ZMIANA JEST PEWNA
Trzeba przyjąć do wiadomości, że nasz opór przed zmianą jest postawą normalną. Człowiek chce robić to, na czym się zna, i pragnie, żeby to, co zyskał, było stabilne, żeby się nie psuło. To jest całkowicie naturalne, nie trzeba się dodatkowo biczować tym, że jestem mało elastyczny.

Michalina Kaczmarkiewicz: Zmiana jest czymś nieuniknionym, a jednak część z nas, a może wszyscy – tylko w różnych obszarach i okresach – bronimy się przed nią albo przynajmniej próbujemy kontrolować jej zakres. Pewnie to ma jakieś uzasadnienie psychologiczne?

Paweł Droździak: Ma uzasadnienie i ma przyczynę już w doświadczeniach rozwojowych. Rodzice potwierdzą, że dzieci uwielbiają kilkanaście razy oglądać ten sam film, każą sobie czytać tę samą bajkę i nigdy nie wykazują znużenia. Posiłki, mycie, spanie o określonych porach budują u dziecka poczucie stabilności świata, przewidywalności.

Ale jako dzieci musimy się też nauczyć pewnej odporności na zmianę. Zaczynamy od przyswajania wiedzy o stałości obiektu. Dla nas jest oczywiste, że gdy piłeczka wpadnie pod szafę, to tam jest, nawet jeśli jej nie widzimy. Małe dziecko tę wiedzę musi dopiero zbudować na elementarnym poziomie. Poważne zakłócenia albo utrata ważnych obiektów przywiązania na etapie, gdy logika i poczucie stałości obiektu nie są jeszcze ustabilizowane, mogą w dorosłym życiu prowadzić do nieadekwatnych reakcji na jakiekolwiek zmiany.

Nieadekwatnych, czyli jakich?

Na przykład nadmiarowo-impulsywnych – człowiek, który w taki sposób reaguje na potencjalne utraty więzi, permanentnie musi się upewniać, czy nie jest zdradzany, ma poczucie nieuchronności opuszczenia, więc na przykład wyprzedza odrzucenie, zanim cokolwiek się zdarzy. Inną reakcją jest przesadne usztywnienie. Zdarza się to wtedy, gdy ważne obiekty – rodzice, opiekunowie – były obecne, ale zachowywały się niestabilnie, na przykład tkwiły w jakimś uzależnieniu. Dziecko, by przetrwać, musiało przejąć funkcje dorosłego, a ponieważ nie było w stanie ustawić hierarchii ważności spraw, wszystkiemu nadawało jednakowo dużą wagę i obsesyjnie dbało o szczegóły. W dorosłości taki człowiek reaguje rozdrażnieniem nie tylko na zmiany, nad którymi nie ma kontroli, ale też na ludzi, którzy przejawiają pewną nonszalancję albo zbyt dobrze się bawią, są zbyt zadowoleni z siebie. To drażni, bo przecież ten ktoś nigdy się dobrze nie bawi, nie może się wyluzować, cały czas pilnuje, żeby świat się nie zawalił. Dzieje się tak dlatego, że w krytycznych momentach rozwoju nie stał za nim nikt, kto by tego świata pilnował.

Nasz sposób reagowania na zmiany zależy od tego, jak zostaliśmy ukształtowani?

To jeden z elementów. Inny czynnik jest związany z wiekiem, doświadczeniami. Gdy mamy 25–35 lat, wiemy, że świat jest w miarę przewidywalny. Jesteśmy u szczytu swoich możliwości przystosowawczych, intelektualnych, więc świetnie sobie radzimy ze zmianami. Ale już w okolicach 35.–40. roku życia zmiany zaczynają nam przeszkadzać.

Kiedyś się mówiło, że ktoś nabrał starokawalerskich czy staropanieńskich nawyków, więc jest mu trudno coś zmienić, przystosować się. Teraz są inne czasy, nie mówi się o starokawalerstwie...

Ale się tak myśli. Pewien ekspert od mody powiedział, że ludzie po osiągnięciu określonego wieku już się nie ubierają zgodnie z modą; po tym, w co się ubierają, można natomiast poznać, kiedy w ich życiu był najlepszy okres. Niektórzy bardzo niechętnie reagują na zanikanie czy wymiatanie ze świata elementów związanych z tym najprzyjemniejszym czasem: wtedy puszczali w radiu taką fajną muzykę, a teraz jakieś łomoty!

Taka idealizacja występuje również w sferze wiedzy: czegoś się w życiu nauczyłem i chciałbym, żeby to doceniono. Uczyłem się nurkowania w harcerskim klubie podwodnym jeszcze za socjalizmu i gdy patrzę, jak teraz uczą nurkowania, myślę: „Phi, co to za nurkowanie?! Wtedy to było nurkowanie!”.

Świat schodzi na psy, a młodzież coraz gorsza, czasy coraz podlejsze?

Już w starożytnym Rzymie znajdujemy teksty, których autorzy narzekają na upadek obyczajów. Czytając wywody sprzed dwóch tysięcy lat, można dojść do wniosku, że są identyczne ze współczesnymi. Myślę, że istnieje też pewna zależność: im większy rozdźwięk pomiędzy dawnym poziomem sukcesu i satysfakcji życiowej a tym, jak jest teraz, tym mocniejsza tendencja do tradycjonalizmu i odrzucania nowości. Bo nie zaakceptuję rzeczywistości, w której mi nie idzie. Jeżeli w tej rzeczywistości nie bardzo mi się wiedzie, to nie będę jej lubił, będzie mi się wydawała obca. Im większy rozdźwięk, tym bardziej będę idealizował czasy, w których mi się wiodło. To błędne koło: jeśli tej nowej rzeczywistości, mentalności choć trochę nie polubię, to się w niej nie odnajdę, a jeśli się nie odnajdę – będę musiał ją coraz bardziej odrzucać. 

Co jeszcze zamyka nas na zmianę?

(...)

Dostęp do treści serwisu jest płatny.


Aby wyświetlić pełny tekst musisz być zalogowany
oraz posiadać wykupiony dostęp do tego numeru.


Paweł Droździak - psychoterapeuta, trener grupowy i mediator rodzinny, autor wielu artykułów o tematyce psychologicznej, psychologii par, przemocy, współautor książek: Blisko, nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach; Zawsze bezpieczna. Psychologiczne aspekty samoobrony kobiet. (wszystkie teksty tego autora)

Michalina Kaczmarkiewicz - absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim oraz studiów w zakresie duchowości chrześcijańskiej na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

OBSTAWIAM ŻYCIE

SPOKOJNIE, TO TYLKO STRES


komentarze



Facebook