Archwium > Numer 539 (07/2018) > Zaufanie > GRAĆ W TĘ SAMĄ GRĘ

GRAĆ W TĘ SAMĄ GRĘ
To, jak zostaniemy potraktowani, zamawiając mszę ślubną czy pogrzebową, niejednokrotnie przekłada się nie tylko na nasz stosunek do instytucji kościelnych, ale wręcz na podejście do wiary.

Marcin Gutowski: Czy możemy sobie ufać?

Maria Rogaczewska: My, rozmawiający?

Tak.

Myślę, że możemy. W końcu rozmawialiśmy wielokrotnie i zawsze było miło i kulturalnie. W tym przypadku zaufanie jest praktycznym wnioskiem wyciągniętym na podstawie dotychczasowych doświadczeń. Ponadto należymy do tej samej „bańki społecznej” na Facebooku, czyli mamy wielu wspólnych znajomych.

Czy taka prosta ufność wobec drugiego jest wśród Polaków powszechna?

Odpowiem, podając pewien przykład: Często się zdarza, że Polacy, którzy wyjeżdżają za granicę, przeżywają szok (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) związany z tym, jak życzliwie są traktowani, jak dobra może być nawet błaha interakcja z drugą osobą – sprzedawcą w sklepie, obsługą na lotnisku itp. Każdy z nas ma w ciągu dnia wiele takich interakcji, a owe interakcje mają swoją energię, która może być dobra, budująca i coś nam dawać albo może nas czegoś pozbawiać, z czegoś wyzuwać i męczyć. Złym spojrzeniem, chłodem, nieprzyjemnym tonem lub gestem.

Dlaczego Polaków miałaby dziwić cudza życzliwość?

Dlatego, że w Polsce istnieje deficyt w tym obszarze. Do tego stopnia, że czasem słyszymy: „Słuchaj, spotkałem wczoraj na poczcie miłą panią, aż jestem zdziwiony”. Tak, jakby miła pani na poczcie była czymś nadzwyczajnym. Tymczasem takie przejawy bezinteresownej życzliwości to ważne sygnały wskazujące na kondycję społeczeństwa. Pokazują, że ktoś chce z nami „grać w tę samą grę”, inwestuje swoją energię, komunikuje, że ma zasoby i chce się nimi dzielić. Dzięki temu wzrasta wzajemne zaufanie. Na razie mówię jedynie o wrażeniach, emocjach, nie oceniam, co jest dobre, a co złe. Poruszam się na poziomie zachowań i gestów, którymi ludzie nasiąkają i których uczą się od siebie nawzajem. I właśnie na tym poziomie, tak mi się wydaje, ponosimy w Polsce porażkę. Nie wiem, kto za nią odpowiada. Szkoła? Kościół? W każdym razie rośniemy z olbrzymim deficytem życzliwości. A za nim idzie deficyt zaufania.

Czyli zanim zaczniemy mówić o odbudowie zaufania społecznego i jego znaczeniu w skali makro, powinniśmy zacząć się do siebie uśmiechać?

Tak. W bardzo znanym dziele Adama Smitha Teoria uczuć moralnych, napisanym jeszcze w XVIII wieku, autor pisze, że zanim się zaczniemy zastanawiać, jak urządzić społeczeństwo, jakie relacje powinny panować pomiędzy władzą a ludźmi, w jakim kierunku chcemy zmierzać itd., wpierw powinniśmy się zastanowić, jak zaszczepiać w ludziach uczucia moralne. Mamy w sobie dużo szalejących instynktów. Nawet w bardzo rozwiniętej cywilizacji nasze gadzie mózgi wciąż potrafią nami kierować. Łatwo wchodzimy w stan stresu, lęku, agresji. Smith mówi, że uczucia moralne to coś, co trzyma nas w ryzach i sprawia, że patrzymy na bliźniego jak na bliźniego, a nie potencjalnego agresora czy rywala. To bardzo ważne, żeby w ludziach kształtować uczucia moralne: życzliwość, serdeczność, empatię.

Pierwsze zdanie z raportu CBOS na temat zaufania społecznego sprzed dwóch lat brzmi: „Z deklaracji badanych wynika, że w relacjach społecznych są oni raczej nieufni”. Tylko 23 procent uważa, że większości ludzi można ufać. Od wielu lat ten odsetek znacząco się nie zmienia. Co zrobić, żeby było inaczej?

Potrzebne są osoby i instytucje, które zaryzykują. To one mogą odwrócić ten trend. Kimś takim był na przykład Janusz Korczak, człowiek, który zaryzykował wszystko, porzucił swoją karierę medyczną i zaczął głosić poglądy zrazu wywrotowe: dziecko jest podmiotem, jak dorosły. Należy je traktować z takim samym szacunkiem i uznaniem, jak dorosłego.

Takich ludzi i instytucji, którzy zainwestują kawał życia w krzewienie uczuć moralnych, nam potrzeba, żeby dokonać zmiany. W Polsce jednak bardziej promuje się dbanie o siebie, cwaniactwo. Ktoś, kto działa odwrotnie do tego schematu, usłyszy najczęściej: „Nie bądź taki święty!”. Ale takie ryzyko się opłaca. Adam Grant w książce Give and Take. A Revolutionary Approach to Success (Dawaj i bierz) pisze, opierając się na badaniach, że „dawcy” finalnie są szczęśliwsi i bardziej zadowoleni z życia, mają więcej niż ci, którzy zagarniali, ile się da, i dbali o swoje. Zatem w dłuższej perspektywie opłaca się być „dawcą”, choć po drodze wielokrotnie można czuć się oszukanym i wykorzystanym. Niemniej w ostatecznym rozrachunku hojna i szczodra postawa wobec innych przynosi korzyści. Szkoda, że tak rzadko przekazujemy to naszym dzieciom.

Z ubiegłorocznego Europejskiego Sondażu Społecznego wynika, że tylko Bułgarzy, Cypryjczycy i Słowacy są od nas bardziej nieufni. Nawet Rosjanie częściej od nas wierzą w dobre intencje bliźnich. Czy ma to związek ze specyfiką przemian w Polsce?

Myślę, że coś jest na rzeczy. Wielu psychologów społecznych mówi o tym, że niemal w każdej polskiej rodzinie znajdą się potomkowie ofiar wojny, przesiedleń powojennych albo ktoś, kto zetknął się z dramatycznym przypadkiem alkoholizmu. Dorosłe Dzieci Alkoholików to ludzie chronicznie nieufni, często niezdolni do tego, by ufać samym sobie. Jeśli przyjrzymy się polskim rodzinom, to niemal w każdej znajdziemy takie lub inne traumatyczne doświadczenie, które rzuca cień na relacje międzyludzkie. To oczywiście wynika w dużym stopniu z naszej historii. Wystarczy wspomnieć przesiedlenia. Ogromne rzesze ludności trafiały w miejsca, w których nikt nikogo nie znał – nie istniały więzi społeczne. Do tej pory na ziemiach zachodnich poziom zaufania jest znacznie niższy.

Ale z drugiej strony mamy już prawie 30 lat wolnej Polski. Co zrobiono, żeby wyleczyć nas z nieufności?

Nie chcę się skupiać tylko na roli polityków, choć powszechnie wiadomo, że wyzwalanie, rozniecanie i podsycanie negatywnych emocji pozwala budować w Polsce realny kapitał polityczny. Myślę, że bardzo dużo zrobiono oddolnie, poprzez działania, dzięki którym wielu ludzi przezwycięża życie w swojej społecznej „bańce” i ryzykuje współpracę z kręgami i osobami bardzo od siebie oddalonymi. Wielką rolę odegrały inicjatywy budujące realne pomosty między ludźmi, takie jak (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Maria Rogaczewska - ur. 1978, doktor socjologii i gospodyni domowa. Do niedawna kierownik ośrodka Centrum Wyzwań Społecznych przy Instytucie Studiów Społecznych UW. Członkini redakcji WIĘZI i Zespołu Laboratorium WIĘZI. Obecnie mieszka w Bostonie. (wszystkie teksty tego autora)

Marcin Gutowski - ur. 1983, absolwent Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od 2006 roku reporter związany z Programem III Polskiego Radia. Prowadzi autorski program "Przyciasny beret". W 2015 roku wydał zbiór kilkuset rozmów i reportaży "Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny". Mąż Magdaleny, tata siedmioletniej Marysi, czteroletniej Michaliny i trzymiesięcznej Malwiny. Mieszka pod Warszawą. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

SZABATOWA DUSZA

ZNUDZENI RUTYNĄ

CHODZENIE PO WODZIE


komentarze



Facebook