SPOKOJNIE, TO TYLKO STRES
Stres jest jak smog - istnieje, szkodzi i wydaje się, że niewiele można na to poradzić. Coraz więcej trudnych do wyjaśnienia i, co gorsza, zlikwidowania objawów wpada do worka z napisem "stres/przewlekłe zmęczenie".

Michalina Kaczmarkiewicz

Od miesięcy budzę się zmęczona i obolała. Jakby mnie ktoś w nocy bił po plecach. Nie chcę, żeby zaczynał się dzień, chcę spać. Ale spać nie mogę – w głowie wirówka: ile dziś zadań przede mną i z czym się na pewno nie wyrobię, przeliczanie, ile zostało dni do deadline’u i na które rachunki nie starczy pieniędzy. Nie mam siły wstać, ale zwlekam się, żeby jakoś uciec od tej wirówki. Dziś dentysta – trzeci raz w ciągu pół roku wypełnienie ubytków w tych samych zębach. Ostatnio wspomniał o szynie relaksacyjnej. Może dzięki niej nie będę tak szybko zdzierać plomb. To podobno dlatego, że ciągle mam zaciśnięte szczęki. Przez to boli szyja, kark, głowa. Niedawno zauważyłam, że dłonie mam zaciśnięte w pięści. Zupełnie bez powodu, nie byłam wściekła ani przestraszona, w każdym razie nic takiego nie czułam.

Opowieść o stresie zaczyna się zwykle od przywołania przykładu sarny czy antylopy ściganej przez drapieżnika. Nawet jeśli codzienne sytuacje nie przypominają śmiertelnego pościgu, w ludzkich organizmach zachodzą podobne procesy. Niestety, pomimo większych niż u zwierząt inteligencji, wiedzy i możliwości wprowadzania świadomych zmian, ze stresem radzimy sobie znacznie gorzej niż one.

Gdy sarna dostrzega niebezpieczeństwo, jej nadnercza uwalniają do krwi hormony stresu, adrenalinę i noradrenalinę, ogromny zastrzyk energii i instrukcje dla poszczególnych organów niezbędne do ucieczki. W najbardziej przerażającym momencie sarnę interesują trzy rzeczy: własne ciało, czyli przetrwanie, bezpośrednie otoczenie i czas. – Podobnie dzieje się z ludźmi. Bardzo często w stanie stresu zwracamy nieadekwatnie dużą uwagę na ciało, obsesyjnie zajmujemy się swoim stanem, dolegliwościami, bezpośrednim otoczeniem, stosem problemów, i nadzwyczaj często mamy poczucie, że żyjemy w ogromnym pośpiechu, z ciągłą zadyszką. Na nic nie wystarcza czasu – mówi Zuzanna Pędzich, psychoterapeutka DMT (dance movement therapy).

Nie jesteśmy sarnami, które podczas ucieczki metabolizują hormony stresu. Wybiegają się i – o ile wygrają wyścig z wilkiem – odprężone mogą wrócić do radosnego skubania trawki. I to nasz problem, bo zostajemy z produktami ubocznymi pracy narządów w specjalnym trybie i z tą ogromną energią uwięzioną w mięśniach. Nie rzucamy się przecież na niesprawiedliwego szefa, nie wchodzimy na ring, nie gonimy ani nie jesteśmy gonieni po klatkach schodowych biurowców. Choć wyścigi sfrustrowanych kierowców to nierzadki widok, lecz nawet w tym wypadku ścigają się przecież auta, a ich kierowcy, z wykrzywionymi wściekłością twarzami, siedzą kurczowo przyklejeni do kierownic. Ta zalegająca w mięśniach energia prowadzi do bólu, a przy nawracających i przedłużających się stanach stresowych również do przewlekłego zmęczenia i poczucia wyczerpania.

Tak zwane hormony stresu rozregulowują normalne funkcjonowanie organizmu. O ile z incydentalnymi zakłóceniami poradzimy sobie raczej bez problemu, to zaburzenia, które stają się normą, zdecydowanie nam nie służą. Chroniczny stres koroduje organizm. – Jeśli przez dłuższy czas dostarczamy organizmowi adrenaliny, noradrenaliny oraz nadmiaru kortyzolu (ten hormon jest stale obecny i potrzebny do prawidłowego funkcjonowania), to organizm się uzależnia od emocji związanych z hormonami. Potrzebuje ich, więc sam tworzy sytuacje stresowe – tłumaczy psychoterapeutka.

Jeżeli organizm jest przyzwyczajony do pędu, to dla niektórych osób może się okazać niezwykle trudne, by usiąść i przez kwadrans skierować uwagę do wewnątrz, posłuchać swoich myśli, przebić się przez automatyczną wyliczankę zadań i spraw do załatwienia. – Mogą się pojawiać myśli, że to strata czasu, a nie ma go przecież w nadmiarze, trzeba działać. Tyle że ciągłe działanie i działanie w stresie są jak bycie na wdechu bez wydechu, bycie w napięciu mięśniowym bez rozluźnienia. Naturalny rytm zostaje zupełnie zaburzony – mówi Zuzanna Pędzich. O ile stres krótkotrwały może być pozytywnym doświadczeniem, pomocnym w dokonaniu jakiejś zmiany, poradzeniu sobie z jakimś wyzwaniem, o tyle ten długoterminowy prowadzi do wyczerpania i gonienia w kółko.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Michalina Kaczmarkiewicz - absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim oraz studiów w zakresie duchowości chrześcijańskiej na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

OBSTAWIAM ŻYCIE

DWIE SĄ DROGI

Joachim Kazimierz Badeni (1912?2010)

Triumf Kościoła przemyskiego

Czego się boją misjonarze


komentarze



Facebook