Archwium > Numer 558 (02/2020) > Orientacje > NIE ZROZUMIECIE TYCH ŁEZ

NIE ZROZUMIECIE TYCH ŁEZ
"Ostatni Sprawiedliwi. Rozmowy z Polakami, którzy ratowali Żydów podczas drugiej wojny światowej"; Anna Piątkowska, Katarzyna Pruszkowska-Sokalla; Wydawnictwo Znak, Kraków 2020 s. 320

Katarzyna Kolska

Ta książka to opowieść ostatniej chwili. Bo ci, którzy opowiadają, mają już za sobą długie życie. Łucja, Józef, Maria, Janina, Eugeniusz, Leszek, Jadwiga… Gdy wybuchła wojna, byli dziećmi, nastolatkami, studentami. Zwykłymi ludźmi. A jednak w tej ich zwykłości było coś niezwykłego. Może należałoby powiedzieć: coś bardzo ewangelicznego. Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie zrozumieli co do joty. Moim bliźnim jest człowiek, który potrzebuje pomocy. W ich wypadku bliźnim, który tej pomocy potrzebował, był Żyd. Każdy, kto w czasie wojny pomagał Żydom, doskonale wiedział, że ryzykuje nie tylko swoje życie, ale też życie swoich najbliższych. Mimo to się nie zawahali. O tym jest książka Ostatni Sprawiedliwi. Rozmowy z Polakami, którzy ratowali Żydów podczas drugiej wojny światowej.

Dlaczego? Pytani o to nie używają wielkich słów, nie mówią o odwadze, heroizmie. Tłumaczą prosto… „Siedziałam z nią w jednej ławce przez siedem lat – od czwartej klasy gimnazjalnej do matury. Miałam jej nie ratować? To była przyjaciółka” – opowiada Maria Nowak, jedna z wielu Sprawiedliwych. „Nikt nikogo nie pytał. Nie było dyskusji. To była rzecz oczywista. Spontaniczna” – mówi Zbigniew Mańkowski. Józef Walaszczyk na pytanie: „Dlaczego?”, powie tak: „Podczas wojny robiłem, co uważałem, starałem się zachowywać po ludzku”. W ich wypadku po ludzku oznaczało przyjąć kogoś pod swój dach, oddać mu swoje łóżko, podzielić się chlebem, którego brakowało, albo zupą, do której trzeba było dolać wody, żeby było jej więcej. Po ludzku znaczyło wykopać kryjówkę w lesie i przykryć ją jałowcem, wyjąć sprężyny z materaca, by zmieścił się w nim człowiek, przestawić szafę i za nią ustawić krzesło, podrzucać potajemnie chleb i ziemniaki do getta, zachowywać się cicho, puszczać na głos muzykę, żeby zagłuszyć rozmowę, ciągle być czujnym. Albo dać komuś swoje imię i nazwisko, swoje świadectwa szkolne, akt chrztu i urodzenia. I co najważniejsze: trzymać to wszystko w tajemnicy. Niekoniecznie przed Niemcami. Przede wszystkim przed sąsiadami Polakami. Którzy nie byli tak odważni, którzy mogli w każdej chwili donieść, że w mieszkaniu na piętrze, w domu przy ulicy, w stodole, na strychu, w piwnicy ktoś ukrywa Żydów. Żydów, którzy jeszcze wczoraj byli kolegami z podwórka, znajomymi z pracy, przyjaciółmi ze szkoły, lekarzami, którzy ratowali życie, właścicielami sklepu, w którym codziennie robiło się zakupy…

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

JESTEŚMY TU, ŻEBY WAS ZABIĆ!

TO NIE ICH WINA

BYĆ BARDZIEJ

A ŻŁÓBEK BĘDZIE?

Sześćdziesiąt minut


komentarze



Facebook