Archwium > Numer 548 (04/2019) > Orientacje > NASZA UTRACONA WOLNOŚĆ

NASZA UTRACONA WOLNOŚĆ
"Droga do niewolności. Rosja - Europa - Ameryka"; Timothy Snyder; przeł. Bartłomiej Pietrzyk Znak, Kraków 2019 s. 416

Marcin Cielecki

Już pierwsze zdania książki Timothy’ego Snydera przykuwają uwagę. „Być może w 2010 roku zaszło coś więcej, niż sądziliśmy. Być może kaskada zdarzeń dzielących katastrofę smoleńską od prezydentury Trumpa była erą transformacji, którą przeoczyliśmy. Być może prześlizgujemy się z jednej wizji czasu w drugą, gdyż nie dostrzegamy, jak kształtuje nas historia i jak my sami kształtujemy historię”. Snyder w Drodze do niewolności bije na alarm: po doświadczeniu totalitaryzmów zbyt pospiesznie zadęliśmy w tryumfalne trąby, obwieszczając czas praw człowieka i pokoju. Kolejne formy zniewolenia czają się u naszych bram, a my stoimy bezradni, niewiele rozumiejąc z tego, co się dzieje wokół nas. Gdzie szukać klucza do zrozumienia współczesnego świata? Tam, gdzie był on zawsze: w historii jako nauczycielce życia. Współczesne myślenie jest jednak całkowicie ahistoryczne. Miotając się pomiędzy nieuchronnością (musi być tak, jak jest, i nie ma się co temu dziwić) a wiecznością (naród cyklicznie przeżywa wielkie tragedie swej historii), nie jesteśmy w stanie wyciągnąć wniosków z rozgrywających się na naszych oczach wydarzeń. Jak to się stało, że zawiązaliśmy sobie przepaski na oczach?

ZSRR 2.0

Za wcześnie ogłoszono koniec historii, jak pisał w swoim głośnym eseju Francis Fukuyama. Upadek imperium sowieckiego w 1991 roku interpretowano jako ostateczny zmierzch zimnej wojny. Wierzono, że na całym świecie zapanuje demokracja, wolny rynek, a prawa człowieka będą już zawsze przestrzegane. Że skoro upadło „imperium zła”, to wszyscy podążą drogą szczęśliwości wskazaną przez Zachód. Jelcynowski karnawał wolności z lat dziewięćdziesiątych rozczarował Rosjan. Realne zderzenie się z państwem dopiero co odzyskanym przez obywateli – z faktycznym stanem gospodarki, ze zbrodniami dokonanymi przez system stalinowski, z ujawnieniem hańbiących czynów Armii Czerwonej – spowodowało, że większość Rosjan nie rozpoznawała swego państwa. Nie było ono ich dawną Rosją. Ta nowa Rosja to jakiś karykaturalny twór, z którego Europa szydzi; ta dawna to imperium, przed którym wszyscy drżą. Po Jelcynie pojawił się Putin, który głosił Rosję wielką, rozciągającą się od Władywostoku do Lizbony. Europa uśmiechała się z wyższością. Zabrakło przenikliwości, by dostrzec, że w rzeczywistości imperium sowieckie nie rozpadło się, a jedynie potknęło. Dostało zadyszki, ale nie sczezło ostatecznie. Nie odłączyły się przecież od Rosji ani Kaukaz, ani Kałmucja, nawet nie Buriacja i nie Jakucja. Gdy Zachód zaprzątnięty był troską, aby arsenał atomowy dawnego Sojuza nie trafił w niepowołane ręce, Rosja wikłała się w swoje małe wojny, odbudowując utracony stan posiadania. Gruzja, Górny Karabach, kolejne wojny czeczeńskie – Zachód nie reagował, wszystko to rozgrywało się przecież tak daleko stąd. Czy zatem zajęcie Krymu zaskoczyło Europę? W zasadzie nie. Zaskoczył nas Majdan, jego szybkość (obstawiono, że pojawi się za rok, za dwa), ale nie aneksja Krymu. Zatem co tak najbardziej zadziwia? Brak odpowiedniej reakcji Europy.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Marcin Cielecki - ur. 1979, poeta i eseista. Autor zbioru esejów "Miasto wewnętrzne" oraz książek poetyckich "Ostatnie Królestwo" i "Czas przycinania winnic". Mieszka w Olsztynie z żoną i dwoma synami. Strzela z łuku. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

W stronę większej wolności

Latarnia i ciemność

We własnym labiryncie

Żadnych okoliczności łagodzących

Filozofia horroru albo paradoksy uczuć


komentarze



Facebook