Archwium > Numer 384 (08/2005) > Szukającym drogi > "Ślub nam niepotrzebny"

"Ślub nam niepotrzebny"

Wspólne mieszkanie bez ślubu zdarza się dziś często. Myślę, że trudno znaleźć dorosłego człowieka, który by wśród swoich znajomych, a nieraz we własnej rodzinie, nie miał kogoś żyjącego w takim związku partnerskim, nawet bez kontraktu cywilnego. Są kraje, w których zjawisko to osiągnęło jeszcze większe rozmiary niż u nas, w Polsce. Na przykład, w roku 1997 w Norwegii w grupie kobiet w wieku 25–29 lat tylko 29% było mężatkami, natomiast aż 36% mieszkało ze swoim partnerem na zasadzie czysto prywatnej umowy.

Na pewno zjawisko to świadczy o współczesnym kryzysie zarówno małżeństwa, jak i wiary. Wydaje się ono jeszcze bardziej niepokojące niż poprzestawanie katolików na samym tylko ślubie cywilnym. Jan Paweł II tak pisał o osobach, które: „zawierają tylko ślub cywilny, odrzucając lub przynajmniej odkładając ślub kościelny”:

Sytuacji tych ludzi nie można stawiać na równi z sytuacją tych, którzy współżyją bez żadnego związku, tu bowiem istnieje przynajmniej jakieś zobowiązanie do określonej i prawdopodobnie trwałej sytuacji życiowej, chociaż często decyzji tej nie jest obca perspektywa ewentualnego rozwodu. Chcąc publicznego uznania ich związku przez państwo, pary te wykazują gotowość przyjęcia, obok korzyści, także zobowiązań. Mimo to, również i ta sytuacja nie jest do przyjęcia przez Kościół (adhortacja Familiaris consortio, 82).

Powyższa wypowiedź Jana Pawła II skłania do postawienia trzech pytań: Co takiego daje ślub kościelny, że jedyną formą uznawanego przez Kościół małżeństwa katolików jest małżeństwo sakramentalne? Na czym Papież opiera swoje twierdzenie, że lepiej mieć ślub przynajmniej cywilny, niż zakładać rodzinę w ogóle bez ślubu? I pytanie trzecie: Dlaczego kohabitacja, czyli budowanie wspólnoty małżeńskiej i rodzinnej bez ślubu, budzi moralny niepokój, a w skali społecznej pogłębia kryzys rodziny?

Co do pierwszego pytania, podejmowanie go ma sens tylko w perspektywie wiary. Odpowiedź na nie wydaje się prosta: ślub kościelny jest to zawarcie małżeństwa w obecności swoich bliskich i znajomych oraz w obliczu samego Boga i Kościoła. Nowożeńcy podejmują wtedy zobowiązania na całe życie nie tylko wzajemnie wobec siebie, ale wspólnie zobowiązują się tak prowadzić swoje życie małżeńskie i rodzinne, żeby ono było zarazem dążeniem do życia wiecznego. Natomiast Pan Bóg zobowiązuje się wspomagać ich swoją łaską oraz przyjmować to wszystko, co w ich życiu małżeńskim będzie dobre i piękne, jako cząstkę miłości składaną przez Kościół Chrystusowi. Toteż autentycznie wierzący katolik nawet nie umie sobie wyobrazić tego, że mógłby nie otworzyć na łaskę sakramentalną tak istotnego wymiaru swojego życia, jakim jest związek małżeński i budowanie rodziny.

Dwa następne pytania każą najpierw nieco przypatrzeć się różnym powodom decyzji o zamieszkaniu we dwoje bez ślubu. Bo są tacy, którzy w gruncie rzeczy planują ślub, może nawet kościelny i może nawet w krótkim czasie, a na kohabitację zdecydowali się z powodów praktycznych (np. jedno z nich nie miałoby gdzie mieszkać). Inni — niekiedy są to ludzie, którzy mają za sobą nieudany związek — nie chcą ślubu, bo się boją podejmować decyzję o byciu ze sobą na zawsze. Jeszcze inni, przeciwnie, są tak pewni wiecznotrwałości swojego związku, że manifestacyjnie podkreślają: „nasza miłość nie potrzebuje urzędowego stempelka”. Zdarza się też kohabitacja na odległość, tzn. trwanie w związku podobnym do małżeńskiego i nawet bardzo częste spotykanie się dwojga ludzi, którzy jednak mieszkają oddzielnie.

Tego rodzaju związki i sytuacje zapewne zdarzały się zawsze. Jednak dopiero od stosunkowo niedawna są tak częste. Stało się to w wyniku rewolucji seksualnej, która dokonała się kilkadziesiąt lat temu. Spowodowała ona, że dla wielu ludzi przestało być czymś oczywistym, że stosunek seksualny wolno nawiązywać tylko z osobą, z którą jest się naprawdę i na zasadzie wyłączności związanym na całe życie.

Słowem, ludzka seksualność uległa zbanalizowaniu. Wielu ludzi przestało jej doświadczać jako czegoś sakralnego, jako znaku całoosobowego oddania jedynej osobie swojego życia, i zaczęło w niej widzieć jedynie przestrzeń wzajemnego zbliżenia i narzędzie wzniosłych, lecz ulotnych wzruszeń. Ceną za tę desakralizację ludzkiej płciowości jest bardzo wysoka aprobata społeczna dla antykoncepcji i drastyczne obniżenie dzietności, ogromna liczba rozwodów i jeszcze większa zdrad małżeńskich, kryzys samej instytucji małżeństwa wyrażający się m.in. tworzeniem związków z góry zamierzonych jako tymczasowe oraz związków nieformalnych.

Istotnym katalizatorem powyższych przemian naszej mentalności i obyczajów jest zwątpienie w życie wieczne. Bo jeżeli — jak wydaje się niektórym — nasze życie prowadzi ostatecznie donikąd, trudno się dziwić, że niekiedy w ślad za tym przeświadczeniem idzie pytanie o sens wierności obietnicom, które złożyliśmy na całe życie, a nawet pytanie, czy w ogóle jesteśmy zdolni do składania całożyciowych obietnic.

To niepokojące zjawisko Jan Paweł II wiązał z popularnym dziś nihilizmem:

Dla naszych współczesnych nihilizm ma swoisty urok jako filozofia nicości. Według teorii jego zwolenników poszukiwanie stanowi cel sam w sobie, nie istnieje bowiem nadzieja ani możliwość osiągnięcia celu, którym jest prawda. W interpretacji nihilistycznej życie jest jedynie sposobnością do poszukiwania doznań i doświadczeń, wśród których na pierwszy plan wysuwa się to, co przemijające. Nihilizm jest źródłem rozpowszechnionego dziś poglądu, że nie należy podejmować żadnych trwałych zobowiązań, ponieważ wszystko jest ulotne i tymczasowe (encyklika Fides et ratio, 46).

Spotkałem się kiedyś z porażającym wręcz przypadkiem tej mentalności. Żona, chcąc zatrzymać przy sobie odchodzącego męża, sięgnęła po argument, w jej przeświadczeniu, nie do odparcia: „Przecież mi przysięgałeś! Przysięgałeś, że mnie nigdy nie opuścisz!”. On na to, patrząc na nią z politowaniem, odrzekł: „Kobieto, o czym ty mówisz? Przecież to było całe cztery lata temu! Ty brałaś ślub z zupełnie innym człowiekiem!”.

Opracowania socjologiczne dotyczące kohabitacji 1 zwracają uwagę na dwie zastanawiające prawidłowości: chociaż przeciętna dzietność par małżeńskich w pierwszych latach po ślubie jest dziś niższa niż kiedykolwiek, to analogiczna dzietność kohabitantów jest jeszcze niższa. I prawidłowość druga: zdarza się nieraz, że kohabitacja kończy się jednak ślubem, niemniej małżeństwa, które zaczynały od kohabitacji, rozwodzą się częściej niż inne pary.

Tu warto przypomnieć, że w myśl nauki Kościoła nie jest prawdziwym małżeństwem taki związek mężczyzny i kobiety, choćby nawet oficjalnie zawarty, w którym z góry dopuszcza się rozwód lub wyklucza dzieci. Oba wspomniane wyżej zjawiska dotyczące par żyjących bez ślubu każą przypuszczać, że związki, którym brakuje tych cech prawdziwego małżeństwa, zdarzają się wśród nich częściej niż wśród par zaślubionych.

Spójrzmy jeszcze na postawę ludzi, zazwyczaj entuzjastycznie w sobie zakochanych, którzy stanowczo twierdzą, że ich miłość nie potrzebuje urzędowego stempelka. Z długiego doświadczenia duszpasterskiego wiem, że wszystkie (dosłownie wszystkie, w każdym razie nie znam tu żadnego wyjątku) tego rodzaju związki kończą się ślubem albo rozejściem. Najdłuższy „niepotrzebujący urzędowego stempelka” związek, o którym słyszałem, trwał dziesięć lat. Mówił o nim anonimowy internauta:

Dziesięć lat żyłem z dziewczyną, która zawsze mi powtarzała, że ślub nie jest potrzebny, jeżeli dwoje ludzi się kocha etc. Kiedy zostawiła mnie dla innego, pasowało to do obrazu, który zawsze kreśliła, że nic nie jest wieczne etc. Zabolało, dopiero gdy okazało się, że o ślubie z tamtym wypowiada się nieco inaczej… Jak kobieta nie chce wziąć ślubu, to znaczy tylko tyle, że podświadomie woli zostawić sobie furtkę.

To prawda, że zwyczajnej ludzkiej miłości nie potrzeba oficjalnych zobowiązań ani potwierdzenia na papierze. Jednak miłość małżeńska to nie jest zwyczajna ludzka miłość. Jest to taka miłość, z której mogą się począć i urodzić dzieci. Dlatego potrzebna jest jej szczególna życzliwość społeczna wyrażająca się m.in. instytucją wspólnoty majątkowej, chroniącą małżonka słabszego, instytucją ulg podatkowych, przyznawanych ze względu na obowiązki rodzicielskie małżonków. Ponadto, prawo bierze pod szczególną ochronę więź małżeńską, ażeby pomóc jej przetrwać ewentualne kryzysy.

Słowem, ślub to nawet w wymiarze czysto doczesnym coś znacznie więcej niż „jakiś tam obrzęd” i „urzędowy stempelek”. Chodzi o to, że małżeństwo i rodzina są, i powinny być, instytucją szczególnej troski społecznej.

Swoją drogą, tak głębokiego kryzysu rodziny, którego dziś jesteśmy świadkami, w dziejach naszej cywilizacji chyba jeszcze nie było. Wyraża się on przede wszystkim zatrważającą nietrwałością małżeństw, bardzo wysokim poziomem małżeńskich niewierności oraz katastrofalnym spadkiem dzietności. Dzisiaj kryzys ten widzą chyba już wszyscy, a jedną z istotnych jego przyczyn wydaje się współczesne rozprzężenie seksualne.

 Na koniec warto przypomnieć sobie jasne i stanowcze sformułowanie Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Wyłącznie małżeństwo jest właściwym miejscem dla aktu płciowego, poza małżeństwem stanowi on zawsze grzech ciężki i wyklucza z komunii sakramentalnej” (2390). Powrót do prostych zasad moralnych wydaje się najbardziej skutecznym sposobem radzenia sobie z problemami, które nas przekraczają.
 

1 Por. np. Krystyna Slany, Alternatywne formy życia małżeńsko–rodzinnego w ponowoczesnym świecie, Kraków 2002, s. 281.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Hosanna na wysokościach!

SIEDZI PO PRAWICY OJCA

Relikwie świętych

Ofiara Abrahama

Niepokój, czy ja naprawdę kocham Boga


komentarze



Facebook