Archwium > Numer 565 (09/2020) > Orientacje > CODZIENNOŚĆ, CZYLI TAM, GDZIE SIĘ SZCZĘŚCIA NIE SPODZIEWASZ

CODZIENNOŚĆ, CZYLI TAM, GDZIE SIĘ SZCZĘŚCIA NIE SPODZIEWASZ
"Ćwiczenia ze szczęścia", ks. Grzegorz Strzelczyk, Znak, Kraków 2020, 256 stron

Marcin Cielecki

Mam problem ze szczęściem. Gdy ks. Grzegorz Strzelczyk pyta w książce, kto jest szczęśliwy, i zachęca do podniesienia ręki, moja ani drgnie. Tak, wiem, dałem sobie wmówić, że szczęście musi być przeżywane ekstatycznie. Wszystko mnie o tym przekonuje – znajomi prześcigają się w nowinach, gdzie byli, fejs szczerzy się uśmiechem losu. Jakoś to informowanie o poczuciu szczęścia samo w sobie stało się mało szczęśliwe. Przerzucamy się zdjęciami, pokazujemy słitfocie, na których wszechwładne „ja” odmieniane jest przez wszystkie przypadki. O swoim szczęściu człowiek współczesny musi mówić, podkreślać je, wręcz wykrzykiwać, jakby ono nie mogło być kameralne. Szczęście przybiera dziś formę ekstremalną: skok na bungee, pływanie z krokodylem, taniec z niedźwiedziem. W rzeczywistości to szczęście przypomina bardziej rywalizację między nami: gdzie byłeś, co widziałeś, co jadłeś i za ile. Szczęśliwi jesteśmy gdzieś tam – w Tajlandii, w Kalifornii, w Nowym Jorku – bo tu szczęścia nie ma. Nie stać mnie na tak rozumiane szczęście, dlatego wczytuję się w błogosławieństwa.

Budowanie wspólnoty

Ćwiczenia ze szczęścia są zapisem rekolekcji wygłoszonych przez księdza Grzegorza Strzelczyka dla Sióstr Urszulanek Unii Rzymskiej w Rybniku w sierpniu 2019 roku. To kolejna książka i kolejny dowód na to, że Strzelczyk najlepiej uprawia teologię w rozmowie. Jeśli spojrzymy na jego ostatnie publikacje, są to albo spisane kazania (np. Kościół – niełatwa miłość z 2018 roku), albo tomy rozmów (np. z Jerzym Vetulanim, Szymonem Hołownią czy Anetą Kuberską-Bębas). To pokazuje dwie ciekawe rzeczy: że Strzelczyk ma coś do powiedzenia i że potrafi mówić. A nie jest to takie oczywiste, jeżeli weźmiemy pod uwagę mocno średni poziom kazań w polskim Kościele. Jest coś jeszcze: Strzelczyk lubi ludzi. Lubi z nimi być, spotykać się, słuchać ich i budować z nimi wspólnotę. Choćby to była tylko wspólnota oparta na zaciekawieniu czy zaintrygowaniu.

Ćwiczeniach ze szczęścia otrzymujemy Strzelczyka takiego, jakiego lubimy, ale i potrzebujemy – mówiącego o sprawach wiary, często trudnych i zawiłych, w sposób na wskroś nowoczesny, niestroniącego od prowokujących do myślenia stwierdzeń oraz sięgającego wciąż do samego rdzenia Ewangelii. Najnowsza książka dotyczy błogosławieństw i być może w dobie koronawirusa jest to najlepszy czas, by zrozumieć, gdzie jest szczęście.

Błogosławieństwa, czyli jak widzieć

Błogosławieństwa nie są prostym tekstem. Gdy je czytamy, towarzyszy nam onieśmielenie. Wydają się zapisem paradoksu: temu, komu jest źle, będzie lepiej. Słowa Jezusa są takie proste, zwykłe i codzienne, jak zwyczajne jest życie. Żadnych tajemnych formuł, żadnych cudownych diet ani przepisów na osiągnięcie szczęścia. Jest rzeczywistość otwartych oczu: smutek, ubóstwo, niesprawiedliwość… Błogosławieństwa nie wpędzają jednak w depresję, nie pozostawiają w beznadziei. Przeciwnie: niosą oddech wolności, przynoszą słowa pokrzepienia, umacniają ludzką godność. Nadzieja, którą kreślą, nie należy do taniego poklepywania po plecach w stylu „każdemu się może zdarzyć”, „no, nie martw się”. Obietnice Jezusa nie mają nic wspólnego z efektowną reklamą. A jednocześnie są tak trudne, jak ludzkie pragnienie szczęścia. Strzelczyk w swoich rozważaniach najpierw wyjaśnia, o jaką stawkę tu chodzi: czym jest królestwo Boże i co to jest szczęście. I zaczyna od tego, że aby w ogóle mówić o takich sprawach, trzeba czegoś pragnąć. „Oczywiście, żeby móc konfrontować pragnienia z Ewangelią, trzeba mieć pragnienia. Trzeba się przyznać do tego, że się je ma. Trzeba je pielęgnować, chcieć bardziej żyć, cokolwiek to znaczy. Wiecie, w szczęściu jest coś z nienasyconości” – pisze Strzelczyk i mam nadzieję, że po tym fragmencie możecie sobie wyobrazić, co będzie dalej. Żadnych oderwanych od rzeczywistości meganiebiańskich rozważań, po których słuchacz czuje się wkopany w ziemię, bo nie sięga ideału. Szczęście jako nienasycenie, szczęście jako skowyt? Wchodzę w to.

Grzegorz Strzelczyk omawia wszystkie błogosławieństwa (Mateusz zapisuje ich osiem, Łukasz tylko cztery, i wzmacnia je poczwórnym „biada”) i na tle dotychczasowej literatury umiejętnie rozkłada akcenty. Jest duchowo, ale jest też neurobiologicznie, jest cieleśnie i jest intelektualnie. A przede wszystkim jest bardzo ćwiczeniowo. Po każdej nauce jest zadanie do wykonania, które w praktyce ma sprawdzić rezonowanie tego, co się przeczytało. Ćwiczenia ze szczęścia są bardzo praktyczne, bo chcą coś w nas zmienić. Błogosławieństwa to sposób, w jaki widzi nas Bóg. Jest też druga strona medalu: błogosławieństwa to nasz obraz Boga.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Marcin Cielecki - ur. 1979, poeta i eseista. Autor zbioru esejów "Miasto wewnętrzne" oraz książek poetyckich "Ostatnie Królestwo" i "Czas przycinania winnic". Mieszka w Olsztynie z żoną i dwoma synami. Strzela z łuku. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

"Rosja, katolicyzm, i sprawa polska"; "Jego brat"

"Kalendarz ekumeniczny 2008"

TAM I Z POWROTEM

PRAWO HALÍKA

NA TROPIE DŁUGIEGO PIÓRA


komentarze



Facebook