MSZA BEZ KSIĘDZA
Uczestniczymy w Eucharystii nie dlatego, że mamy taki obowiązek, ale dlatego, że jesteśmy częścią Kościoła, który - żeby pozostać Kościołem - nie może nie celebrować.

Dominik Jurczak OP

Stan pandemii, którego nikt się nie spodziewał, postawił cały świat w trudnej sytuacji. Można powiedzieć, że stał się papierkiem lakmusowym naszych przyzwyczajeń: tego, w jaki sposób i czym żyjemy na co dzień. Naprędce trzeba było szukać mniej lub bardziej adekwatnych rozwiązań, mając zdecydowanie więcej zmiennych niewiadomych niż stałych. Mowa tu nie tylko o kwestiach ekonomicznych czy politycznych, lecz również o takich, które odnoszą się do sposobu przeżywania wiary. Z dnia na dzień zawieszone zostały religijne oczywistości, by wspomnieć o spowiedzi sakramentalnej czy o regularnym uczestnictwie w mszy świętej. Stanęliśmy przed dramatycznymi pytaniami, czy trzeba oraz jak daleko można się posunąć w ograniczaniu rozmaitych sfer ważnych dla naszej wiary.

I tak przekonaliśmy się – niemal empirycznie – że nie ma chrześcijaństwa aliturgicznego, to znaczy takiego, które byłoby indywidualną lub czysto intelektualną przygodą. Liturgia bowiem nie jest dodatkiem do chrześcijańskiego życia; przeciwnie – nawet w najbardziej nadzwyczajnych warunkach jest dziełem całego Kościoła. Doświadczenie postu od oczywistych praktyk lub ulubionych form pobożności to dobra okazja, by postawić kilka ważnych pytań. Chodzi o swego rodzaju rachunek sumienia, choćby z tego, na ile Eucharystia stanowi niedzielne przyzwyczajenie czy obowiązek, a na ile jest związana ze świętowaniem niedzieli; na ile spowiedź jest środkiem, by psychicznie lepiej się poczuć, a na ile spotkaniem z miłosiernym Ojcem, realnie przemieniającym życie; na ile i czy sama forma przyjmowania komunii – do ust czy na rękę, klęcząc czy w postawie stojącej – zaczyna dominować nad jej sensem. W obecnej sytuacji, w której pomału odmrażamy religijne przestrzenie, możemy być pewni, że nowa „normalność” nie będzie taka sama jak wcześniej. Wydaje się też, że w procesie powrotu będziemy świadkami rozmaitych przepychanek. W świecie, w którym nawet ignorant bez trudu może się ukryć za maską eksperta, podbijając skutecznie fora internetowe, będziemy zalewani propozycjami, które wcześniej albo w ogóle nie stanowiły problemu, albo uznawaliśmy je za niewarte zatrzymywania się nad nimi.

Kościelny luksus

By nie pozostać na wysokim poziomie abstrakcji, chciałbym się zmierzyć z konkretnym problemem, który tylko z pozoru wygląda na obrazoburczy, bliski herezji, mało interesujący czy oczywisty, mianowicie z pytaniem o możliwość mszy świętej bez księdza.

Zacznijmy jednak od prostej obserwacji dotyczącej wagi samej Eucharystii. Na różne sposoby podkreślają to dokumenty Kościoła, by przywołać często cytowany fragment Konstytucji o liturgii Sacrosanctum concilium Soboru Watykańskiego II: „Z liturgii więc, a zwłaszcza z Eucharystii, jako ze źródła, spływa na nas łaska i z największą skutecznością dokonuje się to uświęcenie ludzi w Chrystusie i uwielbienie Boga, do którego, jako do celu, zmierzają wszelkie inne działania Kościoła” (KL 10). Rzeczywiście, dzięki Eucharystii stajemy się Kościołem, kształtując jedność między ochrzczonymi. Jednakże wystarczyła pandemia i związany z nią głód Eucharystii, by postawić nas przed pytaniem: Czy można sprawować Eucharystię bez księdza? Pytanie to wraca często w odmiennej formule, na przykład przy okazji zagranicznych wyjazdów. Nie mówię o sytuacji, kiedy poza Polską świadomie rezygnujemy z Eucharystii wskutek braku dostępu do mszy w języku polskim. Myślę raczej o sytuacjach, kiedy uczestnictwo w mszy świętej wiąże się z koniecznością pokonania tysięcy kilometrów, co się zdarza na terenach misyjnych, bo w pobliżu nie ma księdza. Co wówczas? Nonsensem przecież byłoby wysyłanie całej parafii czy wspólnoty w każdą niedzielę na „wycieczkę” do księdza.

Tak postawione pytanie stało się jednym z bodźców do zwołania przez papieża Franciszka synodu o Amazonii, który jesienią ubiegłego roku odbył się w Rzymie. Prawdopodobnie jego temat w niewielkim stopniu przykuł naszą uwagę, bo – niestety, to smutna charakterystyka polskiego Kościoła i społeczeństwa skupionego na własnych problemach – Amazonia jest daleko, ekologia nie bardzo nas interesuje, a powołania, choć od kilkunastu lat konsekwentnie spadają, to wciąż są na tyle liczne, że nie ma powodu bić na alarm. Trochę się przyzwyczailiśmy, że żyjemy w kościelnym luksusie, mając do dyspozycji batalion księży, liczne wydziały teologiczne, sakramenty na wyciągnięcie ręki oraz (naiwne) przekonanie, że spokojnie ominie nas to, co po kolei przytrafiało się innym katolickim społeczeństwom: od Quebecu począwszy, poprzez Hiszpanię i Irlandię, a skończywszy na Holandii czy Belgii. Tymczasem w niespełna miesiąc od opublikowania przez papieża Franciszka posynodalnej adhortacji Querida Amazonia nasze dobre samopoczucie na łopatki rozłożyła pandemia. Okazało się, że do udzielenia teologicznych i praktycznych odpowiedzi nie jesteśmy wcale tak świetnie przygotowani. Najlepszym dowodem były dysputy wokół tematu komunii, podczas których objawiła się teologiczna miałkość kilku księży profesorów. Proponuję zatem, by zanim rzucimy dogmatyczne „nie” na pytanie o możliwość Eucharystii bez księdza, zatrzymać się i posłuchać z pokorą, „co mówi Duch do Kościołów” (Ap 2,7) dzisiaj. Synod o Amazonii bowiem, inaczej niż czasem próbowano go przedstawiać, nie dyskutował przede wszystkim o możliwości zniesienia celibatu lub wprowadzeniu tańca do liturgii rzymskiej; poszukiwał między innymi sposobów na to, jak zaradzić głodowi Eucharystii tam, gdzie dramatycznie brakuje księży. Takich Kościołów, nie tak odległych od nas jak Amazonia, nie jest wcale mało, a wydaje się, że w naszej szerokości geograficznej będzie ich coraz więcej.

Ciekawy jest sposób rozumowania papieża Franciszka, który wychodzi od tego, że w pierwszym rzędzie „konieczne jest zapewnienie, aby posługa była ukształtowana w taki sposób, żeby służyła większej częstotliwości sprawowania Eucharystii, nawet we wspólnotach najbardziej oddalonych i ukrytych (…)” (QA 86). Innymi słowy, preferuje on optykę, w której nie tyle skupiamy się na palącym problemie braku kapłanów, ile na głodzie Eucharystii, choć oczywiście jedno z drugiego wynika. Brak Eucharystii powoduje erozję Kościoła, dlatego by do niej nie dopuścić, pojawia się naglące pytanie: Co robić? W tym kontekście dyskusja o celibacie zaczyna wyglądać zupełnie inaczej i może warto, chcąc zaradzić problemowi braku Eucharystii, pomyśleć o tym, by dopuścić do święceń viri probati? Jeśli na szalach postawić realny głód Eucharystii i problem celibatu, którego historia różnie się układała na przestrzeni wieków, pytanie nie jest bezzasadne.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Dominik Jurczak OP - ur. 1980, dominikanin, dyrektor Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego w Krakowie, członek Międzynarodowej Komisji Liturgicznej Zakonu Kaznodziejskiego oraz Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego Archidiecezji Krakowskiej, promotor liturgii w Polskiej Prowincji Dominikanów, wykładowca w Papieskim Instytucie Liturgicznym Anselmianum oraz na Papieskim Uniwersytecie Angelicum w Rzymie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

W DRODZE DO WIARY

Zaskakujący horyzont

NA NOWO ZACHWYCIĆ SIĘ OJCEM

PAPIERKI LAKMUSOWE

NAMIOT SPOTKANIA


komentarze



Facebook