Archwium > Numer 564 (08/2020) > Rusz mózg > WYSTARCZY JEDEN CZŁOWIEK, KTÓRY W CIEBIE UWIERZY

WYSTARCZY JEDEN CZŁOWIEK, KTÓRY W CIEBIE UWIERZY
W obecnym modelu szkoły problemem dla nauczycieli są nie tylko dzieci z deficytami, które nie nadążają, ale również te najzdolniejsze, kreatywne, które mogłyby szybciej zdobywać wiedzę.

zdjęcie: SHUBHAM SHARAN / UNSPLASH.COM


Kornelia Winiszewska: Czy to prawda, że mózgi naszych dzieci różnią się od mózgów wcześniejszych pokoleń?

Marzena Żylińska: Tak, różnią się. Nicholas Carr w książce Płytki umysł. Jak internet wpływa na nasz mózg wyjaśnia, jak na strukturę naszych mózgów wpłynęły – i wciąż wpływają – różne odkrycia i wynalazki: pojawił się zegar, który odmierza czas, ludzie zaczęli używać map, wynaleziono pismo, a potem druk i książki. Najpierw czytało się na głos, później przeszliśmy do cichego czytania. W końcu pojawił się internet. Wszystko, na co poświęcamy długie godziny, ma wpływ na strukturę naszego mózgu. Na skutek określonej aktywności powstają w nim takie, a nie inne połączenia neuronalne. Gdy dziecko jeździ na hulajnodze, gra w piłkę, buduje szałasy albo domki z koców, gdy kłóci się i godzi z innymi dziećmi, powstają połączenia, które są potrzebne do wykonywania konkretnych aktywności. To wszystko przekłada się na strukturę mózgu. Doświadczenia zdobyte w pierwszych latach życia mają ogromny wpływ na to, z jakim mózgiem dzieci przychodzą do szkoły. Dziecko, które całymi dniami siedzi przed telewizorem czy komputerem, ma w mózgu inne połączenia niż to, które bawi się z innymi dziećmi na podwórku, ma dużo ruchu, wciąż poznaje nowe rzeczy i jest pod opieką dorosłych, którzy mają czas, by z nim rozmawiać i odpowiadać na jego pytania.

Do szkoły wszystkie przychodzą w tym samym czasie. Bez względu na to, jaki mają mózg.

No właśnie! A my je ustawiamy na linii startu i każemy im się ścigać. To wyścig, który nie ma końca. To jest okrutne, bo one nie mają jednakowych szans. Gdybyśmy sobie wyobrazili, że stawiamy na tej samej linii ludzi dorosłych – jeden ma takie predyspozycje, a drugi inne – i kazalibyśmy im wszystkim tak samo szybko biec, a potem oceniali, kto jaki będzie miał czas na mecie, to powiedzielibyśmy, że to jest absurd. To są przecież różni ludzie – jeden jest wysoki i zwinny, inny niski i przysadzisty, ktoś ma chorą nogę, inny chore serce, tak nie można. A dzieci startują, wcale nie zapisawszy się uprzednio do tych wyścigów, choć mają bardzo różne mózgi i różne możliwości. Są dzieci, które przychodzą do szkoły i potrafią się pięknie wysławiać, mają bardzo bogate słownictwo, mówią rozbudowanymi zdaniami, bo z nimi dużo rozmawiano, miały kontakt z rodzicami, z rodzeństwem, z dziadkami, z innymi dziećmi. Wiadomo – kiedy człowiek żyje i rozmawia z innymi ludźmi, to umie się pięknie wysławiać. Ktoś z tym dzieckiem chodził do parku, rozmawiał o roślinach, o zwierzętach. I nie mam tu na myśli wyjazdów do dalekich krajów, które są bardzo kosztowne. Gerald Hüther, profesor neurobiologii z Getyngi, mówi, że dziecko bogate to dziecko bogate w doświadczenia.

Czy my jako dzieci byliśmy bogatsi w doświadczenia?

Dawniej biegało się po podwórku, wchodziło na drzewa, było ze sobą, kłóciło się i godziło. Kiedy wracałam do domu i skarżyłam się mamie na moje koleżanki, to mama mówiła: Jeśli nie umiesz się dogadać z dziećmi, to zostań w domu. I wtedy ja odpowiadałam: To ja już się dogadam. To jest socjalizacja, tego się człowiek uczy na podwórku. Bardzo tego teraz brakuje.

Zimą dzieciarnia z całego osiedla bawiła się na jednej górce tak długo, aż się zrobiło ciemno. I można było zaobserwować, że jeśli na sanki wsiądą cztery osoby, to one jadą szybciej niż wtedy, kiedy siedzi jedna. Kiedy się wjechało na lód, to sanki ślizgały się szybciej, a kiedy na piach, to hamowały – przyspieszenie, tarcie, opór.

Czyli nauka praw fizyki w praktyce.

No tak. Gdy te pojęcia pojawiały się w szkole na lekcji fizyki, dziecko miało już te doświadczenia za sobą, a mózg miał się do czego odwołać. Inne struktury są aktywne w mózgu, kiedy opieram się na doświadczeniu, inne, kiedy czytam definicję w podręczniku, a inne, kiedy tylko słucham. Nigdy definicja nie poruszy człowieka tak jak doświadczenie prawdziwego zjawiska w realnym świecie. Kiedy dotykam drzewa, czuję zapach kory, jej szorstkość – widzę, doświadczam, i do tego, jako dodatek, dostaję opis – ile wtedy struktur jest aktywnych w mózgu. Jeśli dziecko siedzi w ławce i czyta o tym, że azymut to kąt zawarty między kierunkiem północnym a innym dowolnym kierunkiem, że jest mierzony zgodnie z ruchem wskazówek zegara i wyrażany w stopniach miary kątowej, i że służy głównie do orientacji w terenie, to nie ma zielonego pojęcia, co to znaczy. Wystarczy, że pójdzie z kompasem do lasu i nudna i niezrozumiała definicja przestanie być abstrakcją.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Marzena Żylińska - doktor nauk humanistycznych, metodyczka, germanistka, przez wiele lat związana z Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych oraz UMK w Toruniu, z DSW we Wrocławiu i WSB w Bydgoszczy. Autorka książek, m.in.: Między podręcznikiem a Internetem; Życie to nie wyścigi; Między kijem a marchewką, Nurty edukacji alternatywnej w świetle wiedzy o procesach uczenia się (red.), poświęconych nowoczesnej edukacji, w tym pierwszego polskiego podręcznika do neurodydaktyki. Inicjatorka i współtwórczyni ruchu Budzących się Szkół. Prowadzi szkolenia i warsztaty dla nauczycieli, organizuje konferencje, na profilu FB BSS zamieszcza rozmowy z praktykami nowego podejścia do edukacji. Więcej informacji: budzacasieszkola.edu.pl. (wszystkie teksty tego autora)

Kornelia Winiszewska - Menadżer produktu w Wydawnictwie "W drodze". Mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także


komentarze



Facebook