MIŁOSIERDZIE NĘDZNYCH
Troska o duchowe potrzeby drugich angażuje nas w większym stopniu niż troska o ich potrzeby fizyczne. Do świadczenia tego miłosierdzia nie potrzeba fundacji ani zbiórek - wystarczą mądrość, wrażliwość i wspaniałomyślność.

FOT. ANCARO PROJECT / UNSPLASH.COM


prof. Barbara Chyrowicz SSpS

Zastanawiając się nad tym, czym jest miłość bliźniego, zafascynowana chrześcijaństwem francuska myślicielka Simone Weil stwierdza dość prowokacyjnie, że rozróżnienie między miłosierdziem a sprawiedliwością jest ludzkim wymysłem. Zostało przez nas wymyślone po to, żebyśmy mogli zwolnić się z obowiązku dawania, a kiedy już dajemy, żebyśmy odczuwali zadowolenie ze spełnienia dobrego uczynku. Dla głęboko przejętej ludzką nędzą Weil miłosierdzie jest sprawiedliwością, a sprawiedliwość miłością. Weil miała na myśli fizyczną nędzę człowieka, jałmużna to w jej przekonaniu sprawiedliwość, a nie szczodrobliwość. Tak oto refleksje Weil wpisują się w ewangeliczny sąd, w trakcie którego Chrystus odrzuca tych, co wprawdzie nie krzywdzili, ale i nie dawali. Ten, kto kocha, stara się ze wszech miar zapobiec ludzkiej nędzy, traktując to jako prosty obowiązek, a nie dobrowolny datek. A kiedy nie o fizyczną nędzę chodzi?

Potrzeby rozumnych i wolnych istot dotyczą zarówno ciała, jak i duszy, miłosierdzie, w którym Weil dostrzega prostą sprawiedliwość, oznaczałoby zatem również obowiązek wspomagania tych, którym doskwiera duchowy brak – tutaj się kończą jednak proste analogie. Miłosierdzie co do duszy, które zostało, podobnie jak miłosierdzie co do ciała, ujęte tradycyjnie w siedmiu punktach, stawia nas wobec tych, których duchowej potrzebie powinniśmy zaradzić w zupełnie innej sytuacji niż wtedy, gdy zaradzamy potrzebom ich ciała. Zapobiegając fizycznej nędzy drugich, dajemy im to, czym w przeciwieństwie do nich dysponujemy; okazując miłosierdzie co do duszy, ofiarujemy częstokroć to, czego nam samym brakuje. Tutaj nędzni wspomagają nędznych. I nie jest wcale pewne, czy okazując miłosierdzie co do duszy, nie pomagają bardziej sobie niż innym – a nawet jeśli innym, to miłosierdzie okazane drugim wraca do nich zwielokrotnione refleksem Bożej łaski.

W katechizmowej wersji uczynków miłosierdzia brak ostatniego z tradycyjnie wymienianych uczynków co do duszy: modlitwy za żywych i umarłych. W Katechizmie czytamy, że „Pouczać, radzić, pocieszać, umacniać, jak również przebaczać i krzywdy cierpliwie znosić – to uczynki miłosierdzia co do duszy” (KKK 2447). Jeśli to wyraz naszej wspaniałomyślności, to wolno byłoby nam się dyspensować od miłosiernych zadań. A jeśli to obowiązek? Jeśli bardziej niż kromkę chleba głodnym winni jesteśmy dobre słowo nieporadnym, smutnym i zagubionym?

Miłosierdzie równych

Troska o duchowe potrzeby drugich angażuje nas w nieporównywalnie większym stopniu niż troska o ich potrzeby fizyczne. Wspomagając bliźnich duchowo, nie ofiarowujemy im dóbr zewnętrznych – dajemy siebie, czy może raczej coś z siebie. Przelew z konta na potrzeby głodujących zajmie nam kilka minut, udzielenie drugim rady nie dość, że wymagać może wielogodzinnego słuchania czyichś zawiłych historii, to jeszcze skłania do dzielenia się własnym doświadczeniem, przywoływania własnych, bolesnych czasem historii. W jakimś stopniu otwieramy wtedy przed drugimi własne wnętrze, a to, czy zdołamy komuś pomóc, zależy od tego, kim jesteśmy, czy potrafimy skupić uwagę na drugim, zawieszając niejako zaaferowanie własnymi sprawami. Okazując miłosierdzie co do duszy, dzielimy się bogactwem, które nie mierzy się statusem społecznym ani sumą zgromadzoną na koncie bankowym. Tutaj miliarderzy, których „Forbes” umieścił na szczycie rankingu najbogatszych, mogą nie mieć nic do zaoferowania, a ci, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, okazują się nad wyraz bogaci; utytułowani naukowcy mogą potrzebować rady od niewykształconych, a znani i sławni znaleźć pocieszenie u zapomnianych. Do świadczenia tego miłosierdzia nie potrzeba fundacji ani zbiórek – wystarczą mądrość, wrażliwość i wspaniałomyślność. Tylko bogaci Bogiem mogą pomóc duszy drugich, ale to bogactwo nie jest z nich – jest Boże! O tyle stają się bogaci Bogiem, o ile sami są ubodzy w duchu. Ubodzy duchem przeświadczeni są o tym, że nie mają nic, czego by nie otrzymali, nie wynoszą się nad drugich, wiedzą, że w istocie dzielą los tych, których próbują wspomóc. Tylko tacy, którzy pozbyli się złudzeń co do własnej poprawności i tego, że sami potrafią rozeznać, co dobre i słuszne, nie są jak „ślepi prowadzący ślepych” (Mt 15,14). Dając drugim siebie, dzielą się miłosierdziem Boga – miłosierdzie co do duszy jest przekazywaniem miłosierdzia Boga. Nasze dusze należą do Boga. Ci, którzy pragną rządu dusz, nie przekazują miłosierdzia, ich moralizowanie jest nieznośne, bo stawiają się wyżej od tych, których tak bardzo chcą pouczyć. Miłosierdzie co do duszy jest miłosierdziem równych, tutaj słabi wspomagają słabych. (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Barbara Chyrowicz SSpS - prof. nauk humanistycznych, dr hab. filozofii, etyk, kierownik Katedry Etyki Szczegółowej KUL, należy do Zgromadzenia Misyjnego Służebnic Ducha Świętego. Jest między innymi autorką książek "O sytuacjach bez wyjścia w etyce" (2008) i "Bioetyka. Anatomia sporu" (2015) oraz współautorką podręcznika "Etyka zawodu psychologa" (2017). Mieszka w Lublinie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

ZEMSTA CZY SPRAWIEDLIWOŚĆ

PRAWO DO ODMOWY

Życie chciane i niechciane

ZBYWALNE I NIEZBYWALNE

TWARDA MOWA PAPIEŻA


komentarze



Facebook