BEZ KOŃCA
Kiedy się pytamy, jak dobrze przeżyć mszę świętą, to nie chodzi tylko o to, jak się skupić przez trzy kwadranse w niedzielę. Dobre przeżycie mszy obejmuje przygotowanie do niej i to wszystko, co jest jej przedłużeniem w życiu.

FOT. JOSHUA ECKSTEIN / UNSPLASH.COM


Dominik Jarczewski OP: Przez cały rok rozmawialiśmy o tym, co robimy podczas mszy świętej. Wszystko, co dobre, kiedyś się kończy – również msza…

Dominik Jurczak OP: Msza tak naprawdę się urywa. Kończą się obrzędy komunii, jest błogosławieństwo, ale kontynuacją celebracji jest nasze życie. Warto zwrócić uwagę na to urwanie. O ile mamy długie obrzędy przygotowania, spokojną liturgię słowa, potem długo się modlimy w czasie modlitwy eucharystycznej, to gdy dochodzimy do naturalnej konkluzji, wszystko jakby się urywa.

Msza płynnie przechodzi w życie. Ale co to oznacza w praktyce? Jakie ma być to nasze życie po mszy świętej?

Odmienione łaską tego, co się wydarzyło. Nie naszą mocą, ale mocą Chrystusa. I to w każdym wymiarze, bo dotyczy również tych, którzy z różnych powodów nie mogli uczestniczyć we wspólnej Eucharystii. Od starożytności Kościół ma piękną praktykę roznoszenia komunii do chorych, którzy nie są wykluczeni z komunii, ale są częścią celebracji, nawet jeśli fizycznie nie mogą w niej brać udziału.

Można powiedzieć, że nie tylko szafarze komunii, ale my wszyscy wychodzimy z mszy z Chrystusem i mamy Go dalej zanosić. Ale jak to ma wyglądać?

Chrystus ma przemieniać nasze życie. To jest podobnie jak ze spowiedzią. Z niej również wychodzimy przemienieni. Natomiast wiemy z autopsji, że często nasze dobre postanowienia nie wystarczają na długo. Nie chodzi o to, by się zobowiązać, że już nigdy więcej nie zgrzeszę albo – w przypadku Eucharystii – że teraz to już będę taki jak Chrystus. To nie ja, ale Chrystus ma przemieniać moje życie. Muszę Mu tylko na to pozwolić; za bardzo nie przeszkadzać, lecz z Nim współpracować. Eucharystia działa po wyjściu z kościoła, duchowo rośniemy, nawet jeśli natychmiast tego nie odnotowujemy. Tak jak woda chrztu świętego potrzebuje czasu i naszej współpracy, żeby przeniknąć naszą grubą skórę, tak samo Eucharystia potrzebuje czasu i naszej współpracy. Podkreślam: współpracy z Chrystusem, a nie nicnierobienia czy zastępowania Go jakąś moralną kulturystyką.

Są jakieś konkretne wskazówki, jak zmieniać tę naszą codzienność?

Każdy musi odkryć je sam, bo trudno stworzyć jeden słuszny plan duszpasterski dla wszystkich. Życie Eucharystią w codzienności będzie oznaczało co innego dla cierpiącego, dla dziecka, dla kogoś, kto potrzebuje formacji intelektualnej, a jeszcze co innego dla kogoś, kto przeżywa czas fascynacji zwykłą, prostą pobożnością.

Jeden z naszych wykładowców mówił, że wychodząc z mszy, trzeba odrobić pracę domową: po pierwsze – okazać miłosierdzie w praktyce, oddać się dziełom miłości, a po drugie – głosić Ewangelię.

Można takich obszarów wskazać więcej. Nie ma co zamykać się w schematach, nawet jeśli są wygodne w użyciu. Powiedziałbym raczej, że rzeczywiste doświadczenie zawsze znajdzie upust w codzienności. Trudno to przetłumaczyć na konkretną liczbę dobrych uczynków do spełnienia, bo popadniemy w absurd.

Zgoda. Ale ważne jest chyba to, byśmy nie „zaliczali” mszy i po niej z czystym sumieniem przechodzili do kolejnych zadań, tylko żebyśmy umieli tę łaskę sakramentalną wykorzystać w naszym życiu.

Oczywiście. To, co zrobię w codzienności z Eucharystią, ma fundamentalne znaczenie. Dlatego między innymi chciano odrodzić liturgię słowa po soborze, żeby pokazać ścisły związek między słowem Bożym a Eucharystią. To samo ma się dokonać w naszym życiu.

Msza przedsoborowa kończyła się tak zwaną ostatnią Ewangelią, czytano wtedy Prolog z Ewangelii św. Jana. Dlaczego na koniec wracano do Ewangelii?

To jest tak naprawdę dość późny dodatek w liturgii. Dlaczego czytano ten fragment? Dlatego, że tam dotykamy istoty Eucharystii, to znaczy wcielenia. Przypominamy sobie, że „Słowo stało się ciałem”. Na końcu mszy analogicznie trzeba powiedzieć: Tak samo ma się stać w twoim życiu. Przychodzimy na Eucharystię, uczestniczymy w niej, ale to słowo, które słyszymy, ciało Chrystusa, które przyjmujemy, mają się stać życiem w naszym życiu.

Dlaczego więc z tego zrezygnowano? Może, słysząc te słowa, łatwiej byłoby nam świadomie wchodzić w życie po mszy?

To już pytanie do tych, którzy odnawiali liturgię. Podobnych elementów było więcej; zdecydowano jednak inaczej.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Dominik Jurczak OP - ur. 1980, dominikanin, dyrektor Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego w Krakowie, członek Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego oraz Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego Archidiecezji Krakowskiej, promotor liturgii w Polskiej Prowincji Dominikanów, wykładowca w Papieskim Instytucie Liturgicznym Anselmianum oraz na Papieskim Uniwersytecie Angelicum w Rzymie. (wszystkie teksty tego autora)

Dominik Jarczewski OP - ur. 1986, dominikanin, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, mieszka w Krakowie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Porzucić sieci

PRAWO DO KOMUNII?

Przewodnik po Trójcy

SIŁA STRACHU

WSZYSTKIM I WSZĘDZIE


komentarze



Facebook