NIESTETY ŻYJĘ
Znamy się od wielu lat. Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Choć przecież wiedziałam, że umarło jej dziecko. Czasami ludzie, na których spada takie nieszczęście, nie mają siły dalej żyć.

Katarzyna Kolska: Ile lat minęło?

Marta: Trzydzieści jeden.

Próbujesz sobie czasem wyobrazić, jak by dziś wyglądał?

Tak, nieustannie. On cały czas żyje.

Myślisz o nim jako o dziecku?

Wyobrażam go sobie jako dorosłego faceta, miałby dziś trzydzieści pięć lat.

Porównujesz go z pozostałymi dziećmi, projektujesz jego życie?

Nie. Myślę sobie najwyżej o tym, jakim byłby synem, jakim byłby bratem.

Był najstarszy z rodzeństwa?

Tak, był naszym pierwszym dzieckiem. Owocem naszej ogromnej miłości.

Co cię zaniepokoiło, że poszłaś z nim do lekarza?

Zaczął się skarżyć, że bolą go oczka, że samochodzik mu skacze, gdy na niego patrzy, że nie widzi dobrze. Kiedy byliśmy na spacerze w parku, zaczął gonić ptaki i zauważyłam, że tak dziwnie biegnie i stale się potyka. To wszystko działo się z dnia na dzień. A ja byłam dopiero co po porodzie. Nasz drugi synek, Mikołaj, miał dwa tygodnie.

Od razu poszliście do lekarza?

Tak, do pediatry. Pediatra skierował nas do okulisty i neurologa. Okulistka nic nie stwierdziła, natomiast neurolog od razu podejrzewała jakieś zmiany w mózgu i wysłała nas do szpitala na badania. Termin przyjęcia mieliśmy za kilka dni, ale nie doczekaliśmy go, bo stan naszego synka bardzo się pogorszył. Trafiliśmy na ostry dyżur. Kazano nam jak najszybciej zrobić tomograf komputerowy. W tamtych czasach takie badanie to był jakiś kosmos. Ale udało nam się to dość szybko załatwić.

Ile Adaś miał wtedy lat?

Niecałe cztery.

Szybko usłyszeliście diagnozę?

Tak, ale człowiek nie chce w to uwierzyć. Słyszysz, że lekarz mówi: nowotwór, ale do ciebie to zupełnie nie dociera. Guz okazał się tak duży, że zatykał ujście kanału kręgowego i zablokował krążenie płynu rdzeniowego, w związku z czym zaczynało się robić wtórne wodogłowie, bo ten płyn zalegał w czaszce. Trzeba było zrobić operację wstawienia zastawki. Adaś strasznie cierpiał, potwornie bolała go głowa. I tylko krzyczał: Moja główka, moja główka. Pamiętam, jak wjeżdżał na salę operacyjną. Wygolili mu z boku włoski i on tak mówił: Mamusiu, moje włoski, moje włoski. I tylko tyle go widziałam. To niewyobrażalnie straszne, kiedy bezsilnie patrzysz na cierpienie swojego dziecka. Chcesz mu zabrać ten ból, chcesz, żeby bolało ciebie, jesteś gotowa zrobić wszystko, oddać własne życie za chwilę ulgi dla niego. Ale nie możesz zrobić nic.

Dalsze leczenie odbywało się w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie na neurochirurgii, gdzie na szczęście można było być razem z dzieckiem, a rodzice mogli mieszkać w hostelu przy szpitalu. Nie było tam wolnych miejsc, ale ludzie tak się solidaryzowali, że przyjmowali innych rodziców do siebie i często w jednym pokoju spało po kilka osób. Spędzaliśmy tam tylko noce, bo od rana do późnego wieczora warowaliśmy przy łóżkach naszych cierpiących dzieci.

To tam po dwóch tygodniach usłyszeliśmy ostateczną diagnozę. Medulloblastoma, IV stopień złośliwości.

Zaczęło się leczenie. Najpierw operacja, później chemioterapia. Dzisiaj w takim leczeniu kolejność jest odwrotna: cytostatyki, operacja, cytostatyki, naświetlania. Wtedy zaczynało się od operacji.

A co się działo z twoim nowo narodzonym dzieckiem?

Pełną opiekę przejęła moja mama, która doskonale zajmowała się Mikołajem. Ja byłam w takim stanie psychicznym, że specjalnie nie interesowało mnie to, co się dzieje w domu. Skupiałam się wyłącznie na Adasiu. W amoku, dosłownie. To straszne, jak sobie teraz o tym pomyślę. Mam z tego powodu ogromne wyrzuty sumienia.

Ile czasu spędziliście w Centrum Zdrowia Dziecka?

Cztery i pół miesiąca.

I w ogóle nie przyjeżdżaliście w tym czasie z mężem do domu?

Raz byłam w domu po wózek inwalidzki dla Adasia, bo była lekka poprawa po chemioterapii. Adaś nie mógł już wtedy chodzić – miał sparaliżowane nóżki. Pozwolono nam go nawet zabrać na niecałe dwa tygodnie do hostelu, mieliśmy go cały czas przy sobie, mogliśmy z nim wyjść na spacer, choć Adaś jednocześnie codziennie był pod opieką lekarzy i pielęgniarek z oddziału. Ale nowotwór, niestety, dalej się rozwijał. Wróciliśmy na szpitalny oddział. Nie dawano nam już żadnej nadziei. Właściwie mówiono wprost, że czekamy na śmierć.

Miałaś w sobie więcej nadziei czy strachu, że to już koniec?

Walczyłam. Nie dopuściłam do siebie w ogóle takiej myśli. Ani na chwilę. Nie jestem osobą, która się poddaje. Mój mąż był jak sparaliżowany, siedział i płakał. Ja działałam, podejmowałam wszystkie decyzje. Próbowałam znaleźć rozwiązanie, szukałam, czytałam. Najpierw książki medyczne, artykuły, publikacje z biblioteki, od znajomych... Nie było jeszcze wtedy internetu, więc sięgałam po obcojęzyczną literaturę medyczną, którą tłumaczył mi pielęgniarz z hostelu. Czytałam. Chciałam wszystko wiedzieć, szukałam jakiegoś sposobu na ratowanie mojego dziecka, biegałam z tymi książkami do lekarza. A on mi mówił: Niech pani już przestanie czytać!

Kiedy w szpitalu dali nam do zrozumienia, że to koniec, ja powiedziałam: Żaden koniec! Nie będzie mój synek w szpitalu umierał. Zabieram go do domu, poszukam innych lekarzy, może znajdą jakiś sposób leczenia, skoro tutaj nie umieją mu pomóc.

W ogóle, ani przez moment, nie dopuszczałam do siebie myśli, że to się może skończyć inaczej. Pamiętam, że mój mąż zapytał jeszcze lekarza: Co by pan zrobił, gdyby chodziło o pana dziecko? A on odpowiedział: Zrobiłbym tak, jak mówi pańska żona – zabrałbym je do domu.

Załatwiliśmy karetkę. Wróciliśmy do domu. No i się zaczęło. Najpierw Adaś przestał oddawać mocz. Wezwaliśmy pogotowie. Przyjechał lekarz i zaczął na mnie krzyczeć, po co go wzywam do umierającego dziecka, że to nie ma sensu. Więc wyprosiłam go z mieszkania. Zadzwoniłam do lekarza, który za pierwszym razem operował Adasia. Przyjechał, założył cewnik i pyta mnie: Czy pani rozumie, że to są przerzuty do kanału kręgowego? Czy pani rozumie, że syn umiera? A ja: Tak, tak, dziękuję, do widzenia. I robię swoje. Chyba wtedy już wszyscy widzieli, że nasz synek odchodzi, tylko nie ja. Byliśmy w domu tydzień albo dziesięć dni. Czuwałam przy Adasiu dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nic innego się nie liczyło.

Jaka to była pora roku?

Lato. Pamiętam ten ostatni dzień. To była sobota, 24 czerwca. Rano nasz synek przestał oddychać. Zaczęłam mu robić masaż serca. Przywróciłam oddech. Chyba ze dwa razy. Zadzwoniliśmy znów po tego samego lekarza. Przyjechał prosto z działki, w krótkich spodniach. Przy nim znów Adaś przestał oddychać. Zaczęłam robić masaż serca, ale on mnie odsunął i powiedział: Pani pozwoli, ja to zrobię lepiej. Przywrócił mu oddech. A potem do mnie powiedział: Następnym razem pozwólcie mu odejść. Posłuchałam go, bo miałam do niego stuprocentowe zaufanie. W naszych ramionach pół godziny później Adaś odszedł.

Miałaś już w sobie zgodę na to?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

BOJĘ SIĘ LIŚCI, KTÓRE ŻÓŁKNĄ

Minuta trwa całe wieki

Pan Bóg obsypał nas złotymi dukatami

A gdy będziemy razem w niebie

Kurs na miłość


komentarze



Facebook