SEPARACJA W WERSJI POLSKIEJ
W świecie zachodnim, ukształtowanym przez chrześcijaństwo, na jednym terenie istnieją dwie władze: świecka i duchowna. Obywatele podlegają władzy państwowej tylko w pewnym zakresie. Działanie obydwu władz dotyczy tych samych osób, o ile są wierzące.

Włodzimierz Bogaczyk: Czy ksiądz profesor udziela się w mediach społecznościowych?

ks. prof. Piotr Mazurkiewicz: Nie. Kiedyś otworzyłem na jednym z nich konto, ale dość szybko doszedłem do wniosku, że to nie ma sensu, bo jest raczej promocją własnej osoby, a nie rzeczywistym działaniem ewangelizacyjnym. A dlaczego pan pyta?

Mamy rozmawiać o konkordacie. Jeśli ktoś jest aktywny na Facebooku, a zwłaszcza na Twitterze, to od razu zobaczy, jak bardzo Polacy są podzieleni w ocenie tej umowy.

Na pewno nie jest to podstawowy temat, który dzieli Polaków. Z drugiej strony, trudno znaleźć sprawy, które cieszyłyby się stuprocentowym poparciem w społeczeństwie. No i jest pytanie, jakie są w tym podziale proporcje.

A księdza zdaniem, jakie one są?

Mogę mówić o swoich odczuciach, bo nie znam żadnych danych empirycznych. Oczywiście dochodzą do mnie bardzo ostre, krytyczne wobec konkordatu głosy, ale to są opinie znaczącej mniejszości społeczeństwa.

Skąd się biorą? Dobiegają między innymi ze strony grup, które próbują zbudować swój kapitał polityczny na antyklerykalizmie. Jeszcze niedawno tym ludziom konkordat nie przeszkadzał. Dopóki mogli swą tożsamość polityczną budować w oparciu o jakieś inne kryteria, to go nie krytykowali. W polityce kwestie, które dotyczą etyki czy religii, bardzo często są przywoływane, kiedy dąży się do jednoznacznego podziału elektoratu. Przećwiczyliśmy to kilkakrotnie w związku z aborcją. Gdy partie lewicowe traciły wyborców, temat powracał. I nagle ugrupowanie, które ma kilka procent poparcia, zaczyna być w przestrzeni publicznej postrzegane jako jedyna siła zdolna obronić tzw. prawo do aborcji. Polacy aktywni politycznie w wielu kwestiach etycznych są podzieleni mniej więcej po połowie. Kto zatem kreuje się na jedynego reprezentanta którejś z „połówek”, może liczyć, że – przynajmniej chwilowo – przysporzy mu to licznych nowych wyborców.

Konkordat ułatwia budowanie takiego kapitału politycznego?

Nie sądzę. Stosunek do Kościoła nie stanowi dziś w polskim społeczeństwie jakiejś zasadniczej osi podziału. Zobaczymy, czy nie zmienią tego raporty na temat nadużyć seksualnych. Niemniej w kampanii wyborczej daje się zauważyć chęć zdyskredytowania Kościoła jako moralnego autorytetu i wywołania swoistej wojny religijnej. Miejmy nadzieję, że Kościół nie da się sprowokować. Wojny bowiem mają swoje prawa i trudno kontrolować ich przebieg.

A po co nam w ogóle konkordat?

Nie da się odpowiedzieć na to pytanie, nie odwołując się do historii. W krajach, w których istotna część społeczeństwa jest katolicka, sytuację Kościoła katolickiego reguluje się na ogół poprzez konkordat, to znaczy umowę międzynarodową między rządem danego państwa a Stolicą Apostolską. Mieliśmy go w II Rzeczypospolitej. Zawarcie tamtego konkordatu było także symbolicznym uznaniem przez Stolicę Apostolską niepodległości państwa polskiego. Porządkował on relacje między państwem a Kościołem katolickim tak, aby nie dochodziło do niepotrzebnych konfliktów czy nieporozumień. Konkordat ten został jednostronnie zerwany przez państwo komunistyczne. Przez cały okres PRL-u, oczywiście z różnym nasileniem, trwała walka władzy komunistycznej z Kościołem katolickim. Gotowość do uregulowania sytuacji prawnej Kościoła pojawiła się dopiero, kiedy ta władza osłabła, gdy zbliżał się czas rozmów Okrągłego Stołu i komuniści mieli nadzieję, że strona kościelna zostanie mediatorem społecznym, gwarantującym, że nie dojdzie w kraju do wybuchu przemocy. Efektem był także tzw. pakiet ustaw kościelnych z 1988 roku, regulujących sytuację Kościoła.

Pięć lat później, już po oddaniu władzy przez PZPR, przy dużym zaangażowaniu premier Hanny Suchockiej doszło do podpisania obowiązującego dziś konkordatu.

Stało się to w czasie, gdy sejm został już rozwiązany i było wiadomo, że nie będzie mógł tej umowy zatwierdzić. To było wykorzystanie pewnego, nazwijmy rzecz po imieniu, kruczka prawnego.

Żadnych kruczków prawnych nie było, rząd zrobił to, do czego był legitymizowany. Po wyborach w 1993 roku rządząca koalicja SLD-PSL nie była zainteresowana ratyfikacją konkordatu. Doszło do niej dopiero pięć lat później, ale również na tym etapie wszystko odbyło się zgodnie z polskim prawem. W tamtym okresie dość często następowały zmiany rządów i gdyby każda miała oznaczać zmianę wszystkiego w polityce międzynarodowej, to nigdy byśmy nie wstąpili ani do Unii Europejskiej, ani do NATO. Stolica Apostolska utrzymuje relacje dyplomatyczne ze 180 krajami na świecie. Polska podpisała konkordat z tych samych przyczyn, z jakich zrobiły to inne państwa.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


ks. prof. Piotr Mazurkiewicz - ur. 1960, święcenia kapłańskie przyjął w 1988 roku, jest profesorem nauk społecznych, pracuje na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, gdzie pełnił w przeszłości także funkcję dyrektora Instytutu Politologii; specjalista w zakresie europeistyki, filozofii polityki, katolickiej nauki społecznej, etyki społecznej i politycznej, w latach 2008?2012 był sekretarzem generalnym Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Włodzimierz Bogaczyk - przez 29 lat pracownik ?Gazety Wyborczej? jako dziennikarz i wydawca regionalny. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Zatrzymać ruchome piaski

RYZYKO UZALEŻNIENIA

Jestem zasmuconym katolikiem

Bractwo św. Piusa a bractwo św. Piotra


komentarze



Facebook