RUSKA ZABIERZE CI MĘŻA
W Polsce są czyste toalety, zawsze z papierem toaletowym. Nie ma łapówkarstwa. Każdy odpowiada za swoje czyny. I jesteście uprzejmi: "dzień dobry", "do widzenia", "proszę", "dziękuję". Oto opowieść o tym, jak Polskę widzą ludzie z zewnątrz.

Piotr Świątkowski

Kris, czyli Krzysiek

Autobus z Dąbrówki podjeżdża na przystanek w Skórzewie o siódmej dwadzieścia. W środku taka ciasnota, że nie można się obrócić. Na zewnątrz tłum licealistów z „czwórki”. Muszą zdążyć na pierwszą lekcję. W tłumie na przystanku stoi Kris. On też przez trzy lata jeździł na ósmą do liceum na poznańskich Ogrodach. Teraz Kris jeździ do biura, które znajduje się kilkadziesiąt metrów od szkoły. Dwudziestokilkulatek ze starannie przystrzyżoną brodą i z wielką skórzaną torbą na ramieniu nie pcha się do zielonego mana. Uprzejmie przepuszcza wszystkich. Widać, że nie jest stąd.

Kris chciałby, żeby mówiono na niego Krzysiek. Bo Kris czuje się Polakiem.

Krzysiek wie, że Polacy wychowali się na Myszce Miki i lubią McDonalda. Nie do końca zdawał sobie sprawę, że w Polsce Ludowej kochaliśmy westerny. Na początku nie bardzo rozumie, gdy mówię „western”. Moje „western” przy jego „western” brzmi blado.

– Przyszedł do nas z ulicy i powiedział, że może pracować za każde pieniądze – mówi szef Krisa w firmie zajmującej się szukaniem tanich i dobrych drukarni dla firm, które potrzebują kalendarzy, ulotek i folderów. Kris z wykształcenia jest ekonomistą, a z zawodu handlowcem. – Często się śmiejemy z Krisa, że uciekł z Ameryki przed biedą i jest u nas emigrantem ekonomicznym – opowiada jego koleżanka z pracy.

Kris urodził się w 1989 roku w małej miejscowości niedaleko Chicago. Ojciec studiował teologię. Oboje rodzice pracowali w Chrześcijańskiej Fundacji Charytatywnej i kiedy w 1998 roku szukano kogoś, kto poprowadzi oddział fundacji w Polsce, rodzice Krisa zdecydowali się na przeprowadzkę do Europy. Najpierw zamieszkali w Lublinie, po kilku latach przenieśli się do Poznania. – W Stanach mieliśmy wielki dom z ogrodem i podjazdem pod garaż jak w serialach, a tu ciasne mieszkanie w wieżowcu.

Wtedy w Lublinie Kris był dla kolegów z klasy po prostu Krzyśkiem. Krisem stał się na studiach w Anglii, gdy musiał wpisywać imię i nazwisko w różnego rodzaju rubryki, formularze i dokumenty. Jak masz na imię? – pytali koledzy i wykładowcy. Nie potrafili powtórzyć „Krzysiek”. – Jestem Kris – odpowiadał. I tak już zostało.

Kris kocha polską historię. Twierdzi, że jawimy się jako ludzie bardzo amerykańscy. Podnosimy się z upadków. Zniknęliśmy z mapy, a jednak się nie poddaliśmy. Według Krisa z polskiej historii płynie optymistyczne przesłanie: Zawsze można zacząć od nowa.

– Tak jak w Ameryce? – pytam.

– To jest stereotyp. Amerykanie wcale nie są tacy radośni. Pod powierzchnią człowiek ma jakiś problem. Podoba mi się, że Polacy mówią o swoich bólach, pokazują swoje wnętrze, dbają o relacje między ludźmi. Wszyscy wiedzą, co należy zrobić, dokąd pójść, co załatwić, jak się zachować, co powiedzieć, a czego mówić nie wypada. W Ameryce wszystko musi być dokładnie napisane, wytłumaczone, pokazane.

Kris uważa, że Polska nie jest ani biednym, ani zacofanym krajem. Polacy – według Krisa – nie są też narodem wybranym. Kris nauczył się na lekcjach historii w „czwórce”, że mesjanizm to pomysł dziewiętnastowiecznych elit. Z Krisem można dyskutować o historii godzinami. W „czwórce” miał dobrego nauczyciela. Krzysiek potrafi przedstawić zarówno argumenty za powstaniami narodowymi, jak i przeciw powstaniom. Nie lubi prostych odpowiedzi.

– Jeśli rozmawiam z klientem po angielsku, to myślę po angielsku. Kiedy piszę e-mail po polsku, to myślę po polsku. Moja narzeczona śmieje się, że po czterech latach studiów w Wielkiej Brytanii bardziej mówię brytyjskim niż amerykańskim angielskim.

Krisa śmieszy słowo „dżdżownica”. Twierdzi, że Amerykanie nie wypowiedzą „dżdżownicy” za żadne skarby. Nawet „Warszawa” jest trudna do wyartykułowania.

Krzysiek chce zostać w Poznaniu i nie myśli o powrocie do Ameryki. Jego rodzice mieszkają pod Krakowem i nigdzie nie chcą wyjeżdżać. Dobrze im tutaj.

Luis, czyli Ludwik

– Jesteś Luis czy Ludwik?

Luis patrzy na Dorotę, nie bardzo wiedząc, o co mi chodzi. Luisowi nie jest do śmiechu. Dorocie też nie. Broniła się przed spotkaniem. Nie ufa dziennikarzom. Tyle się mówi o manipulacjach w prasie, radiu i telewizji. A może ktoś to przeczyta i Luis będzie miał problemy? Nawet stojąc już w drzwiach mieszkania na wrocławskim Psim Polu, nie byłem pewien, czy mnie wpuszczą do środka.

Z czym wam się kojarzy Argentyna? Mnie z inflacją i nazistami, którzy ukryli się w niej po wojnie. Okazuje się, że do Argentyny w latach trzydziestych wyemigrowali też Żydzi z Polski. Polscy obywatele. Był wśród nich dziadek Luisa, właściciel małego warsztatu w Łodzi.

– U mnie w rodzinie pamięć o dziadku i o Łodzi była żywa – wspomina Luis. – Tato trochę mówił po polsku. W Argentynie mówi się chyba we wszystkich językach świata. Nikogo nie dziwiło, że mam w sobie polską krew.

Najlepsza metoda, żeby wyrwać się z Argentyny, gdzie wszystko drożeje w tempie trzydziestu procent miesięcznie, to zostać Europejczykiem. Mając europejski paszport, szybko i sprawnie dostaje się wizę. Paszport argentyński nie posłuży za przepustkę do lepszego świata. Są firmy, które szukają przodków w Europie. Argentyna to młody kraj. Tu wszyscy są napływowi. Rodzina Luisa złożyła się i wykupiła usługę udokumentowania polsko-żydowskiego pochodzenia dziadka Luisa.

– Nie pytaj mnie, jak on się nazywał. To nieważne. Przyjechał do Argentyny jako młody chłopak w latach trzydziestych. Jest dużo dokumentów z tamtego czasu w argentyńskich archiwach. Pamiętam, że dostałem z tej firmy szukającej przodków szarą kopertę, poszedłem z nią do polskiego konsulatu, złożyłem wniosek i po kilku miesiącach dostałem decyzję, że jestem Polakiem.

To nie miała być emigracja, ale powrót do kraju dziadków, do kraju Jana Pawła II, który razem z Lechem Wałęsą zwyciężył komunizm (bo tak pojmują Polskę w Argentynie).

– Kiedy rozmawiałem z rodzicami na Facebooku, kłamałem. Pisałem, że wszystko jest w porządku, ale nie było w porządku – mówi Luis. – W urzędzie nie chcieli mi dać dowodu osobistego. Najpierw przesłuchiwał mnie jeden urzędnik, potem drugi, potem kierownik, a potem kazano mi przyjść jeszcze raz, następnego dnia. Wszyscy bardzo poważni, smutni, jakby ktoś im przed chwilą umarł. Wkurzało mnie to, że nie rozumieją ani słowa po angielsku. Ja jeszcze wtedy nie mówiłem dobrze po polsku. Ciągle słyszę, że w Polsce mówimy po polsku. Przestałem przyznawać się do polskiego obywatelstwa, bo gdy to mówiłem, wszyscy się ze mnie śmiali. Wy nie uważacie mnie za rodaka. Lepiej mnie traktujecie, gdy mówię, że jestem obywatelem Argentyny. Polacy kochają zagranicznych. Myślicie, że ludzie ze świata są bogaci. Najlepiej być Amerykaninem albo Australijczykiem. Bez polskich korzeni.

Luis skarży się na Polskę. Z radia w kuchni leci Marek Grechuta. „Wiosna, wiosna, wiosna, ach to ty”. Bardziej do naszej rozmowy pasowałby Czesław Niemen i „Dziwny jest ten świat”. Ale czy Czesław Niemen na pewno był Polakiem? Urodził się na Białorusi. Mickiewicz był Litwinem. Chciałbym pokazać Luisowi na tych przykładach, że polskość nie jest prostym zagadnieniem.

Luis pyta mnie o miesięcznik „W drodze”. Cieszę się, że schodzimy na temat chrześcijaństwa. Nad drzwiami pokoju wisi wielki krzyż.

– To jest taki paradoks – wyjaśnia Luis. – My w Argentynie jesteśmy bardzo wierzący, ale u nas się o tym nie rozmawia. Z tego, co widzę, to u was też nie. „Prywatna sprawa”. To się tak po polsku mówi, prawda?

– Luis, a co cię w Polsce najbardziej dziwi?

– Że nikt cię nie zaprosi do domu, jeśli (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Piotr Świątkowski - ur. 1980, autor słuchowisk i audycji historycznych w Radiu Poznań, w 2017 roku w Domu Wydawniczym Rebis opublikował książkę reporterską "Polakom i psom wstęp wzbroniony. Niemiecka okupacja Kraju Warty". Razem z Jarosławem Burchardtem napisał książkę o agencie CIA z Leszna "Szpieg, który wiedział za mało. Tajemnice kontrwywiadu PRL". Jest żonaty, ma dwoje dzieci, mieszka w Skórzewie pod Poznaniem. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

KSIĄDZ W HALI ODLOTÓW

ZAWÓD: RECYKLING

EFEKT ŚWIĘTEGO MATEUSZA

CZY MOŻEMY SIĘ W TEN SPOSÓB UMÓWIĆ?

TERAZ TRZEBA ŻYĆ NIE TYLKO ZA SIEBIE


komentarze



Facebook