Archwium > Numer 566 (10/2020) > Duchowa gimnastyka > ... A (NIE) POMOGLIŚCIE MI

... A (NIE) POMOGLIŚCIE MI
- Polska, niedobry kraj dla uchodźców - powiedział Said z Syrii, gdy usłyszał, skąd przyjechali.

zdjęcie: ALEKSANDRA WOLNIK


Mówili przed wyjazdem:

– Nie jedziemy, żeby uspokoić sumienia i lepiej się poczuć. Jedziemy, żeby poczuć się gorzej.

Polscy wolontariusze ze Wspólnoty Sant’Egidio pomagali uchodźcom na greckiej wyspie Lesbos. Gotowali, prowadzili stołówkę, uczyli angielskiego, zajmowali się dziećmi.

Zaraz po powrocie opowiadali:

– Uchodźcy przestali być dla nas anonimowi. Teraz to imiona, spojrzenia, opowieści.

– Czy nasi przyjaciele są bezpieczni? – martwili się kilka tygodni później, gdy obóz spłonął.

Cmentarz

Kamizelki ratunkowe. Podziurawione pontony. Zabawki. Kurtki. Radioodbiorniki. Słuchawki.

Butelki ze smoczkami.

Niektóre rzeczy wyrzuciło morze. Inne porzucili ci, którym udało się dopłynąć.

Z tureckiego wybrzeża w najwęższym miejscu to tylko cztery kilometry. Ale podróż pontonem albo chybotliwą łódką trwa kilka godzin, czasem dłużej – trzeba kluczyć, żeby ominąć posterunki straży przybrzeżnej, walczyć z niesprzyjającymi falami. Płynie się nocą.

Rzeczy, które wyrzuciło morze albo sami porzucili (na co komu na lądzie ratunkowa kamizelka), leżą na wysypisku. Przy kamienistej plaży. Cmentarz kamizelek, nazwano to miejsce.

Gdy Maciej Mróz z Sant’Egidio w Poznaniu przyszedł tutaj, miał jedno skojarzenie: przypomniały mu się walizki i buty odbierane więźniom w Auschwitz. – Wiem, że to dwa bardzo różne doświadczenia. Ale część rzeczy na Cmentarzu kamizelek też należała do ludzi, którzy zginęli.

Uchodźcy na Lesbos mają również cmentarz prawdziwy. Reporter Wojciech Tochman opisywał go kilka lat temu w „Dużym Formacie”:

„Tabliczki z białej terakoty, wbite w spaloną ziemię porośniętą zielskiem.

Agnosto Koritsi, Nieznana Dziewczynka, lat 15, nr 135, 19/11/2015. Tak zapisano jej życie i śmierć. Chcieliśmy (razem z reporterką Magdaleną Nimer) sobie ją jakoś wyobrazić. Uśmiechniętym była dzieckiem, odważnym czy bojaźliwym? Lubiła baklawę? Fantę? Haribo?”.

Tochman pisał, że miejscowi nie chcieli powiedzieć, jak tam trafić: „Żywi mętnie tłumaczyli nam drogę do umarłych, nie tędy, nie tutaj, mylili tropy albo całkiem zaprzeczali, takiego miejsca na naszej wyspie nie ma”.

Jakby się wstydzili. A może chcieli zapomnieć?

Opowieść Emmanuela

Moje największe cierpienie? Że nie mogę pracować. Mam trzydzieści lat, jestem zdrowy, silny i siedzę bezczynnie. Uciekłem z Togo, bo nie chciałem zabijać moich braci. Miałem do wyboru: walczyć przeciwko swoim albo samemu zginąć. Pytasz, gdzie jest lepiej. W Togo czy na Lesbos? Nie wiem. Tam moje życie było zagrożone. Tutaj nikomu nie jestem potrzebny.

Piekło

„Piekło na ziemi” – mówiło się o Lesbos.

Piekło było kilka kilometrów od miasta Mitylena. Nazywało się Moria. To największy w Europie obóz dla uchodźców. Zaplanowany był na trzy tysiące osób. Ostatnio koczowało w nim ponad piętnaście tysięcy. Ale zimą było dwadzieścia. Z Afganistanu, Syrii, Afryki. Jedna trzecia to dzieci.

Właściwie to obozy były dwa. Moria to ten formalny, ogrodzony płotem. Bez pozwolenia nie można było tu wejść ani stąd wyjść. Bram pilnowali greccy policjanci. Byli stanowczy.

Wokół rozpościerała się „dżungla” – tak nazywali obóz nieformalny. Kilkanaście tysięcy ludzi w szałasach z dykty, z europalet, z czarnej i niebieskiej folii, brezentu. Na przylegających do obozu górskich zboczach wycinano kolejne drzewa – trzeba było zrobić miejsce dla nowych.

Bez prądu i wody. Po jedzenie, do toalety trzeba było stać godzinami w kolejkach. Niebezpiecznie: kobiety bały się wychodzić po zmroku. Każdy znał miejsce, gdzie prostytuowali się nieletni.

Wszyscy czekali na przyznanie azylu. Procedury są długie – ciągną się miesiącami. Bywa, że miesiące przechodzą w lata. Ale bez tego Europa ich nie przyjmie.

Żeby dostać azyl, trzeba udowodnić, że było się prześladowanym we własnym kraju. – Przecież Asad nie wyda mi zaświadczenia, że mnie torturował – mówią z sarkazmem ci, którzy uciekli przed syryjskim dyktatorem. Nie wszyscy mają dokumenty.

Jeśli ktoś nie dostanie azylu, musi wrócić do Turcji. Ale nie po to uciekał od wojny, prześladowań, ryzykował niebezpieczną drogę, by wracać. – Turcja dobry kraj, ale dla Turków – odpowiadają. Też z sarkazmem. Do swoich krajów nie chcą wracać. Zresztą do czego, skoro domu już nie ma?

Ostatniej zimy na Lesbos było niespokojnie. Protestowali mieszkańcy i uchodźcy. Pierwsi – bo mieli dość, że Europa uczyniła z ich wyspy największą poczekalnię dla uchodźców. Drudzy buntowali się przeciwko ciężkim warunkom życia w obozie i długiemu czekaniu na azyl.

Na Lesbos przyjeżdżali też neofaszyści. Płonęły wtedy kontenery i namioty uchodźców. Leciały kamienie.

9 września obóz spłonął doszczętnie.

Opowieść Nazir

Jestem tu z rodzicami. Uciekliśmy z Afganistanu, bo było tam dla nas niebezpiecznie. Mówię dobrze po angielsku. W obozie nauczyłam się niemieckiego. W Europie chciałabym studiować.

Wakacje

Daniela Pompei to włoska Janina Ochojska. Energiczna, jak to Włoszka. W Sant’Egidio odpowiada za pomaganie uchodźcom.

Od czterech lat nadzoruje działalność korytarzy humanitarnych. By zmniejszyć ryzyko podróży uchodźców do Europy na wątłych łodziach, Wspólnota razem z Kościołami i rządem sprowadza ich do Włoch legalnie, samolotami. Sprowadzili prawie dwa tysiące osób – rodziny z dziećmi, starszych, chorych, niepełnosprawnych. Korytarze otworzyły też Belgia i Francja.

Daniela organizowała Alternatywne wakacje na Lesbos: członkowie Sant’Egidio jeździli latem na wyspę wspierać uchodźców. W tym roku było tam 150 wolontariuszy: Włosi (przyjechał z nimi Dawood, kiedyś uchodźca, od kilkunastu lat mieszka w Rzymie, był tłumaczem w rozmowach z afgańskimi mieszkańcami obozu), Hiszpanie, Francuzi, Czesi, Węgrzy. Oraz kilkanaście osób z Poznania i Warszawy. – Niektórzy zarzucają nam, że uprawiamy turystykę charytatywną – mówił mi przed wyjazdem Maciej Mróz. – Nie jedziemy tam z litości dla uchodźców. Jedziemy, żeby im towarzyszyć.

Sami zapłacili za bilety. Na Lesbos przez tydzień pracowali.

Magdalena Wolnik odpowiada za warszawską Wspólnotę: Chcieliśmy pokazać uchodźcom inną twarz Europy. Tę życzliwą i gościnną. Wierzę, że w głębi serca tacy jesteśmy: współczujący i solidarni z ludźmi, którzy są w potrzebie.

Ksiądz Mirosław Tykfer, redaktor naczelny „Przewodnika Katolickiego” i założyciel Sant’Egidio w Poznaniu, mówi konkretnie: – Jeśli ci ludzie podjęli ogromne ryzyko i dostali się do Europy, to musimy pokazać, że traktujemy ich jak ludzi, a nie jak zwierzęta.

Oburza go, gdy niechęć do uchodźców wyrażają ci, którzy nie mają pojęcia o ich losie. – Tu nie wystarczą polityczne tezy i statystyki. Tych ludzi trzeba poznać.

Nie wszyscy witają wolontariuszy Sant’Egidio z otwartymi ramionami.

– Kolejni, którzy przyjechali powiedzieć, że jest im przykro – powiedział na dzień dobry młody Syryjczyk. Miał powyrywane paznokcie – pamiątka po pobycie w syryjskim więzieniu. – Mamy już dość tych, którzy powtarzają, że jest im przykro. Przestańcie mówić. Zróbcie coś!

– Polska? – zapytał z niedowierzaniem Said, też z Syrii, gdy Maciej powiedział mu, skąd przyjechali. – Niedobry kraj dla uchodźców.

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Stanisław Zasada - dziennikarz, reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z "Tygodnikiem Powszechnym" i "Gazetą Wyborczą". Jest autorem książek: "Duch '44 o kapelanach Powstania Warszawskiego" (WAM 2018), "Generał w habicie" o siostrze Małgorzacie Chmielewskiej i jej Wspólnocie Chleb Życia i "Wyznań księży alkoholików" (Znak). Mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Drugie życie Heleny Rissmann

JÓZEF MARIA BOCHEŃSKI OP 1902-1995

DZIEWIĘĆ RAZY ŚMIERĆ

Ewangelia według Romcia

WIATR WE WŁOSACH


komentarze



Facebook