POCZEKAM I POLEŻĘ
Czy to sprawiedliwe, że ci, którzy pracowali cały dzień, dostali taką samą zapłatę jak ci, którzy pracowali tylko godzinę? Czy gospodarz był miłosierny wobec ostatnich? Mądry czy głupi? Tworzenie alternatyw nie ma sensu. Komplikuje tylko rzeczywistość.

FOT: USUKHBAYAR-GANKHUYAG / UNSPLASH.COM


Paweł Kozacki OP

Moja znajoma twierdzi, że w codzienności stara się czasami przechodzić na poziom niebieski. Mówi tak najczęściej wtedy, gdy jest przytłoczona nadmiarem obowiązków, gdy haruje jak wół, gdy nakładające się kłopoty przygniatają ją do ziemi. Powstających problemów nie da się rozwiązać na tym poziomie, na którym powstały. Marzy więc, by dostać skrzydeł, by zerwać się do lotu, by jej codzienne czynności napełniły się światłem i wiatrem, by nadać im lekkość sięgającą nieba. Gdy wchodzi na ten wymarzony niebieski poziom, dla zewnętrznego obserwatora nic się nie zmienia, ale ona sama zyskuje poczucie, że góry może przenosić, a zwykłe obowiązki nabierają sensu i blasku.

Winnica

Nieobecność w życiu człowieka królestwa niebieskiego spłaszcza świat do wymiaru doczesnego, do tego tylko, co tu i teraz. Powołanie do bliskości z Bogiem Ojcem, do naśladowania Jezusa, do życia w Duchu Świętym sprawia, że rzeczy zyskują nowy wymiar. Każda czynność, każde wypowiedziane słowo, każda myśl są zasiewem na wieczność, nadzieją na plony, które w Bogu staną się jawne w przyszłości. Nie wolno zatem zapominać, że codzienne czynności, te zawodowe, te prywatne i te najbardziej osobiste, mogą rozgrywać się na poziomie niebieskim. Dla kogoś stojącego z boku praca, tworzenie relacji, odpoczynek nie mają w sobie nic niezwykłego. Nudna codzienność. W rzeczywistości pod pozorem znoju w jednej z wielu winnic mówimy o zrealizowaniu powołania, którym Bóg obdarza chrześcijanina.

Chcąc zrozumieć przypowieść o robotnikach ostatniej godziny, trzeba zawsze pamiętać, że Pan Jezus mówi o rzeczywistości królestwa niebieskiego. To jest inny poziom niż rzeczywistość doczesna, ziemska, przemijająca, sprowadzona do tego, co widzialne i przeliczalne.

Nie zrozumiemy tej przypowieści, jeśli czytając ją, będziemy przykładać do niej ziemskie kategorie. Niezrozumienie i pytanie o sprawiedliwość postępowania gospodarza trochę może usprawiedliwiać fakt, że rzeczywistość królestwa niebieskiego już jest obecna w tym świecie.

To nie tylko zapowiedź eschatologicznej przyszłości. Od czasu gdy przybliżyło się do ludzi królestwo niebieskie, każdy człowiek już może w nim uczestniczyć. Królestwo Boże jest w nas.

Drugą przyczyną utrudniającą zrozumienie przypowieści są obrazy, którymi posługuje się Pan Jezus. Wyjaśniając tajemnicę swojego wiecznego królowania, używa obrazów zaczerpniętych z rolniczej codzienności Palestyny. Zatem w myśleniu dzisiejszego czytelnika Ewangelii te dwie rzeczywistości nakładają się na siebie i przenikają, tworząc mały zamęt.

Spójrzmy zatem na przypowieść o robotnikach ostatniej godziny w perspektywie królestwa Bożego. Pierwszą trudność stanowi fakt pracy w winnicy, którą wraz z najemnikami pierwszej godziny kojarzymy z „ciężarem dnia i spiekoty”. Gdyby jednak królestwo niebieskie nie kojarzyło się nam tylko z ascezą, wyrzeczeniem, zapieraniem się siebie, obumieraniem ziarna pszenicznego, ale z ucztowaniem, zaślubinami, z oblubienicą lub oblubieńcem, drogocenną perłą, skarbem ukrytym w roli, czyli rzeczywistościami niosącymi radość i spełnienie, to jakże inaczej byśmy spojrzeli na gotowość przyłączenia się do tej rzeczywistości. Wtedy dwanaście godzin pracy mogłoby się stać zyskiem, a jedna godzina pracy stratą. Czy do radosnej imprezy ludzie chcieliby się przyłączyć dopiero godzinę przed jej zakończeniem? Czyż nie chcieliby się bawić od samego początku? I wcale nie chodzi o to, że poziom niebieski musi być pozbawiony trudu. Przykładem niech będzie wyprawa w góry kogoś, kto uwielbia przyrodę i wspaniałe widoki, pokonywanie siebie i zdobywanie szczytów. Zaproszenie go na górską wędrówkę, która będzie polegała na podjechaniu samochodem na przełęcz i podejściu wygodną ścieżką na szczyt, odrzuci pogardliwym wzruszeniem ramion. Przekonywanie go, że nie będzie się musiał męczyć całodziennym wdrapywaniem się na skały, nie ma najmniejszego sensu. Albo spróbujmy powiedzieć rodzicom, że chcąc im oszczędzić wieloletniego trudu i znoju, jakim jest wychowanie dziecka, zabierzemy im nowo narodzone niemowlę, powierzymy je rodzinie zastępczej i oddamy na kilka tygodni przed pełnoletniością, by mogli się cieszyć swoim dzieckiem wychowanym i wykształconym, dojrzałym i samodzielnym. Podobnie jest z trwaniem przy kochanej osobie, z udziałem w jej życiu, w jej radościach i smutkach, sukcesach i klęskach. Podobnie jest z pracą w winnicy Pańskiej, która tak naprawdę jest pełnieniem Jego woli.

Denar

Różnicę między poziomem gruntu a poziomem niebieskim najbardziej widać, gdy czytając przypowieść, dochodzimy do momentu zapłaty. Pokusą jest spojrzeć na denara jak na zwyczajny pieniądz, dniówkę, którą najemnicy otrzymują po pracy na rzecz właściciela winnicy. Oczywista jest wtedy nadzieja tych, którzy pracowali cały dzień. Skoro ponieśli większy trud, poświęcili więcej czasu, bardziej bolą ich mięśnie, to i zapłata powinna być większa niż tych, którzy pracowali tylko godzinę.

Gdyby poprzestać na poziomie ekonomii ziemskiej, to można napisać, że postępowanie gospodarza jest nie tylko niesprawiedliwe, ale głupie i krótkowzroczne. Patrząc zwłaszcza z pozycji tych, których najął o świcie, niesprawiedliwość obróci się bardzo szybko przeciw niemu. Gdy następnego dnia o świcie wyjdzie na plac, by nająć robotników, nie znajdzie prawdopodobnie żadnego chętnego do pracy w winnicy. Każdy powie sobie: Po co będę się męczył cały dzień. Poczekam, poleżę, pogadam z kolegami, a jak słońce będzie zachodzić, pójdę do winnicy, popracuję godzinkę i dostanę dniówkę. W ten sposób po jedenastu godzinach gospodarz nie mógłby się opędzić od chętnych. Problem w tym, że wówczas winnica pozostałaby nieobrobiona.

Cóż więcej Bóg może dać człowiekowi, jeśli nie samego siebie, zapłatę, która jest wszystkim. Ci, którzy otrzymują wszystko, nie mogą chcieć więcej, niczego bowiem ponad to więcej nie ma. „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy” (Łk 15,31). Czy Bóg potrafi kochać połowicznie albo tylko w jakimś procencie? Jeśli ktoś, mogąc od Boga otrzymać pełnię miłości, oczekuje od Niego zdrowia, urody i bogactwa, traktuje Go instrumentalnie, jak świętego mikołaja przynoszącego prezenty. A jeśli spełniał wolę Boga, oczekując, że otrzyma inną zapłatę niż Jego samego, to uprawiał jakąś formę bałwochwalstwa. Wyżej cenił denara niż gospodarza winnicy. Wyżej stworzenie niż Stwórcę. W ten sposób wyklucza się z ostatecznej uczty, podczas której właściciel winnicy każe mu po pracy zasiąść do stołu, a sam się przepasuje i usługuje robotnikom, których najął podczas dnia.

A jeżeli już liczyć i postawić jednego denara obok na przykład dwunastu, to jakie to ma znaczenie, jeśli można otrzymać przyjaźń właściciela? Jakie znaczenie ma to, czy ktoś pracuje dwanaście godzin, czy tylko jedną, w perspektywie wieczności? Jeśli postawimy obok siebie żółtą piłeczkę do tenisa i pomarańczową piłkę do koszykówki i popatrzymy na nie z odległości metra, to różnica wielkości jest oczywista. Jeśli jednak położymy je na powierzchni kuli ziemskiej i popatrzymy na wszystkie trzy kule z orbity okołoziemskiej, to jak postrzegać będziemy różnicę między dwiema piłkami? Jako nieistotną, wręcz niedostrzegalną.

Gospodarz

Warto zauważyć, że właściciel winnicy to ten sam gość, który miał dwóch synów, jednego, który „odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie”, i drugiego, który służył ojcu wszystkie lata i nigdy nie przekroczył jego rozkazu. Pierwszy wrócił i się odnalazł, drugi zagubił się w domu i nie potrafił odnaleźć po powrocie młodszego brata. Właściciel winnicy to również pasterz stada stu owiec, który zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec i wyrusza na poszukiwanie jednej zagubionej. To siewca, który rzuca ziarno na drogę, na skałę, między ciernie i na glebę żyzną. To ten sam wariat, który mając do czynienia z rolnikami, którzy wynajęli winnicę i nie chcą oddać należnej właścicielowi części, posyła do nich syna, mając nadzieję, że go uszanują. To ten, który mając zarządcę złodzieja, chwali jego roztropność.

Świadome wejście do winnicy Pańskiej, trud i znój będący konsekwencją całodziennej pracy to w rzeczywistości przyjęcie zaproszenia do wspólnoty z Bogiem, zgoda na to, by On zamieszkał w sercu człowieka. Nagrodą za całodzienną pracę jest więź z Bogiem na wieki, ale jej początkiem nie jest godzina sądu i zapłaty, a ziemskie pielgrzymowanie. Mówienie o niesprawiedliwym postępowaniu gospodarza stawia człowieka obok starszego syna z przypowieści o miłosiernym ojcu i marnotrawnym synu. Jeśli popatrzymy przedmiotowo, czyli na rachunek zainwestowanego czasu, sił, zdrowia, pieniędzy czy życia z jednej strony, i tego, co można zyskać z drugiej, to praca w winnicy od świtu się nie opłaca. Denar dla robotników ostatniej godziny rodzi wręcz złość i poczucie krzywdy. Po co się męczyć całe życie, cały dzień, skoro tyle samo można zyskać w ostatniej godzinie? Jeśli jednak popatrzymy na tę rzeczywistość w perspektywie osobistych więzi, to denar dla robotników ostatniej godziny, odszukanie zagubionej owcy, przyjęcie do domu marnotrawnego syna stają się niebywałym zyskiem. Gospodarz nie patrzy na referencje, rekomendacje i świadectwa pracy. Ostatni będą pierwszymi. Celnicy i jawnogrzesznice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Łotr na krzyżu jako pierwszy dostaje obietnicę raju. Maria Magdalena, która nosiła w sobie siedem złych duchów, pierwsza spotyka zmartwychwstałego Jezusa. Piotr, który się zaparł Jezusa, zostaje pierwszym papieżem, a najgorliwszy prześladowca Kościoła – najskuteczniejszym z apostołów. Stosunek do robotników ostatniej godziny staje się testem: albo jestem dziedzicem, synem miłosiernego Ojca, przyjacielem Jezusa, albo najemnikiem, któremu nie zależy na winnicy, na zagubionej owcy, na marnotrawnych braciach i siostrach, a tylko na proporcjonalnej do wysiłku zapłacie. Paradoksalnie troska o wąsko pojętą sprawiedliwość pozbawia człowieka wiecznej winnicy, zostawiając w ręku jednodniową monetę. Można postawić pytanie, czy ważniejsze jest to, co ja zrobiłem dla Boga, czy to, co Bóg robi dla mnie? Ważniejsza jest człowiecza wiara w Boga czy Boża miłość do człowieka?

Trudzący się w winnicy otrzymają wartość dodatkową, której nie widać na pierwszy rzut oka. Kto lepiej może poznać winnicę? Kto pewniej się po niej porusza? Kto rozumie mechanizm jej działania? Kto miał szansę najlepiej poznać gospodarza? Oczywiście ci, którzy przez cały dzień pracowali, ale złym okiem patrzyli, nic nie zobaczyli, nic nie zrozumieli. Zmarnowali swoją szansę, jaką dawał całodzienny trud. Ich winą jest to, że pracując cały dzień w winnicy, nie zauważyli, jakimi wartościami kieruje się właściciel. Podejrzewam jednak, że w godzinie zapłaty obok tych, którzy szemrali i patrzyli złym okiem na gospodarza, stali też tacy, którzy milczeli i uśmiechali się do niego. Bo w czasie pracy w winnicy poznali jej właściciela, zrozumieli jego ekonomię, zobaczyli, na czym mu najbardziej zależy. Oni są wśród tych, którzy się cieszą z odnalezionej drachmy czy owcy, weselą się z powrotu syna marnotrawnego, radują się, że ci ostatni dostali po denarze. Ci, którzy mają poczucie niesprawiedliwości, nie zauważyli, że częścią powołania do winnicy jest braterstwo z tymi, którzy zostali powołani razem z nimi, niezależnie od tego, o której to się stało godzinie. Robotnicy ostatniej godziny straciliby swojego denara, gdyby z wyższością popatrzyli na tych, którzy od rana się trudzili. Podobnie syn marnotrawny, gdyby zaczął szydzić z naiwności swego starszego brata, sam pozbawiłby się radości ucztowania, gdyż bardzo zasmuciłby tym ojca. Czyż można być dobrym dzieckiem, nie kochając swojego rodzeństwa?

Spróbujmy wreszcie spojrzeć na sytuację oczami gospodarza winnicy. Co jest celem jego działania? Czy sprawiedliwa, proporcjonalna do czasu pracy zapłata? Zdecydowanie nie. Widząc, jak często wychodzi na plac, ile razy w ciągu dnia zaprasza kolejnych robotników do swojej winnicy, można się domyślić, że chodzi mu najbardziej o to, by plac pozostał pusty, by jak najwięcej robotników znalazło się w granicach jego winnicy, by nikt na końcu dnia nie pozostał bez zapłaty. Woła każdego i wszystkich. Godzina powołania i czas pracy nie mają znaczenia. Ważna jest gotowość do pracy w winnicy. Mówimy dziś o powszechnym powołaniu do świętości, które dotyczy każdego chrześcijanina, mężczyzny i kobiety, duchownego i świeckiego. Praca w winnicy Pańskiej jest kontynuacją dzieła stworzenia, udziałem w dziele Boga rozpoczętym w chwili stworzenia świata. Najważniejszym dziełem, które każdy człowiek ma dokończyć, jest on sam, jego świętość, królowanie Boga w jego życiu. Może zamiast przeliczać godziny na denary, zauważmy w tej przypowieści uporczywość Boga, któremu zależy, by każdy mógł dokończyć w sobie dzieła stworzenia.

Trzy aspekty tej samej rzeczywistości

Każdy będzie się wikłał w rozważaniach na temat sprawiedliwości i miłosierdzia, jeśli nie zauważy, że wszystkie opisane tu elementy stanowią różne aspekty tej samej rzeczywistości. Winnica jest obrazem królestwa. Denar jest obrazem królestwa. Gospodarz jest obrazem królestwa. Zależnie od kąta spojrzenia, perspektywy, z jakiej na królestwo patrzymy, dostrzegamy różne aspekty. Widzenie poszczególnych elementów oddzielnie, a co gorsza – przeciwstawianie ich sobie, prowadzi do niepotrzebnych komplikacji, zubaża rozumienie rzeczywistości królestwa i nie pozwala ogarnąć bogactwa, jakie Bóg przygotował człowiekowi, zapraszając go do królowania.

Wezwanie do winnicy Pana trwa zawsze. Zawsze jest aktualne. Zawsze jest właściwa godzina. Nigdy nie jest za późno, by tam wejść. Nawrócić się i wydać owoc godny nawrócenia. Sprawiedliwe jest bowiem, by każdy poznał Boga, którego imieniem jest Miłość, by rozpoznał siebie jako bezpośredniego adresata Bożego miłosierdzia. Ten, kto oczekuje sprawiedliwej zapłaty, nie rozumie, że do królestwa nie wchodzi się za wysługę lat, ale dzięki zaproszeniu właściciela, który każdemu daje według miary swej miłości. Aby wejść na ucztę, potrzeba tylko jednego. Zostawić bogactwo swoich zasług, oczekiwanie na skalkulowaną zapłatę za cały dzień pracy i uradować się towarzystwem Syna gospodarza winnicy.


Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Odzyskać człowieka

TRZY JASNE HISTORIE NA CIEMNYM TLE

Na krawędzi

Mój Kościół jest w potrzebie

ZOSTAŁEM WROBIONY W TEN ZAKON


komentarze



Facebook