Samodzielność kontrolowana
Zawsze będziemy się bali o swoje dzieci ? im będą starsze, tym lęku w nas będzie więcej, bo mniej będzie naszej kontroli nad nimi. Ważne, żeby to sobie uświadomić.

Zbliżają się wakacje. Wielu nastolatków zada albo już zadało swoim rodzicom pytanie: czy mogę jechać z kolegami pod namiot? Jaka jest właściwa odpowiedź?

Na to pytanie nie da się odpowiedzieć prostym „tak” lub „nie”. Odpowiedź zależy bowiem od tego, co w tej rodzinie działo się do tej pory, jakie są relacje nastolatka z najbliższymi, co rodzice wiedzą o swoim dziecku, jego życiu, zainteresowaniach, przyjaciołach. Czy są w stanie ocenić, na ile jest ono osobą dojrzałą, samodzielną i niezależną.

Paradoksalnie bardzo często się zdarza, że rodzice zbyt długo utrzymują dziecko w pełnej zależności od siebie, nie dbając o wzrost jego odpowiedzialności. Wciąż kontrolują, podejmują mnóstwo decyzji w błahych sprawach, w których nastolatek już dawno powinien być samodzielny. Później ze zdziwieniem mówią, że ich dziecko jest nieodpowiedzialne, dlatego nie mogą się zgodzić na to, by gdziekolwiek samo pojechało. No tak, tylko gdzie ono miało się nauczyć tej odpowiedzialności?

Od kiedy zatem należy zacząć naukę odpowiedzialności?

W pewnym sensie dzieje się to od wczesnego dzieciństwa. Może nie w pierwszych miesiącach, ale na pewno już w okresie przedszkolnym. Dziecko w tym wieku chce zazwyczaj różne rzeczy robić samo, nieco wcześniej, niż chcieliby tego jego rodzice i opiekunowie. Dotyczy to najprostszych czynności: jedzenia – nawet jeśli dziecko jeszcze nie umie tego zrobić tak, żeby się nie ubrudzić, czy na przykład zakładania butów – co trwa najczęściej bardzo długo i kończy się włożeniem prawego buta na lewą nogę. Dość powszechnym błędem rodziców jest to, że nie pozwalają dzieciom wykonywać takich czynności. Z ich punktu widzenia dwulatka wygodniej jest ubrać czy nakarmić samemu, niż pozwolić, by zrobił to własnoręcznie.

A potem są kolejne dziecięce wyzwania: układanie zabawek, odrabianie lekcji, drobne domowe obowiązki. Jeśli we wszystkim będziemy wyręczali nasze dzieci, jeśli będziemy za nimi chodzili krok w krok, nie nauczymy ich samodzielności i odpowiedzialności.

Czy są jakieś symptomy, które pozwoliłyby rodzicowi rozpoznać, że jego dziecko jest odpowiedzialne, więc można mu już zaufać?

Zapytałabym raczej o moment, w którym możemy powiedzieć, że nasze dziecko jest odpowiedzialne adekwatnie do swojego wieku. Ostatecznie nie chodzi o to, by było „starym maleńkim”, typem nastolatka, z którym nie ma problemów, który jest zasadniczo grzecznym dzieckiem i na wszystko się zgadza. To fatalnie, kiedy dziecko się nie buntuje i zachowuje się jak w pełni odpowiedzialna osoba dorosła. Dobrze jest, żeby nastolatek trochę ryzykował i robił rzeczy, które niekoniecznie podobają się rodzicom. W przeciwnym razie „wyhodujemy” przedwcześnie dorosłego, a nie o to chodzi w dojrzewaniu.

Za pytaniem o pozwolenie na samodzielny wyjazd kryje się być może ważniejsza kwestia: na ile dziecko jest gotowe do separacji od rodziców? Coraz częściej zdarza się, że rodzice bardzo by chcieli, żeby siedemnastolatek pojechał samodzielnie na wakacje, a on woli jechać z rodzicami.

Siedemnastolatek nie chce jechać, a inny piętnastolatek błaga rodziców na kolanach, by zgodzili się na wyjazd z paczką kolegów czy koleżanek. Co robić? Pozwolić?

W dużej mierze zależy to od zaufania, jakie rodzice mają do swojego dziecka. Bo podstawę do wyrażenia zgody na samodzielny wyjazd buduje się przez lata. Jeśli rodzice boją się puścić dziecko w sobotę na kilkugodzinną wycieczkę ze znajomymi poza miasto, bo nie wierzą, że to, co nastolatek mówi, jest prawdą, to będą mieć problem z pozwoleniem na wyjazd wakacyjny. Na wzajemne zaufanie trzeba sobie zapracować. Warto też zastanowić się, czy w naszym domu jest atmosfera do rozmów, tych łatwych, ale też i trudnych. Czy rodzina każdego dnia spotyka się i choć trochę rozmawia ze sobą, na przykład przy kolacji? Czy jest miejsce na opowiadanie o tym, co się wydarzyło? Czy może raczej jest tak, że każdy żyje swoim życiem i jako rodzice tak naprawdę nie znamy swoich dzieci?

Jeżeli do chwili pojawienia się tego pytania rodzice byli skoncentrowani głównie na swojej pracy, mieli mało kontaktu ze swoim dzieckiem, to rzeczywiście są w tej sytuacji bezradni, bo odkrywają, że nie znają swojego nastolatka. Kiedy on ich pyta, czy może jechać, to faktycznie nie wiedzą, czy może jechać. Nie wiedzą też, gdzie szukać odpowiedzi. A nikt za nich na to pytanie nie może odpowiedzieć.

Dlatego, gdy ktoś mnie pyta: pozwolić na samodzielny wyjazd czy nie pozwolić, to ja odpowiadam: nie wiem. Jednego piętnastolatka można puścić, innego nie.

Taka podpowiedź z zewnątrz, najlepiej od fachowca znającego się na dzieciach, dla wielu rodziców byłaby ułatwieniem czy nawet formą zrzucenia z siebie odpowiedzialności.

Nie chcę generalizować, ale dzisiejsze czasy trochę temu sprzyjają. Do wszystkiego mamy instrukcje. Gdy słucham rodziców, którzy przychodzą do mnie po pomoc, ponieważ mają problemy wychowawcze, odnoszę często wrażenie, że zachowują się tak, jakby chcieli oddać swoje dzieci do reperacji. Trudno jest im zdecydować się na terapię rodzinną, w której wszyscy mieliby razem usiąść i zastanowić się nad różnymi sprawami, gdyż do tej pory nigdy tego nie robili. Woleliby, żeby nastolatka podregulować obcążkami, poprzykręcać śrubki i gotowe. Po pobycie w warsztacie będzie jak nowy.

Tymczasem rodzice od chwili, gdy ich dziecko pojawi się na świecie, powinni być nim zaciekawieni. Mało się o tym mówi, jak bardzo ważne jest zwyczajne zainteresowanie światem naszych dzieci. Tylko w ten sposób można budować z nimi osobistą więź, dawać im bezpieczną przestrzeń, w której mogą się rozwijać, ale także popełniać błędy i mylić się w prostych rzeczach. Podam przykład: Nastolatek nie chce założyć czapki, choć jest zimno. Roztropna mama tłumaczy, że jeśli dziecko nie będzie jej nosiło, dostanie zapalenia uszu albo kataru. Pozostawia jednak przestrzeń własnej decyzji i poniesienia konsekwencji, które z niej płyną. Nieroztropna gada do upojenia o tej czapce, często bez żadnego efektu. Jeżeli przerobiliśmy dużo takich sytuacji, możemy powiedzieć, że znamy swoje dziecko. Im więcej dziecko miało przestrzeni doświadczenia, adekwatnego do wieku, tym bardziej można mieć do niego zaufanie, że kiedy wyjedzie z domu, to nie rzuci się nieprzytomne w wir nadrabiania tego wszystkiego, na co rodzice mu do tej pory nie pozwalali.

A co z tymi rodzinami, w których były ostry dryl i wychowanie w bezwzględnym posłuszeństwie? Dziecko nie miało nic do powiedzenia, kończy wreszcie 18 lat i…?

Konsekwencje takiego stanu rzeczy są dosyć proste do przewidzenia. Albo nastąpi odcięcie się od rodziny i próba wypracowania zupełnie innego modelu relacji, albo młody człowiek zostanie złamany i zgodzi się na dalsze trwanie w tym układzie. Wtedy – w najlepszym wypadku – dorosłe dziecko poprosi o pomoc psychoterapeutę, żeby móc się odseparować od wyuczonego wzorca i poradzić sobie z własną agresją. Naturalne jest bowiem, że taki model wychowania generuje tej agresji bardzo dużo, nawet jeśli jest ona skutecznie pacyfikowana i tłumiona przez długie lata.

W przypadku terapii osób dorosłych trzeba przejść przez cały proces odkrywania i uwalniania się od morderczych uczuć do swoich rodziców, którzy pozbawili swoje dziecko wielu życiowych doświadczeń. To w gruncie rzeczy bardzo smutne, że taka osoba mimo swoich dziewiętnastu, dwudziestu czy więcej lat jest emocjonalnie niesamodzielna. Nie nabrała doświadczeń na granicy ryzyka.

Kiedy w ubiegłym roku media informowały o czternastolatce, która sama, za zgodą rodziców, wybiera się jachtem w podróż dookoła świata, zastanawiałam się, gdzie jest granica między rodzicielską odpowiedzialnością a niefrasobliwością.

Wydaje mi się, że w przypadku nastolatków mających piętnaście, szesnaście czy siedemnaście lat można wskazać na kilka warunków niezbędnych, przy których można powiedzieć, że rodzice są roztropni, a nie lekkomyślni. Konieczne jest, żeby znali towarzystwo dziecka, żeby wiedzieli, z kim i dokąd się wybiera, i co tam będzie robić. Czy ma w sobie ducha sportowego i jedzie w góry na wędrówkę, czy też woli przesiadywać w klubach. To jest jednak kolosalna różnica.

Bardzo pomocne są też doświadczenia, które nazwałabym przejściowymi. To znaczy, takie, kiedy kilka zaprzyjaźnionych rodzin wyjeżdża na wakacje ze swoimi dziećmi. Na początku każda rodzina zajmuje się swoimi dziećmi, spędza się razem czas, a potem te granice powoli się przesuwa. Najpierw jest tak, że kładzie się dzieci wcześnie, po czym trwa ognisko dorosłych. Potem spędzamy czas przy tym ognisku wspólnie z dorastającymi dziećmi. Wreszcie przychodzi moment, w którym to my idziemy wcześniej spać, gdyż jesteśmy zmęczeni, a młodzież siedzi przy ognisku do rana. Myślę, że to jest dobre doświadczenie. Widzimy, nie będąc już kontrolerami, jak nasze dzieci spędzają czas w gronie rówieśników.

Te sytuacje przejściowe to także momenty, w których zgadzamy się na wyjazd, ale jednocześnie umawiamy się, że wpadniemy dziecko odwiedzić albo co jakiś czas do niego zadzwonimy. Tu łączy się potrzeba nastolatka, który chce być samodzielny, z potrzebą rodziców, którzy chcą wiedzieć, co się dzieje z ich dzieckiem. Jest to rodzaj kontroli nad własnymi obawami.

Mówi Pani o obserwacji nastolatka. A jeśli w jakiś sposób to zaniedbaliśmy?

Wtedy będziemy się bali i możemy być bezradni, kiedy przyjdzie nam podjąć decyzję, czy pozwolić dziecku na samodzielny wyjazd, czy też nie. Część rodziców, jestem tego pewna, nie umiejąc poradzić sobie z własnymi lękami, powie kategoryczne „nie”, nie wchodząc w ogóle w dialog z dzieckiem.

I w ten sposób pozbawią się szansy, by dowiedzieć się, jakie dziecko miało plany, z kim chciało spędzić czas, dokąd chciało pojechać. Dlatego warto wszystkie swoje obawy zatrzymać w sobie i dopiero później omówić je z kimś dorosłym, ze współmałżonkiem, psychologiem czy znajomymi, którzy mają starsze dzieci. A z dzieckiem spokojnie porozmawiać i dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Czasem może się okazać, że nasze dziecko samo trochę się niepokoi i trzeba mu dodać otuchy.

Pamiętam, kiedy mój dziesięcioletni syn powiedział, że chce sam wrócić ze szkoły do domu. A wymaga to najpierw jazdy tramwajem, a potem autobusem. Wystraszyłam się tego, ale gdy zaczęliśmy z nim rozmawiać, okazało się, że jest świetnie zorientowany, jakim tramwajem musi pojechać i gdzie przesiąść się na autobus. Był bardzo dumny z siebie po tej pierwszej samodzielnej podróży. My z niego też.

To ważne, żeby zaczynać od małych doświadczeń, a potem przechodzić do tych trudniejszych i bardziej wymagających. Samo-dzielna jazda po mieście należy zdecydowanie do tych mniej wymagających. Łatwo jest pobiec dziecku na pomoc, kiedy się zgubi we własnym mieście. Dużo trudniej, gdy przebywa ono trzysta kilometrów od domu.

Bycie rodzicem jest nierozerwalnie związane z doświadczeniem lęku. Zawsze będziemy się bali o swoje dzieci. Ważne, żeby to sobie uświadomić. Co więcej, im starsze i bardziej dorosłe będą nasze dzieci, tym lęku będzie w nas więcej, bo mniej będzie naszej kontroli nad nimi. Będziemy odkrywać, że mamy coraz mniejszy wpływ na ich decyzje i dramaty życiowe. Stąd lęk. Chodzi o to, żeby on nas nie paraliżował, nie niszczył nas, naszych dzieci i naszych wzajemnych relacji.

Cały czas mówimy o tym, jak sprawdzić, czy nasze dziecko jest już dojrzałe i odpowiedzialne. Ale może najpierw to my powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie, czy jesteśmy dojrzałymi rodzicami?

To prawda. Jeśli nasze dziecko ma już kilkanaście lat i dopiero wtedy uświadomimy sobie, że ono nie jest naszą własnością, że wychowujemy dzieci nie dla nas, lecz także dla świata, to jesteśmy spóźnieni właśnie o te kilkanaście lat.

Proces odseparowania zaczyna się w wieku przedszkolnym, gdy dziecko mówi „nie”, „nie chcę”. A gdy dorasta, zaczyna mieć własne upodobania, inaczej się ubiera, lubi słuchać innej muzyki. Zrozumienie tego pozwala nam z większym spokojem przyjąć prawdę, że dziecko nie jest kimś, kogo możemy dowolnie kształtować według własnego planu czy pomysłu. Daje nam to narzędzia pozwalające świadomie przeżywać separację z naszym dzieckiem. Bo separacja to jest wyzwanie rozwojowe zarówno dla dziecka, jak i dla rodziców. I albo będą ją wspierać, albo będą jej zaprzeczać i za wszelką cenę próbować ją powstrzymać.

Wyobraźmy sobie sytuację, gdy dziecko jedzie na obóz z jakąś grupą i zapewnia, że będzie bezpieczne, bo będzie tam tata kolegi. Czy daje nam to poczucie większego spokoju?

To tylko złudzenie, że jeśli z młodymi ludźmi jedzie ktoś dorosły, to będzie dobrze. Dziecko może robić tak samo głupie i nieodpowiedzialne rzeczy, jak wtedy, gdy pojedzie bez dorosłego.

A co jeśli mówi, że jedzie z księdzem?

Większość rodziców pomyśli, że jest to forma bezpiecznego wyjazdu. Tylko, że realnie rzecz ujmując, ksiądz też może być różny. Być może jedzie, bo ma dobry kontakt z młodzieżą, bo się nią zajmował. Ale może się zdarzyć, że jedzie, bo sam chciałby odpocząć. Księża są także ludźmi. Czasami mogą być zupełnie nieprzygotowani i niekompetentni w kwestii wzięcia odpowiedzialności za osoby nieletnie.

Czyli idealna sytuacja to taka, w której dziecko przychodzi i komunikuje nam swoją potrzebę wyjazdu, a my z nim rozmawiamy, wysłuchujemy i próbujemy negocjować warunki?

Tak, i nie wydaje mi się, żeby ten model był poza zasięgiem naszych możliwości. To będzie trudne, jeżeli rodzina nie jest przyzwyczajona do rozmawiania. W takich przypadkach wielu rodziców będzie miało naturalny odruch mówienia „nie, bo nie”, krytykowania, że to głupi pomysł, i popadania w czarnowidztwo, bo skoro jedziecie sami, to na pewno coś się stanie, potopicie się, okradną was, zgubicie się.

Rozmowa to wyraz zaciekawienia. Zakłada umiejętność powściągania własnych uczuć, bo naturalną reakcją większości rodziców będzie obawa, że przyszedł już ten moment, w którym nasze dziecko chce wyjechać samo. Wydaje mi się, że rodzice nie muszą od razu podejmować decyzji. Mogą powiedzieć, że muszą tę sprawę przemyśleć i chętnie wrócą do tej rozmowy następnego dnia. Mogą ujawnić trochę swoich uczuć. W rodzinie, w której na co dzień mówi się o uczuciach, rodzic może powiedzieć otwarcie: słuchaj, z jednej strony się o ciebie boję, z drugiej strony cieszę się, bo to znaczy, że jesteś już duży. Daj mi trochę czasu na przemyślenie tej sprawy. Podobne komunikaty naprawdę karmią i budują relacje.

Wyobrażam sobie, że rodzic może też powiedzieć: nie.

Oczywiście, że tak, i to jest bardzo ważna uwaga. Rodzic nie musi się na wszystko zgadzać, nawet jeśli słyszy, że wszyscy koledzy i koleżanki z klasy od trzech lat jeżdżą sami. Ważne jest, w jaki sposób powie to dziecku. Czy zechce z nim o tym porozmawiać i przedstawić swoje argumenty, przemawiające za tym, by dziecko samodzielnie jeszcze nie wyjeżdżało, czy też od razu zacznie krytykować i krzyczeć: „Co ty tu wymyślasz, dopóki jesteś w moim domu, dopóki jesteś na moim utrzymaniu, będziesz się stosował do moich zasad”.

Dobra odmowa, do której rodzic ma oczywiste prawo, zakłada także zgodę na wyrażenie uczuć przez nasze dziecko. Trzeba umieć przyjąć jego złość, żal, łzy, rozczarowanie. I odmawiając zgody na samodzielny wyjazd, jednocześnie przedstawić mu inne propozycje spędzenia wakacji: możesz jechać na obóz harcerski, możesz jechać z księdzem z parafii, do dziadków, w ostateczności z nami, ewentualnie zostać w domu. Masz pięć rzeczy do wyboru.

A jeśli rodzic się zgodzi, a dziecko zawiedzie jego zaufanie? Jak się wtedy zachować?

To z pewnością trudna i wymagająca sytuacja. Ale nie ma co umoralniać, tylko trzeba rozmawiać i wsłuchiwać się w to, co mówi dziecko, zanim je skrytykujemy i skarcimy.

Tyle tylko, że gdy dziecko coś przeskrobie, to od razu się wzburzamy.

Jako rodzice mamy prawo do wzburzenia. Jednak nasza reakcja, także w tych momentach, powinna być adekwatna. Wszystko zależy od tego, w czym nasze zaufanie zostało zawiedzione, czego dotyczy trudna i sporna kwestia. Jeżeli jest to jakaś bardzo poważna sprawa, należy z pewnością wyciągnąć konsekwencje.

No dobrze, porzućmy czarne scenariusze. Załóżmy, że nic złego się nie wydarzyło, dziecko wróciło szczęśliwe i zadowolone.

To bardzo wzmacnia wzajemne relacje w rodzinie. Ale przede wszystkim wzmacnia zaufanie dziecka do siebie samego. Nastolatki pragną, by rodzice byli z nich zadowoleni, ale w równym stopniu – o czym zwykle zapominamy – tęsknią za tym, żeby sami mogli mieć do siebie zaufanie. Nastolatek nie wyjeżdża z domu tylko po to, żeby się zbuntować. Chce też, żeby wyprawa pod jakimś względem zakończyła się sukcesem. 

rozmawiali Katarzyna Kolska i Roman Bielecki OP


Barbara Smolińska - doktor nauk humanistycznych, psychoterapeutka i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, szefowa Pracowni Dialogu, prowadzi terapię indywidualną, małżeńską, rodzinną, warsztaty psychologiczne oraz superwizje. Jest mężatką, ma czworo dzieci. Mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

Katarzyna Kolska - dziennikarka, zastępca redaktora naczelnego miesięcznika "W drodze", absolwentka filologii polskiej i teologii, przez 13 lat pracowała w poznańskim oddziale "Gazety Wyborczej", autorka kilku książek, m.in. "Modlitwa poranna i wieczorna" (Olimp Media 2008) i "Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach" (Znak 2011, Wydawnictwo W drodze 2016). Jest mężatką, ma dwóch synów, mieszka w Poznaniu. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

SAMOTNI WE DWOJE

ŁÓDECZKA ZA BURTĄ

CZY PANI MI WIERZY?

BĄDŹ BLISKO MNIE

U źródeł kryzysów małżeńskich


komentarze



Facebook