Archwium > Numer 567 (11/2020) > Rozmowy o śmierci > UMIERANIE, LUDZKA RZECZ

UMIERANIE, LUDZKA RZECZ
Każdy człowiek ma prawo do godnego umierania, do godnego kresu życia. Bez znaczenia, kim jest, ile klas skończył ani na co choruje.

zdjęcie: DANIEL GREGOIRE / UNSPLASH.COM


Elżbieta Strzałkowska: Trzeba mówić o śmierci?

Paweł Grabowski: Trzeba. I rozmawiać o tym nawet z dziećmi w przedszkolu. Trzeba mówić, że jeśli ktoś jest niedołężny i pomarszczony, to nie znaczy, że jest mniej wart niż ten piękny i młody. Trzeba mówić o wykluczeniu w chorobie, uświadamiać, jak złożonym zjawiskiem jest cierpienie. I że człowiek stary i umierający też pragnie czułości. Nie rozmawiając o tych sprawach, wtłaczamy się w fałszywą rzeczywistość bez choroby i śmierci. Bez szacunku dla starości.

Dlatego napisał pan książkę dla dzieci?

Dziadek Franek to rzecz o stracie i umieraniu. W wielu rodzinach śmierć to temat tabu. Tymczasem szczera rozmowa jest wszystkim bardzo potrzebna. I umierającym, i tym, którzy zostają. Trzeba dziecko przytulić i powiedzieć prawdę. Otwartym tekstem.

Niektórzy mówią o panu Doktor Judym z Podlasia. To pana cieszy czy denerwuje?

Sam nie wiem. Jestem marzycielem, jednak mocno się przygotowałem do tego, co dziś robię, skończyłem nawet studia z zarządzania. Przedtem leczyłem chorych z nowotworami głowy i szyi. Także ludzi, którym trzeba było powiedzieć, że nic więcej nie da się dla nich zrobić. Tak dotknąłem hospicjum i zakochałem się w medycynie paliatywnej. Pracowałem w Krakowie i Warszawie, uczyłem też studentów pracy z pacjentem u kresu życia.

A potem rzucił pan wielkomiejski świat, szpitale, wykłady, przyjechał na Podlasie i założył chyba pierwsze w Polsce wiejskie hospicjum domowe. Teraz w zabitej dechami wiosce stawia pan hospicjum stacjonarne. Dlaczego właśnie tu?

Chciałem pracować w miejscu, w którym hospicjum domowe jest naprawdę potrzebne, ale nikt przy zdrowych zmysłach go nie założy, bo to się nie kalkuluje. Ta część Podlasia była właśnie takim czarnym punktem. Działamy na terenie pięciu nadgranicznych gmin.To jakieś 1900 kilometrów kwadratowych i odległości są realnym kłopotem. Młodzi wyjechali do miast, starzy zostali. To wsie, w których nie ma sklepu, nie ma apteki. Do autobusu daleko, zresztą jeździ bardzo rzadko. Pacjentowi, który potrzebuje codziennej opieki, nie pomoże pracownik ośrodka pomocy społecznej ani lekarz rodzinny, ani pielęgniarka środowiskowa.

Hospicjum działa od dziewięciu lat, przez pierwszych pięć nie mieliście nawet kontraktu z NFZ-etem, a pan dorabiał, lecząc zęby.

Tak było. Długo działaliśmy bez grosza ze strony państwa, dzięki sponsorom i dotacjom. Teraz mamy trzech lekarzy, pięć pielęgniarek, fizjoterapeutę i psychologa. Współpracujemy z miejscowymi duchownymi. Dogadujemy się i uzupełniamy z lekarzami rodzinnymi, z ośrodkami pomocy społecznej. No i zatrudniliśmy pięć przeszkolonych medycznie opiekunek, a od niedawna mamy dietetyczkę.

To właśnie dzięki opiekunkom wasz model działania jest tańszy i bardziej skuteczny?

Tak. Nasze panie wiedzą, jak chorego umyć, ostrzyc, przewinąć, zadbać o jego paznokcie. Jak zmienić mu opatrunek, kiedy zaalarmować doktora. Bo na co dzień lekarz czy pielęgniarka nie są potrzebni. Często wystarczy po prostu zrobić zakupy, podać leki, pomóc w czynnościach pielęgnacyjnych, przynieść drewno czy zagrzać wodę.

Komu w Polsce przysługuje bezpłatna opieka hospicyjna?

Lista jest bardzo krótka. Refundowane przez NFZ są odleżyny, choroba nowotworowa, AIDS, część schorzeń neurologicznych typu SM. Dlatego tylko czternastu z czterdziestu naszych pacjentów podlega tej pomocy, wycenionej na niecałe 57 złotych za dzień opieki.

Czy to znaczy, że stary człowiek, który ma demencję albo jest po prostu niedołężny, ale nie ma raka albo odleżyn, musi za opiekę zapłacić albo radzić sobie sam?

Niestety, tak. I takich ludzi przybywa. W każdej gminie powinna być zapewniona opieka paliatywna. Opowiem o panu Walentym, który przez czternaście lat zajmował się leżącą żoną. Kobieta wymagała odsysania co godzinę, bo zanikł u niej odruch przełykania śliny, trzeba ją było karmić przez zgłębnik do żołądka, zmieniać jej pampersy, kąpać ją i rehabilitować. Dzięki zaangażowaniu i trosce męża pani Nina nie miała ani jednej odleżyny. A gdyby ją trochę zaniedbał i odleżyny by się pojawiły – byłyby państwowe pieniądze na opiekę.

Dziwią te zasady, ale mnie szczególnie uderza język, który leczenie nazywa procedurą medyczną. Dziś lekarz stał się świadczeniodawcą, a pacjent świadczeniobiorcą.

Za zmianą języka poszła zmiana sposobu myślenia. A sposób myślenia kreuje sposób działania. Powstaje system, w którym trzeba kombinować, żeby dostać pieniądze na opiekę dla chorego. Mnożą się absurdy.

Jakie na przykład?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Paweł Grabowski - ur. 1964, chirurg szczękowo-twarzowy, specjalista medycyny paliatywnej, bioetyk, założyciel i prezes Fundacji Hospicjum Proroka Eliasza na Podlasiu. (wszystkie teksty tego autora)

Elżbieta Strzałkowska - absolwentka Akademii Teologii Katolickiej i Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała m.in. w "Dużym Formacie" i "Tygodniku Powszechnym". Współautorka książki Agaty Tuszyńskiej "Bagaż osobisty. Po Marcu". Mieszka w Puszczy Kampinoskiej. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

JA CHCĘ DO LUDZI


komentarze



Facebook