IDEAŁ NIEIDEALNY
Kiedy w gabinecie rozmawiam z pacjentkami o zależności, widzę, jak to słowo źle się kojarzy. "Zależny" brzmi jak "zadłużony". A przecież my nieustająco zależymy od innych. I tęsknimy za taką dobrą, wzajemną zależnością.

FOT. NATHAN DUMLAO / UNSPLASH.COM


Paulina Wilk: Często pracujesz z ludźmi, którzy są niezadowoleni z siebie?

Justyna Dąbrowska: Pracuję przede wszystkim z kobietami, które są matkami, i nie spotkałam jeszcze żadnej, która byłaby z siebie w pełni zadowolona. W relacji macierzyńskiej jak w soczewce uwypukla się to, jak ogromnie wysokie wymagania mamy wobec siebie. One przychodzą z wewnątrz i z zewnątrz. A nie ma drugiej roli życiowej, która byłaby tak surowo oceniana jak macierzyństwo.

Jak działa ten wewnętrzny krytyk?

W dynamicznym myśleniu o psychologii człowieka mówimy o trzech częściach. Jedna – id – jest dziecięca, popędowa, impulsywna. To ta, która pragnie, chce spełnić potrzebę tu i natychmiast. Druga – superego – mówi trochę jak cierpliwy rodzic do dziecka: Musisz powściągnąć pewne impulsy, nie wszystko jest możliwe do spełnienia, są pewne zasady, opanuj pragnienie, którego nie możesz zaspokoić. Te dwie siły się ze sobą zmagają. I jest jeszcze trzecia – ego, która pomiędzy nimi rozstrzyga, próbuje budować kompromisy i wprowadza głos rozsądku. Superego jest potrzebne, ale to ono czasem przybiera szalenie wymagający ton. Niekoniecznie dlatego, że ktoś w dzieciństwie słyszał od dorosłych surowe głosy: Powinnaś dać z siebie więcej; Wstydź się; Jak tak mogłaś?!; Nie rób tego nigdy więcej. Bywa, że sami sobie takie tony generujemy w głowach.

Skąd się biorą te niewybaczające komunikaty do nas samych?

Od maleńkości pragniemy zobaczyć w oczach najbliższych błysk zachwytu nami, iskrę akceptacji. Chcemy być przyjęci. A ten zachwyt nie zawsze się pojawia. Niekoniecznie dlatego, że ojciec czy matka są surowi, tylko dlatego, że są przemęczeni, ogarnięci swoimi zmartwieniami, zamyśleni, czasem w desperacji, czasem w depresji. I wtedy dziecko interpretuje taką sytuację przeciwko sobie, myśląc: Coś robię źle. Jestem nie taki. I przypisuje sobie sprawczość, także winę, odpowiedzialność. To ma sens, bo dziecko woli przypisać winę sobie, niż uznać, że rodzic jest tym „złym”, tym niewystarczającym, zawodnym.

Dlaczego tak chronimy rodziców?

Bo jako dzieci jesteśmy od nich zbyt zależni, musimy zachować ich w swoim umyśle w dobrym stanie. Nie możemy dopuścić do siebie myśli, że są niewystarczający, odpychający, nieobecni, w skrajnych wypadkach okrutni – oznaczałoby to, że dziecko musi sobie poradzić w świecie samo. Dlatego zrobi wszystko, by kochać rodzica i widzieć w nim dostawcę tego, co najlepsze. A złość czy nienawiść skieruje ku sobie.

Kiedy zaczynamy rozumieć, że obiekt naszej miłości nie musi być idealny, a relacja mimo to przetrwa?

Całe nasze życie prowadzi do takiego momentu. To jeden z kamieni milowych na drodze do dorosłości. Dostrzegamy, że nasi rodzice są ludźmi i można połączyć miłość do nich z rozczarowaniem. To doświadczenie się nawarstwia. Od chwili narodzin w życiu człowieka jest wiele rozczarowań, porażek relacyjnych, które są nieuniknione i niczego złego nie robią. Badania pokazują, że nawet do 70 procent interakcji pomiędzy matką a noworodkiem przypomina strzał kulą w płot – matka jest niedostrojona do potrzeb dziecka. I to jest naturalne. Istota rzeczy leży w tym, że mimo porażki rodzic szuka porozumienia – stara się odnaleźć i spełnić potrzebę – a nie w tym, że mu się to zawsze udaje. Tymczasem dziecko stara się zachować dobry obraz rodzica, bo on jest bezpiecznym portem i przystanią. Rodzice z czasem dostarczają nam więcej rozczarowań, a im bardziej dojrzewa nasze ego, z tym większą tolerancją je znosimy.

Wszyscy?

Nie. W gabinecie psychoterapeutki widać, jak bardzo się w tej kwestii różnimy. Są ludzie, którzy nawet w dorosłości nie dopuszczają, że na rodzica można się złościć, mieć do niego pretensje. Nie pozwalają sobie na to. I są tacy, którzy około dwudziestego roku życia dochodzą do może nieprzyjemnej, ale uwalniającej konstatacji, że rodzic również ma swoje ograniczenia.

Zanim pójdziemy dalej: Czy istnieje stan idealny w relacji? Ten, którego później tak szukamy – czy na przykład w łonie matki doznajemy idealnego spełnienia potrzeb?

Kiedyś w psychologii żywe było myślenie o symbiozie z matką, pełnej jedności i raju utraconym przy porodzie, ale dziś wiemy więcej. Widzimy wyraźną odrębność, osobne intencje, temperament, potrzeby, odmienność genetyczną i biologiczną istoty w brzuchu matki. W życiu prenatalnym też dotykają nas frustracje, choćby dlatego, że mama położyła się spać nie na tym boku. Ale nawet najmłodsze dzieci wykonują ogromny wysiłek ku relacji. Widziałam noworodki kładzione matkom na brzuchu tuż po porodzie – same starają się podpełznąć do piersi, szukają wzrokiem twarzy matki.

Skąd więc w nas pragnienie niezakłóconej, idealnej relacji – z kimś, z samym sobą?

Nie wiem, czy rzeczywiście jest w nas takie pragnienie. Czy to nie kulturowy mit? Na pewno tęsknimy za zaspokojeniem potrzeb, za kontaktem, przepływem. Chcemy, by ktoś nas zobaczył. To nieczęste, bardzo intymne momenty, gdy czujemy się do szpiku kości zrozumiani, widziani tacy, jacy jesteśmy, otuleni czyimś umysłem – to jest chyba ta nasza najgłębsza tęsknota.

Jak przebiega ta droga od bycia spragnionym zaspokojenia noworodkiem do dorosłości, w której huczy w nas niewybaczający głos, przypisujący nam winy i niedostatki?

Wszystko zależy od historii konkretnej osoby. Jest w tym na przykład lęk przed utratą ukochanej osoby. Przerażenie, że nie zasługujemy na czyjąś miłość, że zostaniemy opuszczeni. Taki lęk chyba jest w każdym z nas, ale nie u każdego te obawy się zmieniają w przekonanie o byciu „do niczego”. Myślę, że głównym polem, na którym wyrasta brak akceptacji siebie, są traumy w relacjach z innymi ważnymi osobami w naszym życiu. Nie zawsze mamy tę pewność, że jest port, do którego możemy przybić wtedy, kiedy jest trudno. Przywiązanie nie istnieje dla samego przywiązania, jest nam potrzebne, żebyśmy się mogli rozwijać, uczyć nowych rzeczy, ryzykować. Spójrz na dzieci, które biegają po placu zabaw: kiedy coś jest nie tak, to wracają na chwilę do mamy czy taty, przytulają się i potem znów pędzą do zabawy. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Justyna Dąbrowska - psycholog i psychoterapeutka w Laboratorium Psychoedukacji, autorka tekstów prasowych i książek, redaktorka wielu publikacji. Wydała m.in. książki: "Matka młodej matki"; "Spojrzenie wstecz. Rozmowy"; "Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami" oraz "Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską". Współtworzyła miesięcznik "Dziecko" i serwis e-dziecko.pl. (wszystkie teksty tego autora)

Paulina Wilk - pisarka i publicystka, autorka książek "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii", "Znaki szczególne" oraz serii bajek o misiu Kazimierzu i nowej opowieści "Pojutrze. O miastach przyszłości". Pisze dla "W drodze", "Przekroju" i "Polityki". Razem z Anną Król i zespołem Fundacji "Kultura nie boli" prowadzi Big Book Cafe i organizuje Big Book Festival. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

ŁAGODNY SPOWIEDNIK

NIEKOŃCZĄCA SIĘ OPOWIEŚĆ

ZACZĘŁO SIĘ

GRUBA PRZESADA

CZĄSTKI ODNALEZIONE


komentarze



Facebook