TROCHĘ SPOKORNIEJEMY
Ja bym bardzo chciał, żeby Kościół był mniejszy, uboższy, także w pieniądze. Żeby biskupi już nie mieszkali w swoich pałacach, tylko tak jak w innych krajach mieli mieszkanie, jeździli po mieście na rowerze, nie celebrowali swego biskupstwa.

ROMEK KOSZOWSKI / GOŚĆ NIEDZIELNY


Tomasz Maćkowiak: Jak dziś budować autorytet Kościoła, choć chyba słuszniej byłoby zapytać, jak ten autorytet odbudować?

ks. Andrzej Szostek MIC: To jest ważne pytanie, ale wcale nie najważniejsze, które musimy sobie w obecnej sytuacji Kościoła stawiać.

Kościół nie jest po to, żeby budować swój autorytet, tylko żeby zgodnie z zamysłem Pana Jezusa być miejscem spotkania człowieka z Bogiem. To jest istotne. Poza tym, kiedy mówimy „Kościół”, to co my mamy na myśli?

A to nie jest oczywiste?

Kiedy się mówi „Kościół”, to ma się na myśli zwykle kler i hierarchię katolicką. I w tym kontekście przychodzą na myśl te wszystkie okropne skandale i gorszące zachowania, o których ostatnio tak intensywnie przypominają nam media. I to o tę grupę się teraz martwimy i pytamy o jej autorytet. Nie zamierzam tego lekceważyć. Biskupi i księża, w tym ja, zostaliśmy ustanowieni po to, aby głosić Jezusa, aby być świadkami Chrystusa i do tego potrzebny jest jakiś stopień wiarygodności.

No właśnie, i o to pytam...

Ale ja bardzo bym przestrzegał przed stawianiem na pierwszym miejscu sprawy autorytetu księży, bo to grozi osunięciem się na pozycję kogoś, kto broni interesów własnej grupy zawodowej. Przepraszam, że używam takiego określenia – „grupa zawodowa” – ale sam do niej przecież należę.

Rzeczywiście, taka pokusa istnieje...

To nie są tylko teoretyczne rozważania. Troska o zachowanie lub odbudowanie autorytetu duchowieństwa prowadzić może do tego, by pewne rzeczy ukrywać. Mechanizm jest chyba taki: opinia publiczna jest informowana przez – weźmy to w cudzysłów – „wrogów Kościoła” o pewnych nagannych faktach z życia duchownych. I zakładamy, że te fakty są prawdziwe, że takie skandaliczne zachowania naprawdę miały miejsce. Z drugiej strony mamy przekonanie, że proporcja między liczbą tych zachowań a skalą dobra, którego źródłem jest Kościół, jest odwrotna, niż to twierdzą ci mityczni „wrogowie Kościoła”. No więc „obrońcom Kościoła”, w imię ratowania tego ogromnego dobra, grozi pokusa ukrywania skandali, które przecież są tak nieliczne.

Naprawdę są tak nieliczne?

Ja tylko odtwarzam sposób myślenia takiego „obrońcy”. Istnieje pokusa ukrywania albo pomniejszania tych skandali po to, aby zachować właściwe proporcje, nie wzmacniać wyobrażenia, że cały Kościół to jedno wielkie siedlisko zła.

Co jest w tym złego?

Tak się rodzą mechanizmy kłamstwa, wiążące się często z tym, co potocznie nazywamy zamiataniem pod dywan. Może to przybrać formę takiego prowadzenia debaty o Kościele, aby unikać kłopotliwych tematów, aby skierować zainteresowanie opinii publicznej na inne, bardziej „budujące” tematy z życia Kościoła. Taki „obrońca Kościoła” zaczyna kręcić, lawirować, uciekać się do oskarżania innych itp. – byle uciec od tego, co w Kościele ciemne i gorszące.

To naturalne, że strona krytykowana próbuje się bronić.

Oczywiście, trzeba się bronić przed krzywdzącymi opiniami, bronić także duchownych, jeśli są niesłusznie atakowani, ale to nie może stanowić usprawiedliwienia dla ukrywania tego, co złe i co zasługuje na surową ocenę. Takie obłudne lawirowanie szkodzi każdej instytucji w ten sposób „bronionej”, nie tylko Kościołowi. Ale Kościoła dotyczy w sposób szczególny, bo on ma być miejscem spotkania z Jezusem Chrystusem, Prawdą objawioną człowiekowi dla jego zbawienia. Kłamstwa lub inne sposoby uciekania od kłopotliwych i zawstydzających faktów i zachowań ludzi w Kościele są szczególnie groźnymi aktami niewierności Ewangelii, która jest przesłaniem prawdy i wolności. Głoszenie tej Ewangelii jest naszym zadaniem. Troskę o autorytet biskupów i księży można i trzeba odsunąć na dalszy plan.

Ale chyba trudno się dziwić, że przy tak zmasowanej krytyce ludzie tracą cierpliwość.

Ludzie, czyli my, duchowni. Owszem, wielokrotne konfrontowanie się z krytyką nie jest miłe, budzi odruch sprzeciwu, ale nad odruchami trzeba panować.

Spotyka się ksiądz z nieprzyjemnymi uwagami pod swoim adresem, z napastliwą krytyką?

Umiarkowanie, bo ja nie pracuję w parafii, tylko na uczelni, a to są nieco różne światy. W debatach naukowych zwykle na drugi plan schodzi to, że jestem księdzem, choć tego nie ukrywam. Ale rozumiem, że wielu księżom zaangażowanym w pracę duszpasterską jest trudno i przykro, gdy muszą reagować na zgorszenie wywołane upublicznieniem przypadków pedofilii wśród duchownych lub ich ukrywaniem. A to tylko niektóre, szczególnie dziś głośne, choć nie jedyne zarzuty, z jakimi spotykają się duszpasterze. Można odnieść wrażenie, że muszą się usprawiedliwiać, że są księżmi, i tłumaczyć, jak można być zarazem przyzwoitym człowiekiem i księdzem.

To są jednak uproszczenia.

Tak, tego typu uogólnienia i rozszerzanie oskarżeń na wszystkich reprezentantów danej grupy społecznej to prymitywny mechanizm działania, niestety, dość rozpowszechniony. Nie dotyczy on tylko Kościoła i księży, ale to małe pocieszenie. Trzeba zachować cierpliwość, nie ulegać pokusie poddania się zniechęceniu lub oburzeniu skłaniającemu do walki z takimi „wrogami Kościoła”.

A nie byłoby lepiej, gdybyśmy się wszyscy oceniali sprawiedliwiej?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Andrzej Szostek - ur. 1945, marianin, profesor nauk humanistycznych, filozof, etyk, rektor KUL w latach 1998-2004 (wszystkie teksty tego autora)

Tomasz Maćkowiak - ur. 1967, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza (filologia polska), obecnie doktorant w Instytucie Filologii Słowiańskiej UAM. Były korespondent Gazety Wyborczej w Pradze, dziennikarz, związany m.in. z "Gazetą Wyborczą", tygodnikami "Newsweek Polska", "Forum" i "Polityka". (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Pociągi kursowały punktualnie


komentarze



Facebook