DRUGIE ŻYCIE ANIOŁA
Znaczenie słów odkleja się od pierwotnego sensu. Mówimy o piekle na ziemi i o niebie w gębie. Nagle piekło i niebo tracą wieczność, stają się chwilowe i doczesne, już ich nie zamieszkuje ani Bóg, ani diabeł.

FOT. GHOST PRESENTER.IT


Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że istnieje drugie życie słów. Niektóre wyrazy mają nie tylko drugi żywot, ale mają też ich więcej. Wystarczy zajrzeć do któregoś ze słowników języka polskiego, by się przekonać, że jedno słowo może mieć znaczenie etymologiczne – czasami już zupełnie zapomniane, właściwe znaczenie słownikowe i niekiedy kilka metaforycznych. Zresztą już samo znaczenie słownikowe jest bardzo wieloznaczne – każdy z nas inaczej wyobraża sobie dom, chleb, drzewo czy drogę. O chlebie myślę zawsze, gdy w kościele czyta się Ewangelię o tym, jak Pan Jezus nakarmił głodne tłumy. Przecież tam nie było dobrze nam znanych wypieczonych bochenków, choć na niejednym obrazie tak to właśnie wygląda. A co myślą sobie Indianie z północnej Kanady, którzy nigdy chleba nie piekli?

Jeśli powiemy „kościół”, to każdy z nas będzie miał inne skojarzenia – wszystko zależy od tego, jakie kościoły widzieliśmy, jakie znamy, co naszym zdaniem świadczy o kościelności kościoła: dzwonnica, krzyż na dzwonnicy, dwie wieże, kopuła, okrągła czy podłużna nawa? Mamy też inne wyobrażenia o niebie czy piekle. Na przykład Skandynawom bliższe jest piekło zimne i zlodowaciałe niż gorące i pełne płomieni. „Ogień nieugaszony” wcale nie musi być straszną perspektywą. Ale zdarza się, że znaczenie słów odkleja się od pierwotnego sensu. Wtedy mówimy o piekle na ziemi i o niebie w gębie. Nagle piekło i niebo tracą wieczność, stają się chwilowe i doczesne, już ich nie zamieszkuje ani Bóg, ani diabeł.

Znaczenia słów ewoluują, czasami tak bardzo, że ich nowe sensy dalekie są od pierwotnego zastosowania w języku. Proces ten dotyczy także słownika religijnego, który poddaje się – tak jak cały język – różnym zmianom. Niektóre religijne terminy robią karierę w świeckim świecie. O niejednej książce, która jest dziełem fundamentalnym dla jakiegoś zagadnienia, mówi się dzisiaj „biblia”. Może być biblia kucharska i biblia reklamy. Już nawet słownik notuje, że można tak powiedzieć „o każdej księdze mającej duże znaczenie dla kogoś”. I w ten oto sposób biblia nie musi wcale być już Biblią. Co sprawia, że dane słowo, które kojarzymy z religią, Kościołem czy wiarą traci stopniowo swój sakralny komponent treściowy, zadomawia się w języku świeckim, a czasami jego nowe znaczenie w niczym nie przypomina dawnego? To pytanie interesuje oczywiście przede wszystkim językoznawców, którzy badają zmiany w obszarze leksyki. Analizują, co te zmiany warunkuje i jak to wpływa na wzajemne porozumiewanie się ludzi. Ale to wcale nie jest problem czysto teoretyczny. Stają przed nim wszyscy, którzy profesjonalnie posługują się językiem religijnym. Może się bowiem okazać, że jakiegoś terminu używamy zupełnie w innym znaczeniu niż to, które bliskie jest odbiorcom. I jak wtedy głosić dobrą nowinę o niebie, które każdy rozumie inaczej?

 

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Andrzej Draguła - ur. 1966, kapłan diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, doktor habilitowany teologii, profesor na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Szczecińskiego, członek Redakcji i Laboratorium "Więzi", publicysta, stały współpracownik "Tygodnika Powszechnego". Mieszka w Zielonej Górze. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Bóg w świecie bez Boga

KARMIĆ SIĘ EKSCYTACJĄ

DUCH ASYŻU, DUCH BENEDYKTA

POTĘGA NIESMAKU

Tabu, czyli granice artystycznej wolności


komentarze



Facebook