Archwium > Numer 569 (01/2021) > Miara wiary > PASTERZ, NIE KOWBOJ

PASTERZ, NIE KOWBOJ
Nasze życie dzieli się na religię i wiarę. Oba te wymiary określają naszą relację do Boga. Religią jest wszystko to, co robimy dla Niego, czyli modlitewne praktyki, uczynki miłosierdzia, posty i umartwienia. Natomiast wiara to wszystko to, co od Boga otrzymujemy.

MATEUS CAMPOS / UNSPLASH


W popularnej anegdocie najgorszą rzeczą, jaka mogłaby nam się przytrafić, jest to, by w kolejce do nieba zauważyć przed sobą Matkę Teresę z Kalkuty. A potem usłyszeć, jak św. Piotr mówi do niej tonem pełnym zatroskania i wyrzutu: „Proszę siostry, chyba można było zrobić więcej”. Złośliwa wymowa tej historyjki jest wycelowana w nasz duchowy perfekcjonizm, który każe nam się doszukiwać w sobie zaniedbań i niedoskonałości. W ich obliczu wszelkie, nawet najbardziej heroiczne życiowe wysiłki nie mają sensu. Stąd pewnie z ulgą przyjmujemy kojącą myśl, przypisywaną dla odmiany św. Dominikowi Savio, który zapytany w przerwie meczu o to, co by zrobił, gdyby się dowiedział, że za minutę umrze, miał odpowiedzieć: „Grałbym dalej w piłkę”.

Uśmiechamy się i jednocześnie myślimy, czy takie postawienie sprawy nie jest zbyt proste i czy przypadkiem nie przyklepuje naszego lenistwa. To przecież niemożliwe, żeby relacja z Bogiem zamykała się w tak banalnym sformułowaniu. Co z pracą nad sobą, wyrzeczeniami i wysiłkiem? Gdzie, jeśli w ogóle istnieje, znajduje się duchowy termometr, za pomocą którego potrafilibyśmy zmierzyć temperaturę własnej wiary? Czy codzienny różaniec, lektura Ewangelii, piątkowy post, niedzielna msza, kwartalna spowiedź i rekolekcje raz do roku to nie za mało?

Dobrzy ludzie

Przypomnijmy sobie historię o bogaczu i Łazarzu, rozrysowaną przez św. Łukasza (Łk 16,19–31) i rozgrywającą się w dwóch planach czasowych. Najpierw mamy wycinek teraźniejszości, w którym jeden z bohaterów z nieznanych bliżej powodów, poturbowany przez życie i pokryty wrzodami, leży pod drzwiami domu drugiego. Ewangelista określa go mianem żebraka, a jego stan jest tak tragiczny, że psy podchodzą i liżą jego rany. Drugi z bohaterów jest dobrze ustawiony. Ma niezły majątek, którego pochodzenia nie znamy i nie wiemy, w jaki sposób do niego doszedł. Być może ciężką pracą i własnym wysiłkiem. Jedyne, co znajdujemy w tekście, to informacja o tym, że dobrze się ubierał i świetnie się bawił. W tym miejscu kończy się akt pierwszy, kurtyna opada i zaczyna się akt drugi: przenosimy się w czasy ostateczne. Pozycje społeczne naszych bohaterów się odwracają. Biedak znajduje się w niebie na łonie Abrahama, a bogacz trafia do piekielnej otchłani bez możliwości wyjścia z niej. I choć w narracji ewangelicznej nie znajdujemy wprost sformułowania o tym, dlaczego tak surowo został osądzony, to przy odrobinie wysiłku potrafimy ten powód zrekonstruować. Jezus chce nam powiedzieć, że ta okrutna kara to skutek obojętności, z jaką bogacz traktował biedaka, mijając go codziennie pod swoim domem. Nie wiemy, czy był w stanie odmienić jego los. Wiemy jednak, że, choć miał możliwość, nigdy nie próbował.

Taki wniosek to nic innego jak prosta definicja chrześcijańskiej wiary, w której nie chodzi tylko o to, by nie grzeszyć i nikomu nie szkodzić. Równie ważny jest drugi element – przekuwania słów Jezusa w praktykę w relacjach z bliźnimi.

Oczywiście uproszczeniem jest sprowadzanie Kościoła do roli organizacji pozarządowej z szerokim zapleczem i rozległą administracją zajmującą się pomocą potrzebującym. I kiedy zaczynamy tak myśleć, niebezpiecznie zawężamy wiarę do bycia dobrym człowiekiem, gubiąc przesłanie Ewangelii o grzechu, nawróceniu i zbawieniu dla świata.

Wiara i religia

Dlatego do wniosków płynących z historii o bogaczu i biedaku dołóżmy jeszcze jeden element wyjęty z innej ewangelicznej sceny, rozgrywającej się w kuchni i pokoju gościnnym sióstr Marty i Marii (Łk 10,38–42). Podczas jednej ze swoich wędrówek Jezus odwiedza je bez zapowiedzi. Marta reaguje zgodnie z logiką gościnności, chce jak najlepiej podjąć zmęczonego gościa. Pędzi do kuchni i przygotowuje posiłek. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Nie trzeba być człowiekiem wierzącym, by być gościnnym. Druga z sióstr zachowuje się inaczej. Zamiast pomóc siostrze, siada przy Jezusie i słucha tego, co Mistrz ma do powiedzenia. Jak wiemy, Marta dostaje reprymendę od Jezusa, za to Maria wskazana jest przez Pana jako wzór do naśladowania. Słowa Jezusa mogą nas trochę dziwić. Co w tym złego, że Marta chciała Go ugościć jak najlepiej? I dlaczego właśnie Maria została pochwalona?

Nieco upraszczając, można powiedzieć, że nasze życie dzieli się na religię i wiarę. Oba te wymiary określają naszą relację do Boga. Religią jest wszystko to, co robimy dla Niego, czyli modlitewne praktyki, uczynki miłosierdzia, posty i umartwienia. Natomiast wiara to wszystko to, co od Boga otrzymujemy. Innymi słowy, religią jest to, co ludzkie i naturalne, a wiarą to, co nadprzyrodzone i związane z łaską. Choć brzmi to skomplikowanie, ma swoje praktyczne przełożenie. Bo im ktoś jest bardziej religijny, tym bardziej jest przekonany, że dla Boga trzeba coś zrobić i coś Mu dać. A im ktoś jest bardziej wierzący, tym lepiej rozumie, że nic Bogu dać nie może, a wszystko może od Niego otrzymać. To ostatnie zdanie dla wielu brzmi niepokojąco. Bo czyż nie oznacza zastygnięcia w niemym oczekiwaniu na tajemniczą mannę z nieba, która uzdrowi głębię naszego serca, układając wszystko tak, jak należy? Zróbmy więc jeszcze jedno dopowiedzenie.

Duchowe zakwasy

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa i teologii, kaznodzieja i rekolekcjonista, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze" (od 2010 roku), autor wielu wywiadów, recenzji filmowych i literackich, publicysta, autor książek "Smaki życia" i "Po co światu mnich?" (obie wspólnie z Katarzyną Kolską). (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,

Zobaczyć codzienność


komentarze



Facebook