CZEKAM AŻ WRÓCĄ
Wykrzyczałam Panu Bogu moją złość, wypłakałam żal, oddałam bezradność, przyznałam się do pychy, błagałam na kolanach o wiarę dla moich dzieci. Dziesiątki razy myślałam o tym, gdzie zawaliłam, gdzie popełniłam błąd. Ale wciąż mam nadzieję.

Małgorzata Grzybowska

Powiedział: Nie pójdę z wami do kościoła. Zabolało mnie. Dzielnie przyjmowałam jego młodzieńczy bunt, obrażanie się, fochy. To wszystko, na co rodzic musi być przygotowany.

Czasem próbował, na ile może przekroczyć wyznaczone granice. Ale tak naprawdę nigdy nie przekraczał ich za bardzo. Aż nagle powiedział coś, na co nie byłam przygotowana. Nie wiedziałam, co zrobić.

Dobrze pamiętam ten dzień. To była niedziela. Mieliśmy trudną rozmowę o obowiązkach w domu i w szkole, sprawdzianach, stopniach i odpowiedzialności za podjęte zobowiązania. Mówiliśmy o tym, że liczy się dane słowo, że trzeba poważnie traktować to, czego się podjęliśmy. Przy obiedzie siedział obrażony, nie odzywał się. Wiedziałam, że minie kilka godzin i mu przejdzie – zawsze tak było. Nie nosił w sobie długo złości. Kiedy po południu zaczęliśmy się zbierać do kościoła, on dalej siedział u siebie w pokoju. Mówiłam, że za chwilę wychodzimy, że robi się późno, że trzeba już iść. I wtedy właśnie powiedział te słowa. A raczej wykrzyczał: Nie pójdę z wami do kościoła! Próbowałam z nim rozmawiać, negocjować, przekonywać. Czułam, że jest na nas zły i że właśnie w ten sposób chce nas ukarać. Dobrze wiedział, że to nas zaboli. To była pierwsza niedziela, kiedy nie poszedł na mszę świętą.

Droga

Od ponad dwudziestu lat jestem mamą. Mam dwóch synów. Jestem mamą szczęśliwą, co nie znaczy, że wychowywanie dzieci było zawsze łatwe. Ale też śmiało mogę powiedzieć, że wiele problemów, z którymi boryka się niejedna rodzina, nas ominęło.

Rodzicielstwo było dla mnie i dla mojego męża czymś, czego bardzo pragnęliśmy i na co czekaliśmy. Nie goniliśmy za pieniędzmi, nie spełnialiśmy się, robiąc wielkie kariery. Rodzina była dla nas zawsze najważniejsza. Spędzaliśmy z naszymi dziećmi bardzo dużo czasu, wyjeżdżaliśmy na wakacje, organizowaliśmy z zaprzyjaźnionymi rodzinami weekendowe wypady za miasto, lubiliśmy czytać razem książki na głos, chodziliśmy do kina, do teatru i do muzeów. Razem z dziećmi chodziliśmy też do kościoła.

Gdy chłopcy byli mali, uczestniczyliśmy w mszach dla dzieci, towarzyszyliśmy im w przygotowaniu do pierwszej komunii, przez długi czas wspólnie wieczorem się modliliśmy. Aż do czasu, gdy powiedzieli, że chcą się modlić sami. Mieliśmy nadzieję, że gdy pójdą do liceum, zaangażują się w duszpasterstwo młodzieży i tam będą rozwijali swoją wiarę.

Sami przed laty tam się spotkaliśmy, spędziliśmy cudowne lata szkoły średniej i czas studiów, tam przygotowywaliśmy się do małżeństwa.

Ilekroć wyjeżdżaliśmy z dziećmi na wakacje poza Polskę, szukaliśmy kościoła, w którym będziemy mogli uczestniczyć w niedzielnej mszy świętej – wakacje nie były okazją, by zwolnić się z modlitwy. Nie było w tym wszystkim przesytu, dewocji, nacisku, przymuszania. Wychowanie religijne pojmowaliśmy raczej jako rozumne towarzyszenie, dawanie przykładu, kształtowanie człowieka.

I myśleliśmy, że tak będzie. Że nasza wiara będzie ich wiarą. Że uda się im przekazać to, w co sami wierzymy. Nie przyszło nam do głowy, że może być inaczej (...)

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Małgorzata Grzybowska - żona, matka, należy do Wspólnoty św. Moniki. Mieszka w Gdańsku. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

PROTAZY, JANUSZ I SYNTIA

Pozytywista z plebanii

NIE STRZELAĆ DOKTRYNĄ DO GRZESZNIKÓW

Co jest, a co nie jest walką ze smokami

PIEKŁO BOGÓW


komentarze



Facebook