Archwium > Numer 548 (04/2019) > Reportaż > JA CHCĘ DO LUDZI

JA CHCĘ DO LUDZI
Jak przez dziurkę od klucza, i to za mgłą. Tak Edward Rutkowski od 34 lat ogląda świat. Próbuję sobie to wyobrazić. Zwijam dłoń w lunetę, mrużę oczy. Chcę poczuć, co znaczy nie widzieć.

FOT. RYOJI IWATA / UNSPLASH.COM


Elżbieta Strzałkowska

Biuro jest małe jak dziupla. Regał, kilka krzeseł, stolik z czarnym blatem. Edward Rutkowski ostrożnie stawia szklanki z herbatą. Spojrzenie ma jasne, oczy żywe. Nie widać, że nie widzi.

Opowiada o życiu przed. Jak budował obiekty wojskowe. Później bloki, przedszkola, szkoły. I jak zachorował. – Przeżyłeś, bo bardzo chciałeś – powiedział mi wtedy doktor. – Ale jak nie chcieć żyć, kiedy ma się 29 lat? I młodą żonę, i dwoje dzieci, z których jedno nie będzie nigdy chodzić? I dom, który trzeba dopiero zbudować? Choroba mózgu uszkodziła nerwy wzrokowe. Zniknęły barwy i kontury, pole widzenia skurczyło się do kilku milimetrów.

– Dawali mi dwa lata życia. Można się załamać. Ale ja chciałem być i wykorzystać czas. Był rok ’84, polska bieda po stanie wojennym. Cegłę załatwiał pod Sochaczewem, deski gdzieś za Wyszkowem, blachę na dach w Pomiechówku. Kursował pekaesami. Z Agnieszką. Trzymała ojca za rękę – sześcioletni przewodnik niewidomego.

W budowie pomógł brat, pomogli sąsiedzi. – I żona. Jednak łatwiej niewidomemu dom postawić, niż moją żonę nauczyć murarki – śmieje się Rutkowski.

Dom zdążył obrosnąć drzewami, ale ludzie z okolicy wciąż pamiętają, jak kładł cegły, szalował schody, okna wstawiał. Jak sąsiadka mdlała, kiedy wchodził na drabinę. Jak brat siłą ściągał go z dachu.

Blondyneczka

Gdy zanika wzrok, inne zmysły próbują go zastąpić. Palce uczą się faktur delikatnych jak kurz, skóra wyczula na zimno, słońce, wiatr. Słuch zaczyna odbierać cudze nastroje i emocje. Węch stawia drogowskazy zapachów. Tu jest apteka, obok piekarnia, za zakrętem po prawej kurczaki z rożna. Z takich skrawków pamięć układa mapę. Nie ma w niej obrazów. Obrazy i kolory zostały w snach. – W opiece społecznej niespecjalnie się mną zajęli. Masz rodzinę, powiedzieli. Rodzina musi pomagać.

Ale jak? Bez szkolenia, terapii czy grupy wsparcia trudno odzyskać równowagę. – Kiedy tracisz wzrok, żyjesz w ciągłym napięciu, w zależności od innych. Musisz zarejestrować i zapamiętać setki nowych rzeczy. Oswoić lęki. Nauczyć się chodzić z białą laską.

– Blondyneczka – tak o niej mówi. – Rozpoznaje teren, chroni przed zderzeniem. I przypomina społeczeństwu o takich jak ja. Pamięć i samodzielność ćwiczył na miejskich ulicach. Uczył się pokonywać krawężniki, schody, przejścia dla pieszych. I stres, bo niewidomy odpowiada za wypadek tak samo jak widzący. I natłok dźwięków. I tłum. – Co się pan tu kręcisz z tą laską! – warknął ktoś czasem. – Uderzysz kogoś, albo sam sobie krzywdę zrobisz!

Odpowiadał spokojnie. – Idę z białą laską, bo chcę do ludzi. Jak każdy.

Prezes

Prezesem koła Polskiego Związku Niewidomych w Nowym Dworze Mazowieckim został w 1992 roku. Z łapanki, bo nikt inny nie chciał. W starostwie zaproponowali mu darmowe przejazdy. Zapytał, czy inni niewidomi też mogą dostać tę ulgę. Nie mogą. Więc sam płacił za bilety. Nie miał służbowego telefonu ani komputera. Pracował bez wynagrodzenia.

Co robi prezes? Odwiedza podopiecznych. Spotyka się z rodzinami. Prowadzi spotkania integracyjne. Jeździ po urzędach. Załatwia. Prosi. Tłumaczy. Rozmawia ze starostą, rozmawia z radnymi. Z młodzieżą w liceum, z dziećmi w przedszkolu. Układa programy, pisze projekty. Jeśli dostanie dotację, niewidomi pojadą na tandemy, na łódki albo nawet w góry. Takie wyjazdy kosztują, ale najbardziej zbliżają ludzi. Jednak w urzędach mało kto to rozumie.

W Kole pracuje dwóch tyflopedagogów. Uczą, jak przyszyć guzik, ugotować obiad, jak zrobić pranie, żeby nie pomieszać par skarpetek. Uczą brajla. Wiedzą, kto ostatnio pożyczył czytak z wgranym bestsellerem. Komu potrzebna laska teleskopowa, komu lupa. Mówiący budzik, termometr, ciśnieniomierz, waga czy kalkulator. Albo tester kolorów, od którego usłyszysz, jaką barwę ma bluzka czy spódnica.

Sprzęt ułatwiający życie – i ten podstawowy, i ten z górnej półki – jest na rynku. Ale smartfon, który powie, kto dzwoni, przeczyta SMS, zrobi zdjęcie tekstu i odczyta jego treść, kosztuje cztery tysiące! Komputer z syntezatorem mowy i skanerem zmieniającym druk na dźwięk – dziesięć tysięcy.

Kto ma takie pieniądze? Nikt z podopiecznych Koła. Nie ma też starostwo ani żadna instytucja w powiecie.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Elżbieta Strzałkowska - absolwentka Akademii Teologii Katolickiej i Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Współautorka książki Agaty Tuszyńskiej "Bagaż osobisty. Po Marcu". Mieszka w Puszczy Kampinoskiej. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Bóg daje szansę

Na Gołasa

PRZYJĄĆ UBÓSTWO

ŻYCIE BEZUŻYTECZNE

ŻYCIE I ŚMIERĆ. NAMALUJ TO!


komentarze



Facebook