LAUDATE PUERI DOMINUM
Czy istnieją "liturgie dla dzieci"? Najchętniej odpowiedziałbym: Oby nigdy nie zaistniały! Ale żeby nikogo nie obrażać, powtórzę tylko mądrość: nie istnieją liturgie dla dzieci; istnieją natomiast liturgie z udziałem dzieci.

Paweł Milcarek

Napisałem w swoim życiu wiele tekstów – potężna część dotyczyła jedynej sprawy naprawdę wartej uwagi, czyli naszych ziemskich dróg duszy do Boga. Wspaniałej Boskiej różnorodności tych dróg – widocznej u świętych – poświęciłem trzydzieści pięć lat temu swój pierwszy dorosły tekst publicystyczny, który nie dawał mi spać aż do chwili, gdy zobaczyłem go w druku. Nigdy jednak nie próbowałem pisać o pobożności dzieci, którą od razu oddzielmy od pobożności młodzieży. Byłem tym mocno zainteresowany, ale i mocno skrępowany. Jedno i drugie się nie zmieniło.

Jeśli celem naszego namysłu byłoby odkrycie jednego uniwersalnego i optymalnego „sposobu na sukces”, to nie ma na to mądrych, a każdy, kto coś takiego oferuje, łudzi nas jedynie jak sprzedawca doskonałej maści na wszystkie dolegliwości. Problem polega na tym, że tacy „sprzedawcy dymu” zbierają najczęściej wielkie żniwo, gdyż ludzie szukający rozwiązania swoich problemów czasami pragną bardziej uspokojenia niż rozwiązania. A przecież bywa – zwłaszcza w wychowaniu – że prawdziwe rozwiązania przychodzą nierozdzielnie z wiedzą, że spokoju nie będzie i że nie będzie gwarancji „sukcesu”, a porażki (choć nie muszą być ostateczne) będą odczuwalne bardziej niż radości (choć te bywają wieczne). Będziemy więc mówili o pewnych niezbędnikach ze świadomością, że wychowanie to nie hodowla i tresura – daje potencjalnie nieporównanie większe owoce, ale i napotyka na daleko większe niespodzianki.

Infantylizujący symulator

Czy istnieją „liturgie dla dzieci”? Najchętniej odpowiedziałbym: Oby nigdy nie zaistniały! Mam bowiem w tej sprawie to samo zdanie, które już lata temu wyraził ks. Jacek Dunin-Borkowski w słynnym tekście pt. Msza święta infantylna1 – że tzw. msze dla dzieci to „zorganizowana obraza Boska”. Ale żeby nikogo nie obrażać – zwłaszcza duszpasterzy spracowanych ambitnym przygotowaniem tych „obraz” oraz rodziców zachwyconych takimi animacjami – powtórzę tylko mądrość wypowiadaną z zasady bez jej zrozumienia: nie istnieją liturgie dla dzieci; istnieją natomiast liturgie z udziałem dzieci.

Tak! Ale co z tego praktycznie wynika? Rzecz przecież nie w innych słowach. Tymczasem owe liturgie „z udziałem dzieci” wyglądają dokładnie tak, jakby były liturgiami „dla dzieci”. Obrzędy i teksty są przycinane i mają się tak do liturgii Kościoła jak „Biblia w obrazkach dla dzieci” do Biblii. Jak to słusznie napisał mój redakcyjny kolega z „Christianitas” Tomasz Dekert, religioznawca i ojciec2, potworkowate „msze z udziałem dzieci” są po prostu elementarzem, materiałem dydaktycznym, który został zbudowany w wyniku pomylenia edukacji z mistagogią. Zamiast więc modlić się i rosnąć ze swoją modlitwą wewnątrz liturgii Kościoła, dzieci są prowadzone do jakiegoś edukacyjnego teatrzyku, swoistego liturgicznego „symulatora”, w którym przygotowuje się je do udziału – kiedyś – w „normalnej liturgii”. Błąd nie tkwi w wykonaniu – wręcz przeciwnie, sądzę, że błąd tkwi w samej istocie tego pomysłu, i żadne piękne starania, żeby to wyszło lepiej, nic nie pomogą. Ten pomysł jest chory. Jest – jak napisał ojciec Tomasz Grabowski OP w odniesieniu do samego watykańskiego Dyrektorium o Mszach z udziałem dzieci z roku 1973 – „koszmarem teologiczno-pastoralnym”3.

Sytuacja, wielokrotnie dyskutowana, wymaga jakiegoś ozdrowieńczego wstrząsu w praktyce. Może więc trzeba uderzyć mocno: tak jak nie ma liturgii dla dzieci, tak w ogóle nie ma „liturgii dla ludzi”. Celowość i przeznaczenie liturgii określa zawsze najpierw to, że sprawuje się ją przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie Bogu Wszechmogącemu. Wszystkie są więc dla Boga – z ludzkim udziałem.

Liturgie chrześcijańskie, owszem, różnicują się (tak jak np. ryt rzymski i zwyczaj dominikański), lecz ze względu na kulturowe odrębności całych wspólnot, a nie z powodu różnic wieku albo przynależności zawodowej. Dziecko, nasz brat lub siostra w Chrystusie, nie wejdzie nigdy w dorosłą służbę Bożą poza kontekstem „normalnej” liturgii Kościoła danej starym i młodym, dużym i małym. I zawsze ta liturgia będzie nas wszystkich poprzedzać i nieść nasze osobiste modlitwy, na ich aktualnym poziomie – zawsze wszyscy pozostaniemy względem niej „za mało rozumiejący”, „nie dość przygotowani”, na progu tajemnic, które wciąż chcą się objawiać nawet starcom.

Wspólnie zwróceni ku Panu

Forma liturgiczna nie powinna być dydaktycznie wycelowana w te czy inne rozwojowe potrzeby pięcio-, dziesięcio-, dwudziesto-, trzydziestopięciolatków etc. Powinna być wspólna im wszystkim, stabilna, przewidywalna, w swym podstawowym składzie mało zmienna i możliwie przestronna, jeśli chodzi o możliwości udziału różnych zgromadzonych wiernych, posiadająca przestrzenie ciszy, słowa i śpiewu, oraz ucząca tego, że obecny w niej zasób duchowy udziela się stopniowo, daje się zgłębiać na różnych poziomach. A przede wszystkim – powinna być w sposób widoczny ukierunkowana poza krąg wszystkich zgromadzonych i celebrujących, poza grę spojrzeń pozdrawiających i pozdrawianych, funkcyjnych i niefunkcyjnych; powinna być więc „zwrócona ku Panu”.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Paweł Milcarek - ur. 1966, filozof, historyk, publicysta, założyciel i redaktor kwartalnika "Christianitas", autor prac z historii filozofii i najnowszych dziejów liturgii rzymskiej. Ostatnio wydał rozmowy z Dom Antoine'em Forgeotem, opatem benedyktynów z Fontgombault, pt. "Z całą prostotą". Żonaty, ojciec siedmiorga dzieci. Mieszka w Brwinowie pod Warszawą. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

DUCH REFORMACJI

CHRZEŚCIJAŃSKOPODOBNI

EPOKA RATZINGERA

CO MI ZROBIŁAŚ, MAMO

Młodzi was potrzebują


komentarze



Facebook