzenie. I tyle było w nim ciepła, ile tylko glina przechować potrafi. To nie było zimne, szklane spojrzenie. W tych oczach było ciepło zawarte.

Trapiła się Matka Boża, że tak szybko nadeszły święta i tak niespodziewanie. Trudno było cokolwiek dostać. Myślała, co też poda tym ludziom na świąteczne stoły. Zafrasowana gospodyni. Wzdrygała się przed tym, że przyjdzie jej podać ciało swego Syna, które teraz trzymała na swych kolanach. We wspomnieniu widziała ten pierwszy Wielki Czwartek, kiedy to jej Syn zaprosił swych uczniów i przyjaciół na wspólną kolację.

Jej twarz była jak twarz kobiety ze wsi, jak twarz wiejskiej gospodyni, która wszystko ma na głowie i wszystkiego musi doglądnąć. Przyglądała się więc naszej ziemi i jej zagospodarowaniu. Ileż to już lat, kiedy nasz naród wybrał ją sobie na Królową. Król nie dawał rady. Ona jedna dała. Ona, zupełnie jak wiejska kobieta, w chusteczce na głowie, o grubych rysach twarzy, przykrytych jak gdyby przypadkiem królewską koroną. Ta korona zupełnie nie pasuje i odstaje od tych grubych rysów twarzy i wieśniaczej chusty. Nic dziwnego. Niejeden raz musiała się ukrywać, niejeden raz wyganiano ją z tego kraju. Ale mimo to była Królową i martwiła się zawsze, kto ludziom tym łzy wylane powróci.

Wylądowaliśmy wreszcie na lotnisku w Poznaniu. Stewardesa kazała nam pozostać na miejscach aż do chwili wygaszenia silników. Ludzie zaczęli się ruszać i rozglądać, aż niektórzy spostrzegli, jak pokazywałem Matce Bożej przez okno płytę lotniska. Uśmiechali się porozumiewawczo i znacząco, co znaczy w sumie głupkowato. Tacy ludzie nic nie rozumieją. Oni już zapomnieli, że „dobrze widzi się tylko sercem, że najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Od kilku miesięcy Poznań jest moim miastem. Tutaj teraz mieszkam i pracuję. To właśnie miasto musiałem pokazać Matce Bożej.

Powoli zabrałem się do zawijania glinianej figurki w pakunkowy papier, na którym w trakcie lotu zrobiłem sobie szkic tego wspomnienia. Na dworze robiło się coraz ciemniej. Nie było już tak pięknie, jak przed godziną w Warszawie. Szarzało. Był to wieczór Ogrójca i zdrady Judasza. Tymczasem trzeba było się spieszyć. Wziąłem więc Matkę Boską pod rękę i pospiesznie skierowałem się do wyjścia. Pilno nam było razem na ostatnią wieczerzę, na którą Jej Syn Jezus zaprosił swych uczniów i przyjaciół, i podczas której chciał im powiedzieć, żeby się wzajemnie miłowali.

Niedługo cieszyłem się glinianą figurką Matki Bożej. Tylko przez święta stała na moim biurku i patrzyła na mnie. I chociaż solennie obiecywałem sobie, że nie dam jej nikomu, nie wytrwałem w tym pobożnym postanowieniu. Podarowałem figurkę dziewczynie, która musiała dopiero przyjechać do Polski, ażeby po dziesięciu latach być znowu u spowiedzi. Odnalazła Boga. Dlatego dałem jej tę figurkę na pamiątkę. Niech weźmie ją w świat daleki. I zabrała z sobą dziewczyna cudowną polską Matkę Boską, która pomogła jej odnaleźć Chrystusa. I był to jeszcze jeden z wielu cudów, na jakie patrzyłem ostatnio własnymi oczami.

MAJ 1978

Fragment książki "Mój dom. Mój  świat", W drodze 2016.


Jan Góra OP - (1948-2015) legendarny rekolekcjonista, kaznodzieja i publicysta, wieloletni duszpasterz akademicki w Poznaniu. Twórca ośrodków duszpasterskich w Hermanicach, na Jamnej i nad Lednicą; organizator spotkań "Lednica 2000", autor wielu książek. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Buty

Kazimierzowi Kasiczowi wspomnienie

Po śladach

Janku, poznajesz mnie?

Panny głupie i mądre


komentarze



Facebook