HISTORIA I MIT
Świętujemy sto lat niepodległości. To jakieś nieporozumienie. Przez sześć z tych stu lat w ogóle nie istnieliśmy jako państwo, przez pięćdziesiąt byliśmy zależni od Związku Radzieckiego i trzykrotnie musieliśmy tworzyć na nowo naszą państwowość.

FOT. KRZYSZTOF CHOJNACKI / EAST NEWS / Generał Józef Haller przysięga na sztandar Armii Polskiej we Francji, październik 1918 r.


Roman Bielecki OP: Data 11 listopada przez wiele lat nie była powszechnie celebrowana.

Adam Zamoyski: To prawda, choć jest to przecież święto narodowe.

Zastanawiał się pan, dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że w okresie PRL-u było to święto zniesione. Kładziono nacisk na 22 lipca. Po drugie, mamy u nas dwa inne narodowe święta – 3 maja i 15 sierpnia. Z tego ostatniego zrobiliśmy święto wojska, a data majowa jest bardziej historyczna i kościelna, więc data listopadowa była, można powiedzieć, do zagospodarowania.

W Anglii w najbliższą przypadającą po dniu 11 listopada niedzielę składa się wieńce na pomnikach upamiętniających ofiary pierwszej wojny światowej, a w sam dzień o godzinie 11, kiedy nastąpiło zawieszenie broni, są dwie minuty ciszy, podczas których się upamiętnia poległych we wszystkich wojnach za sprawę wolności. Kiedy chodziłem do szkoły podstawowej w Anglii, to wstawaliśmy na te dwie minuty, w latach sześćdziesiątych zupełnie to zanikło, a mniej więcej od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku – znowu zaczęło się pojawiać.

Taki oddolny ruch?

Dokładnie. Symbolem tego dnia są czerwone maki, które wpina się w klapę marynarki jako dowód wpłaty składki na rzecz inwalidów. Stąd mówi się czasem o tym dniu Poppy Day. Mówię o tym dlatego, że pewne zachowania i gesty należy zostawić społeczeństwu, a nie dyktować je odgórnie. Społeczeństwo samo identyfikuje się z pewnymi momentami w historii, które przemawiają do ludzi i pozostają na dłużej w pamięci.

Brytyjska tradycja, o której pan wspomina, ma wsparcie w ogromnym zapleczu literatury historycznej, z jakiej słyną Anglicy. Jak by pan zdefiniował dobrą książkę historyczną: chodzi raczej o temat czy o interesującą postać?

W gruncie rzeczy mało jest takich książek, ponieważ historycy – tak jak wszyscy inni – są leniwi, nie chce im się szperać więcej, niż trzeba, już nie mówiąc o konieczności znajomości obcych języków. Prosty przykład. Kiedy zaproponowano mi napisanie książki o kongresie wiedeńskim z 1815 roku, nie byłem chętny, bo pomyślałem, że o takim wydarzeniu musi być cała masa publikacji. Zerknąłem do internetu i się okazało, że owszem, są książki o kongresach w Wiedniu psychologów, dentystów i prawników, ale o kongresie kończącym wojnę z Napoleonem były zaledwie dwie czy trzy pozycje. Jedna napisana tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej, ewidentnie bez dostępu do źródeł w Berlinie, Paryżu, już nie mówiąc o Moskwie czy Petersburgu. A druga, z 1944 roku, powstała w podobnym kontekście. To był dla mnie impuls do pisania.

Czyli temat?

Tak, temat, ale bywa też inaczej. Dostałem kiedyś zamówienie na biografię Chopina. Jęknąłem, kiedy to usłyszałem. Poszedłem do biblioteki i przeczytałem najbardziej znane opracowania na jego temat. Zostałem z poczuciem ogromnego niedosytu, mając wrażenie, że to jakaś sentymentalna bzdura.

Niczego się o Chopinie nie dowiedziałem – jak ten człowiek funkcjonował, co przeżywał, dlaczego zachowywał się tak, a nie inaczej. I to też był impuls.

Dla mnie każda książka to wyzwanie wymagające szczegółowego przebadania danego tematu, ułożenia sobie w myślach tego, co się wydarzyło, i rozwiązanie zagadki.

I trzeba wszystko przeczytać, pojechać do Petersburga, Paryża i Berlina?

Niekoniecznie, bo obecnie wiele rzeczy jest wydanych drukiem lub dostępnych w internecie. Zresztą archiwa są coraz mniej chętne do udostępniania oryginałów i odsyłają do mikrofilmów, co się mija z celem.

Bo?

Kiedy się oryginalny dokument dotyka i ogląda z bliska, to można odczytać z niego o wiele więcej niż z wersji drukowanej lub mikrofilmu.

Na przykład?

Przy okazji pisania historii kongresu okazało się, że wszyscy uczestnicy poszczególnych konferencji spisywali na gorąco własną wersję ich przebiegu. Wystarczyło zestawić je ze sobą, by się zorientować, że każda ze stron trochę inaczej widziała przebieg obrad, a to było istotne, ponieważ kongres wiedeński przypominał rozgrywkę w pokera, podczas której każdy próbował grać va banque, blefować i sprawdzać innych.

Nad czym pan ostatnio pracował?

Kilka tygodni temu ukazała się napisana przeze mnie biografia Napoleona. W Polsce ma mieć swoją premierę wiosną 2019 roku. To fascynujące przyglądać się temu człowiekowi, odsuwając na bok wszystkie mity i skojarzenia na jego temat. Przecież w Polsce to niemal półbóg, który kochał nasz kraj i dawał nam nadzieję niepodległości. W Anglii do niedawna porównywano go do Hitlera. A dla Rosjan, którzy de facto go pokonali, jest wcieleniem agresji i zgnilizny moralnej Zachodu. To bardzo złożona postać.

Rekonstruuje pan jego charakter?

Upraszczając, można powiedzieć, że tym, co nim kierowało, co doprowadziło go na szczyt, a potem popchnęło do katastrofy, był głęboki kompleks niższości społecznej, fizycznej, seksualnej i kulturowej. On był po prostu potwornie niepewny siebie.

Kiedyś słyszałem w radiu rozmowę z pewnym psychologiem, który tłumaczył, po czym poznać zachowania psychopatyczne, bo operuje się tym określeniem zupełnie bez refleksji. Nie pamiętam dokładnie wszystkich cech, ale najważniejszą był totalny brak empatii, jaki cechuje osobę o takich skłonnościach. Poza tym zdolność do manipulacji, a zarazem krótkowzroczność i brak umiejętności przewidywania konsekwencji własnych zachowań. Słuchając tego, pomyślałem sobie, że to jest cały Napoleon! On miał w sobie wiele cech psychopaty, lecz to nie był ani krwiożerczy, ani okrutny człowiek. Potrafił być też wielkoduszny.

Ma pan w sobie nutę powieściopisarza? Lektura pana książek to przyjemność zupełnie inna niż przebijanie się przez morze dat, z którymi kojarzy mi się najczęściej książka historyczna.

Bierze się to z tego, że Polska historiografia wywodzi się z niemieckiej tradycji naukowej, czyli im dłużej i nudniej, tym mądrzej. Tradycja angielska, w której się wychowałem, bierze natomiast swój początek w twórczości Edwarda Gibbona, który w XVIII wieku napisał wspaniałą, także w sensie powieściopisarskim, historię upadku cesarstwa rzymskiego. Od tego czasu w Anglii obowiązuje niepisana zasada: książka musi być poczytna, bo inaczej nikt jej nie weźmie do ręki.

Trzeba też pamiętać, że im więcej faktów człowiek włoży do książki, tym mniej z tego ludzie zapamiętają. Margaret Thatcher miała takie powiedzenie, że w każdym przemówieniu należy poruszyć nie więcej niż dwa tematy.

Przy pisaniu trzeba stosować żelazną dyscyplinę. Na etapie przygotowań trafia się na różne cytaty i detale, które w pierwszej wersji umieszcza się w tekście. Tyle że potem trzeba to wszystko przeczytać na nowo i uczciwie ocenić, jaką to ma wartość dla czytelnika, bezlitośnie usuwając dygresje i wątki poboczne (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Adam Zamoyski - ur. 1949 w Nowym Jorku, absolwent oxfordzkiego The Queen?s College. Autor bestsellerowych książek o historii Polski i dziewiętnastowiecznej Europy, m.in. "Warszawa 1920"; "Polska. Opowieść o dziejach niezwykłego narodu"; "Święte szaleństwo"; "Urojone widmo rewolucji: Orły nad Europą"; "1812. Wojna z Rosją"; "1815. Upadek Napoleona i Kongres Wiedeński", a także biografii Fryderyka Chopina, Ignacego Paderewskiego i Stanisława Augusta. Członek Royal Society of Arts i Royal Society of Literature. Mieszka w Londynie. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

JULIUSZ CEZAR PREZYDENTEM

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook