CHCĘ ŻYĆ!
Mocne postanowienie poprawy jest warunkiem koniecznym do odpuszczenia grzechów i najczęstszym powodem braku rozgrzeszenia. Nie chodzi tu jednak wcale o stuprocentową realizację zakreślonego planu.

zdjęcie: MATEUS CAMPOS FELIPE / UNSPLASH.COM


Norbert Augustyn Lis OP

W mocnym postanowieniu poprawy zaskakuje słowo mocne. Tym bardziej zaskakuje, im bardziej mamy świadomość naszej niemocy. Sakramentalna obietnica spotyka się z kruchością jej trwania. Niekiedy graniczy z bezradnością, a nawet ze złością wobec samych siebie, bo znów nam nie wyszło. Święty Paweł doświadcza podobnej sprzeczności i daje temu wyraz: „Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę” (Rz 7,19), „nieszczęsny ja człowiek!” (Rz 7,24). Skoro tak wielki święty boryka się z własną słabością, to tym bardziej my, słuchając tego wyznania, możemy ulec pokusie, by się poddać, a co gorsza – zdyspensować.

Bóg może więcej

Mamy siedem sakramentów. Jednym z nich jest spowiedź. Każdy sakrament to najpełniejsze spotkanie z Bogiem na ziemi. Nie spotykamy Boga nigdzie tak mocno i tak bardzo obecnego, jak w sakramentach. Choćbyśmy zmówili tysiąc różańców i tysiąc koronek czy przeszli setki dróg krzyżowych w najbardziej podniosłej pobożności, to jeden sakrament jest jak słońce wobec ledwo tlącej się świecy różańców, koronek czy dróg krzyżowych, skądinąd bardzo ważnych i karmiących naszą wiarę. Co bynajmniej nie oznacza „niekonieczności” tych ostatnich. Przeciwnie – doświadczenie duchowe pokazuje, że aby ucieszyć się świadomie choćby jednym z sakramentów, często trzeba najpierw zanieść owe „tysiąc” różańców i przejść „setki” dróg krzyżowych. Zatem każdy sakrament to sprawa Boża. Stąd spowiedź w poszczególnych jej warunkach i w następujących po sobie etapach powinna być świadomym spotkaniem z Bogiem, nigdy bez Niego.

Mimo wszystko spowiedź z jej mocnym postanowieniem poprawy wprawia świadomych siebie penitentów w zakłopotanie. Każdy z nas potrzebuje wierności danemu słowu – od strony psychologicznej czujemy się wtedy lepiej. Lecz gdy łamiemy obietnicę, doświadczamy odwrotności tego stanu. Czy zatem mamy się poddać, skapitulować, zrezygnować z wymagań stawianych samym sobie? Nic bardziej mylnego. Choć rozeznanie naszych ludzkich sił w tej czy innej materii zawsze bywa ułatwieniem w pracy nad sobą – zgodnie z zasadą, że łaska buduje na naturze – to nigdy nie należy zapominać, że spowiedź święta niesie ową łaskę Boga, wspomagającą nas w tych działaniach. Stąd nie wszystko zależy od nas. Pewnej intuicji w tym względzie możemy się doszukać u św. Pawła, gdy pisze: „Dany mi został oścień dla ciała, wysłannik szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą. Dlatego trzykrotnie prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz [Pan] mi powiedział: »Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali«” (2 Kor 12,7–9). Absolutnie nie jest to zachęta do obojętności czy wręcz do akceptacji wad i grzechów, lecz zaproszenie do otwarcia się na osobowego Boga, który dzięki naszej otwartości na przyjęcie Jego łaski może w nas uczynić o wiele więcej, niż się spodziewamy, gdyż – jak uczy św. Paweł – „Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania zgodnie z [Jego] wolą. Czyńcie wszystko bez szemrań i powątpiewań” (2,13–14). Psalmista zaś dopowie: „nawet opornych wprowadzasz do swojego domu” (Ps 68,19).

Spójność

Jak zatem należy traktować mocne postanowienie poprawy? Dwojako i uzupełniająco: wpierw uprzedzająco w rachunku sumienia zakończonym żalem za grzechy, a następnie deklaratywnie w trakcie trwania spowiedzi świętej podsumowanej ze strony penitenta obietnicą poprawy. Zatrzymajmy się w pierwszej kolejności na działaniu uprzedzającym samą spowiedź. Rachunek sumienia nie jest tylko liczbowym i jakościowym przypomnieniem sobie grzechów od ostatniej spowiedzi. Bóg nie jest księgowym, a pamięć ludzka, choć ważna, nie jest tutaj nadrzędna. Nadrzędna jest zawsze łaska. W rachunku sumienia nie zamykamy się sami z własną pamięcią. Jest z nami Bóg. Nawet gdybyśmy nie wyrzucali sobie żadnych grzechów, to mimo wszystko należy prosić Boga jak psalmista: „Oczyść mnie z błędów przede mną ukrytych” (Ps 19,13), a św. Paweł dopowie: „Sumienie nie wyrzuca mi wprawdzie niczego, ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia. Pan jest moim sędzią” (1 Kor 4,4). Z drugiej strony, gdybyśmy nawet byli sprawcami grzechów „czerwonych jak purpura”, to Bóg uspakaja: „Chodźcie i spór ze Mną wiedźcie! – mówi Pan. Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją, […] staną się jak wełna” (Iz 1,18). Rachunek sumienia nie jest zatem matematycznym podliczeniem błędów, moralnym rachunkiem win, który sami sobie wystawiamy. Jest modlitwą. Jest zaproszeniem Ducha Świętego. Z Nim i w Nim mamy się znowu odnaleźć i prosić o życie z Niego i od Niego pochodzące. Mamy dostrzec i odwrócić się od tego, co nas od Niego oddala, co nam zabiera to życie. Jest zatem zwróconą do Boga prośbą o dobre sumienie (por. 1 P 3,21), gdyż poprzez chrzest jesteśmy w Nim zanurzeni i to On nas wspomaga i podnosi, obdarzając nas nieustannie swoją miłością, a miłość współweseli się z prawdą (1 Kor 13,6). Boża miłość i Jego prawda o nas nie odnoszą się tylko do wyznania grzechów, lecz również wspomagają nas w mocnym postanowieniu poprawy.

Owo postanowienie, choć ukierunkowane na Boga, bazuje również na tym, co w nas naturalne: po pierwsze – na rozumowym rozeznaniu naszych czynów i zachowań, a po drugie – na rozsądnym uznaniu naszych możliwości poprawy i stwarzaniu takich okoliczności i warunków, które temu sprzyjają. Odnosząc się zatem rozumowo do oceny naszych negatywnych czynów i zachowań – korzystając z analizy ks. prof. Amadea Cenciniego – można wyróżnić trzy zbiory, raz zachodzące na siebie, a raz nie, a do nich należą: błędy, winy i grzechy (por. Żyć w pojednaniu. Spojrzenie psychologiczne, tłum. E. Kilmas-Kuchtowa, Kraków 1995, s. 14). Trzeba jedynie nadmienić, że grzechów nie rozpoznaje się tylko i wyłącznie rozumowo, ale także w relacji do Boga i z Nim.

Myśląc o błędach, mam tu na myśli taką ocenę naszych negatywnych decyzji, wyborów i czynów, która jest wynikiem wiedzy post factum i do której nie mieliśmy wcześniej dostępu. Dopiero w konsekwencji i po zaistniałych już zdarzeniach jesteśmy w stanie ocenić, że dana decyzja, wybór i czyn były błędne. Stąd częstym usprawiedliwieniem w takich wypadkach jest tłumaczenie: „Gdybym wiedział wcześniej, toby do tego nie doszło”. Mocne postanowienie poprawy w tym względzie dotyczyłoby dołożenia starań, by zdobyć potrzebną wiedzę, zwłaszcza jeśli zdobycie jej nie wymaga wiele trudu. A podczas rachunku sumienia należałoby prosić Boga słowami: „Oczyść mnie z błędów przede mną ukrytych” (Ps 19,13). Bóg nie jest przecież bierny i sam wstawia się za nami: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23,34).

Wina zachodziłaby wtedy, gdy wiedza o negatywnych moralnie skutkach naszych decyzji, wyborów czy czynów znana jest nam przed ich zaistnieniem, gdyż jest wiedzą uprzednią. Jesteśmy w jej posiadaniu, a mimo wszystko z premedytacją ją odrzucamy i nie chcemy jej użyć. Innymi słowy – znamy prawdę, lecz z pewnych względów jej nie przyjmujemy. Nie chcemy jej ulec i według niej żyć. Jesteśmy wewnętrznie sprzeczni. Dla przykładu: znamy dekalog, owe „dziesięć słów”, uznajemy je za nasze etyczne prawo, a nie stosujemy się do nich, dokonując konkretnych wyborów. Brakuje nam spójności, zintegrowanej tożsamości, co żywo przypomina sytuację, którą opisał św. Jakub: „Jeżeli bowiem ktoś przysłuchuje się tylko słowu, a nie wypełnia go, podobny jest do człowieka oglądającego w lustrze swe naturalne odbicie. Bo przyjrzał się sobie, odszedł i zaraz zapomniał, jakim był” (Jk 1,23n). Stąd w winie moralnej zauważalne jest z jednej strony zaniedbanie i lenistwo, a z drugiej strony dostrzega się swego rodzaju bezczelność, którą dla potrzeb duchowych można by nazwać pychą. Mocne postanowienie poprawy w tym wypadku polega na silnym i konsekwentnym powiązaniu wiedzy uprzedniej z decyzjami, wyborami i czynami, które tej wiedzy powinny być posłuszne. Wzmacnia to komfort zdrowia psychicznego i ułatwia rozwój osobistego życia w coraz bardziej spójnej tożsamości w wymiarze zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym.

Grzech i wina

Zanim przejdziemy do omówienia, czym są grzechy, wypada jeszcze wspomnieć o nałogach, co do których mocne postanowienie poprawy po ludzku w ogóle nie może mieć zastosowania. W kontekście nałogu należałoby przywołać pewne jednostkowe rozwiązanie katechizmowe i rozwinąć daną ocenę na wszystkie zmagania się z nałogami: „W celu sformułowania wyważonej oceny odpowiedzialności moralnej konkretnych osób i ukierunkowania działań duszpasterskich należy wziąć pod uwagę niedojrzałość uczuciową, nabyte nawyki, stany lękowe lub inne czynniki psychiczne czy społeczne, które mogą zmniejszyć, a nawet zredukować do minimum winę moralną” (Katechizm Kościoła katolickiego, nr 2352). To, co należy do obietnicy poprawy w tym kontekście, wyraża się w gotowości podjęcia starań, aby wejść na drogę wychodzenia z nałogu poprzez zastosowanie pomoc- nych sugestii i sposobów leczenia pod opieką specjalistów.

Przechodząc do grzechów, należy mocno na wstępie podkreślić, że świadomość grzechu nie jest aktywna u ludzi niewierzących. Często dochodzi do pomieszania pojęć. To, co ludzie wierzący nazywają grzechem, u niewierzących należy najwyżej do kategorii winy. Pomieszanie to jest o tyle trudne do odróżnienia, że zarówno w jednym, jak i w drugim wypadku korzystamy z tzw. wiedzy uprzedzającej, lecz w odniesieniu do różnych osób. W wypadku winy – w odniesieniu do samego siebie i innych ludzi; w przypadku grzechu – w odniesieniu do Boga. Innymi słowy, grzech jest świadomością, że dane negatywne czyny, wybory i decyzje są uderzeniem w miłość kochającego nas Boga. I aby być świadomym tej miłości, trzeba być w osobistej relacji z Nim. Chodzi tu zatem o miłość, a miłość zawsze jest pytaniem o relację osób. Można to porównać do sytuacji w rodzinie: jeśli między mężem i żoną jest właściwa relacja, to wiedzą, że konkretne negatywne słowo czy zachowanie jest uderzeniem w miłość kochającego małżonka. Gdy do tego dojdzie, mają tego świadomość. Tak samo bywa w relacji z Bogiem: człowiek nie wie, czym jest owo uderzenie w serce kochającego go Boga, dopóki nie otworzy się na osobistą relację z Nim, a zatem nie wie, czym tak naprawdę jest grzech. Stąd często powtarzamy, że Bóg kocha grzeszników i raduje się jak miłosierny ojciec z powrotu syna marnotrawnego. Wynika to z tego, że grzech jest winą moralną tylko w relacji do Boga, zgodnie ze słowami psalmu: „Przeciwko Tobie samemu zgrzeszyłem” (Ps 51,6). Dlatego gdy Chrystus podczas ostatniej wieczerzy mówi uczniom, że pośle Pocieszyciela, to jednym z zadań Ducha Świętego jest przekonanie świata o grzechu (por. J 16,7–9). Przekonanie o grzechu nie jest upokorzeniem człowieka, a budowaniem relacji z Bogiem i uświadomieniem nam, w jaki sposób mamy korygować wybory życiowe i przyjmować miłość Boga, by w pełni żyć. W Trójcy Świętej Duch Święty jest właśnie tą Osobą, która otwiera nas na miłość Boga. Na początku buduje w nas relację, a potem uczy nas przyjmowania tej miłości. Grzech, który występuje w tej relacji, jest świadomością, że danym czynem odwracamy się plecami do kochającego nas Boga. Gdybyśmy nie mieli z Nim żadnej relacji, nie bylibyśmy w stanie tego poznać i zauważyć. Mocne postanowienie poprawy w tym kontekście oznacza odwrócenie się od wszystkiego, co nas odgradza od miłości Boga.

Delikatność

Owocne rozeznanie swoich błędów, win i grzechów z mocnym postanowieniem poprawy jest nie tylko wysiłkiem rozumowym, ale i duchowym. Dokonuje się uprzedzająco w rachunku sumienia włączonym w modlitwę i relację z Bogiem. Nigdy bez Niego. Łączymy nasze zdroworozsądkowe myślenie z Jego łaską, światło ludzkiego rozumu ze światłem Ducha Świętego. W sakramentach przychodzi Bóg i przygotowujemy „całego naszego człowieka” na Jego przyjście, jak uczy św. Paweł: „Sam Bóg pokoju niech was całych uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana” (1 Tes 5,23). I dodaje: „Wierny jest Ten, który was wzywa. On też tego dokona” (1 Tes 5,24).

Podchodząc do konfesjonału, zakładamy postanowienie poprawy. Celowo nie podkreślam mocne, gdyż może nam towarzyszyć pewien niepokój, czy podołamy temu. Z drugiej strony sama spowiedź może pokazać, że to, co wydawało się nam mocne, jest tak naprawdę złudzeniem i naszą niemocą. W każdym razie sama spowiedź jest o tyle ważna, że jest aktywnym sakramentem. Gdyby rachunek sumienia przeżyty na modlitwie z Bogiem z mocnym postanowieniem poprawy był wystarczający, sakrament nie byłby konieczny. Logika wiary, zmysł duchowy i tradycja Kościoła podpowiadają nam jednak, że konieczna jest spowiedź sakramentalna, gdyż w sakramencie „nie własną siłą człowiek zwycięża” (1 Sm 2,9).

Poza tym wypowiedzenie i nazwanie grzechów na spowiedzi z wyraźną deklaracją poprawy nie koncentruje nas na sobie, ale otwiera na Boga i Jego Kościół, na „krzew winny”, którego jesteśmy „latoroślami”. „Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości” (1 J 1,9). Wyznając grzechy, nie pozostajemy sami z naszym sumieniem, ale mamy wsparcie modlitewnej wspólnoty wiary, mimo duchowej intymności i nigdy niepodważalnej tajemnicy spowiedzi świętej.

Ważna jest też rola spowiednika, który może nas uspokoić, dodać nam sił i skorygować nasze myślenie o mocnym postanowieniu poprawy. Stąd tak bardzo ważni w naszym życiu są kapłani, którzy właściwie rozumiejąc swoją rolę w konfesjonale, potrafią otworzyć penitenta na miłość Boga, którego drugim imieniem – jak uczył św. Tomasz z Akwinu – jest „delikatność”, tak potrzebna w spowiedzi świętej. Pisała o tym w swoim Dzienniczku św. siostra Faustyna Kowalska: „Cierpliwość i łagodność spowiednika otwierają drogę do najgłębszych tajni duszy. Dusza niejako bezwiednie odsłania swą przepastną głębię i czuje się silniejsza i odporniejsza, tutaj mężniej walczy, więcej się stara, ponieważ wie, że musi z tego zdać sprawę” (Dzienniczek, nr 52). Zatem również i w postawie spowiednika jest po części ukryte mocne postanowienie poprawy penitenta.

Pocieszenie

Źródłem mocnego postanowienia poprawy w spowiedzi świętej są więc Bóg, penitent i spowiednik. Penitent powinien zgodnie z prawdą o sobie, otwartą na łaskę Boga w modlitwie, przeżyć rachunek sumienia zakończony obietnicą poprawy, w spowiedzi świętej zaś deklaratywnie to wypowiedzieć. Spowiednik natomiast, z jasnością umysłu, wspierany światłem Ducha Świętego, ma przyjąć tę obietnicę z całą delikatnością i rozumnym rozróżnieniem sił penitenta i łaski działającego Boga. Warto też przypomnieć, że mocne postanowienie poprawy jest warunkiem koniecznym do odpuszczenia grzechów i najczęstszym powodem braku rozgrzeszenia. Nie chodzi tu jednak wcale o stuprocentową realizację zakreślonego planu, lecz o trud, którego penitent jest gotowy się podjąć. Powodem braku rozgrzeszenia jest zatem duchowa pycha i stwierdzenie: Wiem, że to jest grzech, wiem, że zaciągam winę, ale nic z tym nie zrobię.

Na koniec chciałbym pocieszyć i uspokoić nas wszystkich – penitentów i spowiedników, przypominając przypowieść Chrystusa o pszenicy i kąkolu. Słudzy przybiegają do swego pana i mówią: „Czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd wziął się na niej chwast?”. I gdy już byli gotowi iść, by go wyrwać, gospodarz powstrzymał ich, mówiąc: „Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza” (por. Mt 13,24–30).


Norbert Augustyn Lis OP - ur. 1976, dominikanin, doktor teologii i misjologii, wykładowca w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów w Krakowie oraz na Uniwersytecie Warszawskim, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Relacje albo relatywizm

ZANIEŚĆ INNYCH W WIERZE

JESZCZE RAZ

RYZYKO UZALEŻNIENIA

CZY MAŁŻONKOWIE MUSZĄ MIEĆ DZIECI?


komentarze



Facebook