POŁOŻNA ŚMIERCI
Chory doskonale czuje, że jego czas się kończy, i kiedy widzi, że najbliżsi nie są z tym pogodzeni, rodzi to dodatkowy ból. Bywamy w swojej miłości za bardzo skupieni na sobie, na swoich przeżyciach i potrzebach.

Tomasz Jędraszczak: Zaczęło się od…?

Barbara: Miałam 44 lata, z dnia na dzień zostałam wdową z dwójką dorastających dzieci. Mąż zmarł nagle w karetce pogotowia. To był dla mnie szok.

Jestem wierząca, ale to, co się wydarzyło, było tak mocnym ciosem, że wyrzucałam Bogu, że zabrał mi męża i nie pozwolił mi być przy nim, kiedy umierał!

Z tym kompletnie nie mogłam sobie poradzić.

Któregoś dnia zadzwonił do mnie ksiądz, który prowadził w Poznaniu Hospicjum Domowe imienia św. Jana Kantego. Znał mojego męża. Zaproponował rozmowę, a następnie pracę. Długo się zastanawiałam.

Poszłam nawet w tej intencji na pielgrzymkę na Jasną Górę. W drodze usłyszałam fragment historii Hioba: „Pan dał i Pan zabrał. Niech imię Pańskie będzie błogosławione”. Pomyślałam, że to znak i odpowiedź na moje wątpliwości. Że może tak jest, że dopóki sama tych słów nie wypowiem, to nie domknę tego rozdziału w życiu i nie pójdę dalej.

I?

Jakieś pół roku później znalazłam się w hospicjum. Najpierw w ramach przygotowań, słuchając uwag lekarzy i pielęgniarek. Co jest najtrudniejsze, na co trzeba zwracać uwagę. Co mówić chorym i jak ich traktować.

Po miesiącu zostałam przydzielona do pomocy pierwszej osobie.

Dziś z perspektywy czasu, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, mogę powiedzieć, że towarzyszenie osobom ciężko chorym i umierającym uleczyło mój ból po stracie męża. Traktuję to jako dar od Boga dający mi ogromną siłę do zmagania się z własnymi słabościami.

Ktoś, kto nigdy nie był w hospicjum, kojarzy je z miejscem, w którym pomaga się ludziom terminalnie chorym.

Zaskoczę pana, ale w hospicjum, nie kwestionując opieki lekarskiej, głównie chodzi o pomoc duchową.

Nie rozumiem…

Przez całe życie dbamy o nasze ciała. Dobrze się odżywiamy, ubieramy, trenujemy, stosujemy różne diety i tym podobne metody. I to nas tak pochłania, że zapominamy o naszym duchu. Zostawiamy go na „kiedyś” i „potem”. W momencie kiedy dowiadujemy się o chorobie i końcu życia, nie umiemy sobie z tym poradzić, bo to, w co tak inwestowaliśmy, zawiodło, a my nie znajdujemy w sobie innego oparcia.

Co w związku z tym?

Stara prawda, którą przypomina hospicjum, jest taka, że człowiek jest duchowo-cielesny. I dopóki nie ma w nim jedności, nie ma prawdziwego szczęścia. Jest nieustanna walka.

To może trwać bardzo długo. Czasem do samego końca. U osób, które są wierzące, ten proces jest łagodniejszy, ale to nie znaczy, że go nie ma.

O co w takich chwilach pytają ludzie?

Dlaczego ja, dlaczego spotkało to moje dziecko, żonę, męża, moją matkę? Przecież jeszcze tyle przed nimi, byli zdrowi, czemu tak nagle? Człowiek jest istotą myślącą, chce zrozumieć i wiedzieć. I potem zwraca się do Boga. Wchodzi z Nim w dyskusję. Bo skoro to On dał mi życie, to dlaczego teraz je odbiera, i to jeszcze tak arbitralnie? Dość szybko zamienia się to w proces oskarżycielski, w którym Bóg jest za wszystko odpowiedzialny.

Co pani wtedy mówi?

Żeby patrzeć szerzej. Że jest stres, są wojny, a środki chemiczne trują ziemię – to wszystko stworzyliśmy my, ludzie, sami to wybieramy i ponosimy tego konsekwencje.

Ból fizyczny, który towarzyszy chorobom nowotworowym, da się dziś opanować z pomocą medycyny niezwykle szybko. Wystarczy kilka dni i ludzie mniej cierpią. Wtedy zaczyna doskwierać ból duchowy. On jest dowodem na to, że Bóg do końca na nas czeka. Że nasz wewnętrzny niepokój objawia pragnienie Boga.

Bóg daje nam szansę na to, żeby się z Nim pokłócić?

Kilka lat temu była u nas starsza pani. Bardzo cierpiała. Pytała o sens swoich cierpień. Opowiadała mi o swoich złych stosunkach z synową, z którą mieszkała. W którymś momencie zaproponowałam, żeby spróbowała przez chwilę ofiarować to cierpienie w tej konkretnej intencji. Po jakimś czasie wyznała, że jest jej lżej.

Zwykła psychologia?

Nie, cierpieniu trzeba nadać sens. Dopiero wtedy przychodzi pokój.

To się nie dzieje z dnia na dzień. To jest proces. Pomaga w tym nasza obecność, ocieranie potu z czoła, trzymanie za rękę. Jako wolontariusze nieraz wysłuchujemy spowiedzi z całego życia. Wtedy prosimy Boga, żeby pozwolił takiemu człowiekowi jeszcze raz zebrać się w całość i wyznać to, co mówił, wtedy, kiedy przyjdzie ksiądz.

Jesteście państwo… kim?

Powiernikami umierających. Często nie ma przy nich bliskich. Chorzy cierpią z tego powodu, że nie przychodzą córka czy syn. Próbuję tłumaczyć, że to nie jest ich zła wola. Nie mają czasu, żyją w pośpiechu. Nie chcę nikogo oceniać. Choć wiem, że to nie zawsze pomaga. Wielu z nich nie pojawia się w hospicjum, bo nie umieją rozmawiać ze swoimi rodzicami. Nie robili tego przez całe życie. Tym bardziej teraz, gdy spędzają tyle czasu przed ekranami smartfonów. Zatrzymanie przy łóżku jest kłopotliwe. Trudno rozmawiać bez chowania się za klawiaturą czy głośnikiem. A czasem trzeba patrzeć w oczy i twarz wykrzywioną bólem.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Barbara - wolontariuszka poznańskiego Hospicjum Palium (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

O nadziei, którą odnajdujemy w Bogu

OCZY ARTYSTY

PIEKŁO - NIEBO

SAMA MIŁOŚĆ NIE WYSTARCZY

MILCZĄCA OBECNOŚĆ


komentarze



Facebook