DUCHOWY ŚLUSARZ
Jeśli ktoś ma powołanie, to zostanie tak czy owak, zawalczy o nie. A jeśli nie ma, to będzie nieszczęśliwy. To tak, jakby się ożenił z kobietą, której nie kocha, bo matka mu powiedziała, że ta miłość kiedyś nadejdzie.

FOT. ARCHIWUM REDAKCJI


Katarzyna Kolska, Roman Bielecki OP: Obudziło mnie bicie dzwonów o piątej rano.

Michał Zioło OCSO: Pierwszy raz biją za piętnaście czwarta. Widocznie pani nie słyszała. Potem o czwartej i o piątej.

Dzwon wyznacza rytm waszego życia?

Tak. Siedem razy w ciągu dnia zbieramy się na modlitwę, więc najpierw dzwon nas zwołuje – jest pierwsze uderzenie, a potem drugie, kiedy już jesteśmy w kościele – to znak, żeby rozpocząć.

Ktoś ciągnie za sznurek na dzwonnicy?

Zasłonię się regułą św. Benedykta jak tarczą. Mówi ona, że do opata należy troska o zwoływanie mnichów na godziny służby Bożej. Może się tym zająć sam albo powierzyć to zadanie jakiemuś sumiennemu bratu, który dopilnuje, żeby modlitwy odbywały się o właściwej porze. Nasz opat wybrał opcję sztucznej inteligencji i na dzwonnicy wszystko jest zaprogramowane. Pamiętam jednak czasy, kiedy sznury od dzwonów z naszej prowansalskiej dzwonnicy były spuszczone do wnętrza kościoła i każdy nowicjusz musiał opanować bardzo trudną sztukę tego boskiego telegrafu, bo my uważamy, że dzwon jest głosem Boga.

Wyobraźmy sobie, że dzwonnik zaspał albo że mechanizm się zepsuł…

Święty Benedykt przewidział procedury na wypadek takiej katastrofy, choć podkreślał też, że należy się pilnować, aby takie rzeczy nie miały miejsca; ktoś, kto dopuści się zaniedbania, musi w oratorium odpowiednio zadośćuczynić Bogu. Dlatego punktem honoru każdego mnicha jest przyjść nieco wcześniej do chóru. Gdyby jednak wspólnota zaspała, to należy „przeciągać nieco Psalm 66, aby wszyscy zdążyli się zejść na Psalm 50…” – czytamy w regule.

Bez tych dzwonów nie dałoby się funkcjonować? Przecież każdy ma zegarek.

Głos dzwonu przychodzi do nas z góry, czasami jak piorun, wcale nie jest dyskretny, to informacja dla nas, że zaraz będzie przechodził Ktoś cichy i pokornego serca i warto oddać Mu chwałę. I zrobić Mu przyjemność. Jest to też znak dla ludzi, że jesteśmy i czuwamy. Poza tym, jak świat światem, nigdy nie słyszano, a Biblia o tym zaświadcza, żeby Izrael gromadził się sam. To Bóg gromadzi swój lud. Jego głos.

Czy ten dzwon was budzi?

O nie, my się budzimy dużo wcześniej. W Pożegnaniu z Afryką jest taka scena, kiedy służący widzi palące się wokół trawy i budzi właścicielkę farmy słowami: Msabu, wstawaj, myślę, że Bóg nadchodzi. My też budzimy się nieco wcześniej, bo Bóg nadchodzi.

A dlaczego ten dzwon musi bić już przed czwartą?

Już powiedziałem: żeby nas ostrzec, że On już nadchodzi. To pytanie przypomina mi skargę bohatera Dnia świra, który wychyla się przez okno i woła do skuwających asfalt robotników: Panowie, czy wy musicie tym młotem tak wcześnie napier… To, że ja nie wstaję o szóstej rano, nie znaczy, że ja nie pracuję!

Ale o siódmej rano też można chwalić Pana.

Hm… można, ale są takie momenty, które Ewangelia uważa za uprzywilejowane do kontaktu z Panem Bogiem. Jezus wstawał przed innymi i szedł na pustynię, na ubocze, i tam się modlił do swojego Ojca. Poza tym to jest dar. Jeżeli sobie odmawiam snu i zaczynam czuwanie, to chcę przez to pokazać, że jest Ktoś, dla Kogo warto z tego snu zrezygnować. Kiedy dwoje zakochanych ludzi nie może się ze sobą rozstać i przedłużają ten moment, ile tylko się da, to nikt się nie dziwi. Każdy powie: To normalne, oni się kochają. A kiedy mówimy o Panu Bogu, to zaraz pytamy: A dlaczego wstajemy tak wcześnie? A czemu ma to służyć? Jeśli w klasztorze wszystko zostanie zracjonalizowane, to należy zamknąć klasztor i się rozejść.

Wy chcecie czuwać wtedy, kiedy inni śpią?

Czuwamy nad tymi, którzy śpią, a przede wszystkim z tymi, którzy nie mogą spać: z chorymi, z tymi, którzy cierpią, umierają…

Wstając rano, myślicie o tych, którzy nie mogą spać?

No nie, nie oszukujmy się, nie wyskakuję z łóżka o trzeciej piętnaście ze świadomością, że teraz się łączę duchowo ze wszystkimi nieszczęśnikami, którzy cierpią na bezsenność. Poza tym ja nie mam się nad tym zastanawiać. Moje chcenie czy niechcenie, moje emocje – pozytywne czy negatywne – nie mają aż tak wielkiego znaczenia. Dzwon dzwoni, woła, wstaję, idę.

To tak, jak z pewnym proboszczem, do którego przyszła kiedyś zgorszona parafianka i mówi: W oknach księdza widzę słoje z różnymi owocami leśnymi i ogródkowymi, które są zasypane cukrem. Ja wiem, po co to jest. Ksiądz robi z tego nalewki. A ksiądz na to: Jakie nalewki!? Zebrałem trochę owoców, wrzuciłem do słoja, przykryłem cukrem – reszta to nie ja, to Pan Bóg. I to jest opis tego, co my robimy. Zbieram się – chce mi się czy nie – kładę do słoja, czyli staję w stallach, przysypuję to cukrem, czyli zaczynam śpiewać, a reszta to już działanie Boga.

Wstawanie o tak wczesnej porze jest wbrew porządkowi natury. Przecież to jeszcze przed wschodem słońca…

Ale dlaczego was to tak przeraża?

Nie przeraża. Raczej dziwi. Próbujemy zrozumieć.

Tylko że daru nie da się zrozumieć.

Pierwotna gorliwość kochanków kiedyś mija.

Miłość do Pana Boga nie mija. Zmienia się. Na początku mnich jest podniecony tym, co robi. I bardzo chce dostać w kość.

Udowadnia sobie, że potrafi?

Że potrafi, ale też, że jest kimś nadzwyczajnym, wybranym. To wybranie go w jakimś sensie podnieca, wszystko jest na takim wysokim C. Thomas Merton [amerykański trapista, 1915–1968 – przyp. red], mój znany poprzednik w zakonie, pięknie to opisał: Kiedy przekraczał furtę klasztorną, z dramatyzmem i wzruszeniem powiedział jakiemuś biednemu pielgrzymowi, który stał obok: Proszę się za mnie modlić – wszedł i drzwi się za nim zatrzasnęły. A potem po latach śmiał się, że było to miałkie i pretensjonalne. Ale nie trzeba się temu dziwić. Po prostu jesteśmy pretensjonalni, przynajmniej na początku. Życie mnicha zaczyna się w momencie, kiedy ma pierwszy kryzys. Najczęściej dzieje się to po sześciu–siedmiu miesiącach.

I jak się ten kryzys objawia?

Znaki są klasyczne i łatwo rozpoznawalne dla wspólnoty. Na początku nowicjusz jest takim przemądrzałym meteorologiem – każdemu mówi dzień dobry, jest uśmiechnięty, usłużny, uważa, że to, co otrzymuje i przeżywa, nie jest jeszcze dostatecznie mocne. Wyobrażał sobie, że ci trapiści to jakaś masakra duchowa i fizyczna, a oni dają mu jeść, pozwalają się wyspać, nie robią wymówek, kiedy nie wstanie na poranną liturgię, są mili i łagodni. Więc on podejrzewa, że go oszukują, że coś przed nim ukrywają. On chce być jak stary żołnierz – wstawać przed innymi żołnierzami, kłaść się później, spełniać wszystko na sto procent. A stary żołnierz wie, że tego się nie da spełnić. Że kiedy jest okazja, to trzeba zjeść albo się przespać w marszu i kontynuować życie pod regułą. Stary żołnierz wie, że nie ze wszystkimi braćmi będzie się przyjaźnił. Że jest brat buldog, który warknie, brat koń, który kopnie, brat owca, który pójdzie za tobą, chociaż nie ma takiej potrzeby. Są różne typy. Należy z nimi utrzymywać poprawny kontakt, ale nie wchodzić zbyt głęboko w ich dusze. Nie tylko dlatego, że oni są tacy, jacy są, to znaczy trudni charakterologicznie, ale to też nauka, że dzielenie się z kimś nie polega tylko na tym, że ja mu coś dam, ale również na tym, czy on chce to przyjąć.

Jak wspólnota rozpoznaje, że brat ma kryzys?

W pewnym momencie gaśnie tak zwana łaska zaślepienia. Ta łaska dotyczy każdego powołania. Przychodzimy tutaj, bo nie znamy prawdy. Na początku wszystko nam się wydaje idealne. Architektura jest wspaniała. Brat mówi: Jestem zafascynowany architekturą cysterską – ta czystość, te kamienie, które mówią. Wszystko jest tak inne niż kościół parafialny, z którego wyszedł, obwieszony barokowymi obrazami i kapiący od ornamentów i bracia muszą go oczywiście wysłuchać. My już tych kamieni nie widzimy i to jest normalne.

Łaska zaślepienia mija. I co?

Łaska zaślepienia zostaje nowicjuszowi odebrana. Dlaczego? Dlatego że on musi zrobić pierwszy krok wyrzucenia siebie z siebie – żeby przyjąć coś, co Pan Bóg chce mu dać, na warunkach Pana Boga, a nie na warunkach tego człowieka, który przyszedł. To spada nagle. Nie ma jakichś konkretnych powodów, wszystko jest tak samo. Ale coś się kończy.

Byłem kiedyś na kursie przysposobienia monastycznego, można powiedzieć, że to było takie technikum „duchowlane”. Prowadzący kurs narysował na tablicy pionową linię i powiedział: Życie zakonne wygląda tak. Jest przed i po. Każdy z nowicjuszy musi przejść przez un rien, czyli przez coś, co go ogołoci, porani, żeby wyszedł z tej skóry węża, stając się człowiekiem na tyle plastycznym, że będzie go można ukształtować na nowo.

Jaki jest pierwszy objaw kryzysu?

Zatrzymanie funkcji liturgicznych. Nowicjusz przestaje śpiewać. Widać, że pod spodem jest bierna agresja – wzrok oskarża, gesty są błazeńskie, wykonywane z przesadą. A on całym sobą mówi: W ładny kanał mnie wpuściliście. To ja wam zaufałem i co widzę? Bo on wszystkich braci uważał za świętych. Oni w dalszym ciągu są tacy, jacy byli – nie ma tam żadnej agresji, nie ma gestów, które byłyby przesadzone.

Przestaje jeść. To jest takie więzienne. W więzieniu przed buntem poszczą. Nie byliście w więzieniu?

Nie.

To jeszcze nic straconego.

Czyli różowe okulary, w których tutaj przyszedł, nagle mu spadły?

Nie. On dalej chce je mieć na nosie. Ale Pan Bóg mu je zdejmuje, zatrzymując to, co się nazywa doznawaniem przyjemności duchowej. To jeszcze nie jest noc ciemna, to nie jest oschłość. To po prostu takie pierwsze zatrzymanie jego energii, jego przeżywania i jego doznań.

No i co?

Kryzys jest po to, żeby zostać albo odejść. Inaczej mówiąc: to zaproszenie do wyjścia ze sfery wirtualnej i zmierzenia się z realem, w którym ponoszę odpowiedzialność za swoje wybory, a nie zostaję w dość komfortowym zawieszeniu swoich decyzji. Wtedy przewidziane są następujące procedury: najpierw brat rozmawia z mistrzem nowicjatu, na którego wylewa kubeł pomyj. Jego żołądek musi się przestawić na naszą strawę duchową, a on jeszcze trawi to, co przyniósł ze świata. Więc wyrzuca to wszystko na mistrza nowicjatu, który powinien być takim człowiekiem jak ojciec Czesław Bartnik [wieloletni mistrz nowicjatu zakonu dominikanów – przyp. red.]. To najlepszy mistrz nowicjatu, jakiego znam. Naprawdę. Ani za bardzo emocjonalny, ani za bardzo zaangażowany, taki, powiedziałbym, neutralny. Mistrz nowicjatu nie może poklepać po plecach i powiedzieć: Nie przejmuj się, masz powołanie, ja cię podtrzymam.

A co powinien zrobić?

Poradzić mu, żeby wziął prysznic i się przespał. Może też zapytać, co mu się nie podoba. Nowicjusz oczywiście użyje argumentów duchowych z górnej półki. Czyli na przykład powie, że brat buldog chrząka w czasie lectio divina, czyli nie przeżywa. Wtedy my mówimy: Skąd wiesz, że nie przeżywa? Wszystko relatywizujemy i doprowadzamy go do czarnej rozpaczy. I po takiej rozmowie on albo sobie pójdzie, albo zostanie. Nie ma co żałować.

Nie należy walczyć o powołanie?

Ja jestem takim duchowym ślusarzem i uważam, że jeśli ktoś ma powołanie, to zostanie tak czy owak, zawalczy o nie, uczepi się ostatniej deski z roztrzaskanego okrętu swoich marzeń i będzie płynął do brzegu. A jeśli nie ma, to nawet przy wielkich tłumaczeniach i terapiach, przeciąganiu go na naszą stronę, wciąż będzie nieszczęśliwy. To tak, jakby się ożenił z kobietą, której nie kocha, bo matka mu powiedziała, że ta miłość kiedyś nadejdzie, więc czeka, miłość nie nadchodzi i on jest po prostu nieszczęśliwy.

Przeżył ojciec taki kryzys?

Oczywiście. Każdy przeżywa. Benedykt w swojej regule radzi, żeby nie uciekać od razu. To dobra intuicja. Ojcowie pustyni mówili to samo: Śpij, jedz, ale nie opuszczaj celi, nie uciekaj. Dlatego że wszystko, co cię spotyka, jest z Pana Boga. Możesz to przyjąć i się dowiedzieć, czy masz powołanie, bo przecież formacja jest po to, żeby je rozpoznać, sprawdzić, czy to twoje miejsce, bo może sobie coś wmówiłeś, chciałeś uroczyście okadzić swoje „lepsze ja” albo zrzucić z siebie odpowiedzialność za życie. Ten czas jest również po to, żeby się nauczyć grać na warunkach Boga. One są dość trudne, ponieważ polegają na zabiciu twojej pychy. Każdy powie: Ja jestem pyszny? Pan Bóg odpowie: Tak, jesteś pyszny. Jesteś strasznym egoistą, egocentrykiem. A reguła nie zgadza się na nasz egoizm i mówi: Musisz coś z tym zrobić. Wstawanie wcześnie rano służy też temu, by osłabić nasze myślenie, że w życiu duchowym wszystko musi być bardzo racjonalne, że człowiek musi być na przykład wypoczęty, żeby działać. Że muszę się wyspać, żeby coś napisać. A reguła mówi: Ale ty nie musisz pisać. Ty nie przyszedłeś tutaj, żeby pisać, tylko żeby oddawać Bogu chwałę przez spełnianie swoich najczęściej drobnych obowiązków.

W regule jest specjalny rozdział przewidziany dla księży wstępujących do zakonu. Pojawia się tam pytanie, które Jezus zadał Judaszowi w ogrodzie Oliwnym: Przyjacielu, po coś przyszedł? Przecież to jest niesamowite, prawda? I każdy z nas, kto ma już jakoś ukształtowaną osobowość, pewną duchową praktykę, jakąś przeszłość mniej lub bardziej chwalebną, musi sobie takie pytanie zadać: Po co tu przyszedłem? Odpowiedź na pytanie: po co, uzyskujemy przez eliminację fałszywych odpowiedzi, albo takich, które wydają się nam słuszne. Trzeba sobie zrobić po prostu listę. Przyszedłeś tutaj, żeby mieć spokój? Żeby pisać, czytać, być kimś znanym? Podziwianym za to, że wybrałeś takie surowe życie? Ktoś tyra i nikt go nie pochwali, a ty, gdy powiesz, że jesteś trapistą, to będzie coś?! Więc trzeba sobie zrobić listę i odpowiedzieć na pytania – oczywiście nie w ciągu jednego dnia, bo to troszeczkę trwa – po co tu jestem i co jest najważniejsze.

Jak brzmi pierwsza odpowiedź na liście?

Jestem tu po to, żeby (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Michał Zioło OCSO - ur. 1961, drogę zakonną rozpoczął w 1980 roku, wstępując do dominikanów, święcenia kapłańskie przyjął w roku 1987; od 1995 roku w zakonie trapistów, autor wielu książek m.in. "Dziennik Galfryda"; "Bobry Pana Boga"; "Mamo, mamo, ile kroków mi darujesz?"; "Jedyne znane zdjęcie Boga"; "Liście, listki, listy"; "Inne sprawy"; "Piosenka humbaka". Mieszka w opactwie Notre Dame d?Aiguebelle we Francji. (wszystkie teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo "W drodze 2016"). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Ocean Boga

Podnoszenie ciężarów

Julia

Rothmagister Axel

O pogardzie


komentarze



Facebook