JAK NAJBARDZIEJ MNICH
Życie mnisze - tak jak każde życie zakonne - nie wyodrębnia się na podstawie osobnego sakramentu; jest natomiast radykalizacją powołania chrzcielnego wspólnego wszystkim chrześcijanom czerpiącym wiarę od Kościoła.

Paweł Milcarek

Oblatura ma w sobie coś z zakochania. Używam tego słowa, ponieważ ma ono siłę relacji bardzo osobistej, ściśle uwarunkowanej niepowtarzalnością obiektu zakochania. Ostatecznie mało kto się dziwi, że naprawdę zakochany nie szuka samego stanu zakochania z ewentualnymi różnymi jego podnietami, lecz tej niezastąpionej osoby, w której jest zakochany. Tak samo nie jest dziwne, że jest się oblatem czy oblatką nie ze względu na ogólne predylekcje do Reguły czy zakonu benedyktyńskiego, lecz w stosunku do konkretnego klasztoru, niepowtarzalnej wspólnoty mniszej, zwykle nie pierwszej lepszej i niekoniecznie akurat najbliższej. Ta relacja oglądana z zewnątrz może wyglądać na mocno przypadkową, ale wewnątrz jest rozpoznawana już wyłącznie jako nieunikniona, jedynie możliwa, niezastępowalna innym związkiem.

Zakochanie

„Za tobą, za wonią twych olejków pobiegniemy” (Pnp 1,4). Tak widzę mój oblacki związek z Opactwem Matki Bożej w Fontgombault, niedaleko Poitiers we Francji, więcej niż trzydzieści lat po pierwszym spotkaniu z tym klasztorem, a tylko dziesięć lat mniej od wejścia z nim w trwałe więzy. Co sprawiło, że znając mnichów Reguły tylko z opowieści – a mając już swoją skromną znajomość różnych „ścieżek” duchowej ortodoksji – zdecydowałem się pojechać na wakacje do kompletnie mi nieznanego klasztoru trapistów koło Cherbourga? Co sprawiło, że znalazłszy tam starą mapę klasztorów we Francji, postanowiłem odwiedzić te, o których coś słyszałem, przeskakując od jednego do drugiego? Co sprawiło, że w trakcie tej autostopowo-kolejowej wędrówki, z niewygodną walizką w ręku i słabą znajomością języka, przechodząc przez kolejne bardzo różne opactwa, cysterskie i benedyktyńskie, uparcie dążyłem do klasztoru w Fontgombault, do którego popychała mnie tylko fascynacja ich śpiewami chorałowymi na Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny (miałem je na kasecie magnetofonowej kupionej rok wcześniej w księgarni paulistek w Londynie)? Co sprawiło, że po przybyciu do Fontgombault i pierwszym kontakcie z jego życiem, w kościele, domu gości, refektarzu i ogrodzie, doznałem szoku i nie mogłem spać pierwszej nocy, lecz pełen chłopięcych emocji czekałem na przedranne nabożeństwo matutinum i laudesy? Co sprawiło, że w ciągu następnych dni przechodziłem całą sekwencję dziwnych uczuć – rozdarty między fascynacją wspólnotą i niemożnością zbliżenia się do niej na nucie łatwiejszej poufałości? Co sprawiło, że opuszczając to miejsce po kilku dniach z raną niespełnienia, niemal natychmiast skończyłem na tym swe wakacyjne tournée monastique i wróciłem do Warszawy? I w końcu: Co sprawiło, że mimo tych średnio zachęcających wspomnień wróciłem tam po sześciu latach, z żoną i po doktoracie, co rozpoczęło serię naszych regularnych wizyt, decyzji życiowych i drogę oblatury dla nas obojga, inną domową atmosferę dla rosnącej liczby naszych dzieci?

Wydaje mi się, że znam odpowiedź na te pytania i że jest to jedna odpowiedź, ale jej pewność należy tylko do mnie, nie musi być dzielona przez kogokolwiek innego. „Powiedz mi ty, którego miłuje ma dusza, gdzie wypasasz stado, gdzie odpoczywasz w południe, abym nie musiała krążyć wśród gromad bydląt twoich towarzyszy” (Pnp 1,7).

Pokrewieństwo

Oblatura ma w sobie coś z odkrytego pokrewieństwa. Okazuje się, że gdzieś jest taki dom, który jest nasz, a w nim cała grupa ludzi, żywa społeczność mnisza staje się naszymi bliskimi. Oblatura uruchamia proces wrastania w konkretną społeczność o mocno familijnych rysach, a proces ten oznacza kolejne wymagające czasu etapy wiązania się życia oblata z życiem klasztoru. Jest się już bardziej lub mniej z „tej ziemi”, z „tego miejsca”. Nie chodzi zresztą o coś, co nazwalibyśmy pospiesznie grupą przyjaciół, gdyż nie wszystkich członków naszej społeczności będziemy mieli okazję poznać bliżej, może nawet większość poznamy jedynie z widzenia przy modlitwie, w refektarzu, przy pracy. Oni wszyscy są jednak naszymi bliskimi, jakby już rodziną – w braterstwie czy siostrzeństwie. Bycie oblatem czy oblatką to bycie częścią tej całości, partycypacja w jej dobru wspólnym. Ta bliskość dotyczy wspólnoty mniszej, ale oczywiście także innych oblatów – tyle że nie tworzy się osobnej struktury oblackiej (dlatego bycie oblatem to nie tercjarstwo, czyli członkostwo w trzecim zakonie).

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Paweł Milcarek - ur. 1966, filozof, historyk, publicysta, założyciel i redaktor kwartalnika "Christianitas", autor prac z historii filozofii i najnowszych dziejów liturgii rzymskiej. Ostatnio wydał rozmowy z Dom Antoine'em Forgeotem, opatem benedyktynów z Fontgombault, pt. "Z całą prostotą". Żonaty, ojciec siedmiorga dzieci. Mieszka w Brwinowie pod Warszawą. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

DUCH REFORMACJI

EPOKA RATZINGERA

CHRZEŚCIJAŃSKOPODOBNI

LAUDATE PUERI DOMINUM

Byli ślepi i głusi


komentarze



Facebook