Archwium > Numer 334 (06/2001) > Szukającym drogi > Jak kochać dziecko pozamałżeńskie?

Jak kochać dziecko pozamałżeńskie?

Za trzy miesiące biorę ślub ze wspaniałą dziewczyną, która nie przestraszyła się tego, że mam już dziecko z innego związku. To dzięki niej wróciłem do Pana Boga. Matka mojego dziecka żyje samotnie, ale mój związek z nią rozpadł się, zanim poznałem swoją narzeczoną. Otóż chciałbym już teraz przemyśleć sobie, co mam robić, żeby jakoś pogodzić obowiązki wobec własnego dziecka z tymi obowiązkami, które będę miał wobec żony oraz dzieci, które nam się urodzą. Narzeczona wprawdzie mnie uspokaja, ja jednak trochę się boję, że moje zajmowanie się dzieckiem pozamałżeńskim może źle wpłynąć na nasze małżeństwo albo że stawiając na pierwszym miejscu swoje małżeństwo, zacznę się odsuwać od własnego dziecka. Słowem, Scylla i Charybda. Skoro jednak Kościół dopuszcza mnie do ślubu, to chyba wolno mi się żenić?

 

Najpierw skorzystam z okazji, żeby zwrócić uwagę na to, że wola Boża zawsze przychodzi do nas w aktualnym „dzisiaj”. Było w Pańskim życiu takie „dzisiaj”, kiedy było wolą Bożą, żeby albo związał się Pan z matką swojego dziecka, albo nie wchodził z nią w relacje, z których może począć się dziecko. Jednak tamto „dzisiaj” minęło. Teraz jest wolą Bożą, żeby Pańskie dziecko było naprawdę i mądrze kochane i żeby możliwie jak najmniej ucierpiało wskutek tego, że nie ma normalnej rodziny.

Wkrótce nadejdzie dla Pana następne „dzisiaj”. Będzie wolą Bożą, żeby godził Pan jedno z drugim: zajmowanie się dzieckiem oraz małżeństwo z kobietą, która nie jest jego matką. Używając Pańskiej metafory, będzie dla Pana wolą Bożą szukać drogi między Scyllą i Charybdą. Musi Pan jednak uwierzyć, że jeśli coś jest wolą Bożą, to — po pierwsze — jest to możliwe do wypełnienia, a po drugie z całą pewnością może Pan liczyć na Boże światło i łaskę.

Sądzę, że sama logika Pańskiego problemu wymaga, żebyśmy najpierw zastanowili się nad tym, jak kochać dzieci w sytuacji zwyczajnej, tzn. kiedy wraz z ich matką lub ojcem tworzy się jedną rodzinę. Niestety, zdarza się, że pojawienie się dziecka powoduje rozluźnienie więzi małżeńskiej — matka (albo ojciec, albo oboje) całą swoją miłość kieruje ku dziecku i trochę zapomina o swoim współmałżonku.

Jak być powinno? Dla męża żona, a dla żony mąż powinien być absolutnie pierwszym człowiekiem, którego kocha. Nie matka ani ojciec, nawet nie rodzone dziecko, tylko właśnie współmałżonek. Nie chodzi o to, że matkę czy ojca, czy dzieci mamy kochać mniej niż współmałżonka, ale o to, że dzieci dopiero wtedy są mądrze kochane, kiedy są kochane w miłości swoich rodziców. To sam Stwórca tak ustanowił, że nowi ludzie mają być powoływani do istnienia w miłości swoich rodziców — bo w tej miłości mają się później urodzić, rosnąć i wchodzić w życie.

Owszem, wskutek naszej grzeszności bywa z tym różnie. Nieraz dzieci są powoływane do życia bez miłości albo w miłości zatrutej egoizmem, nieraz są wychowywane w warunkach kompletnie patologicznych. Jednak teraz mówimy o tym, jak być powinno.

Spójrzmy jeszcze na relację między miłością do współmałżonka a miłością do rodziców. Jest takie bezbożne powiedzenie: „Żonę można sobie zmienić, a matkę (ojca) ma się tylko jedną (jednego)”. Otóż chora jest taka miłość do rodziców, która kieruje się tego rodzaju filozofią. Prawdziwa miłość nie niszczy niczego, co dobre i święte. Rodzice nie wychowują dzieci dla siebie, ale dla Boga i dla nich samych; toteż mądrzy rodzice cieszą się, że dla ich dorosłego dziecka najważniejszym człowiekiem życia jest teraz jego współmałżonek. Mądra miłość rodzicielska nigdy bowiem nie jest zaborcza.

Absolutnie nie chodzi o to, żeby wchodząc w związek małżeński, człowiek wyhamował w sobie miłość do rodziców. Oboje małżonkowie wchodzą w swój związek całymi sobą, a więc także ze swoją miłością do rodziców, także z jakimiś wobec nich zobowiązaniami. Właśnie dlatego, że nie ojciec czy matka, ale współmałżonek jest pierwszym człowiekiem mojego życia, wolno mi oczekiwać, że moje zobowiązania wobec rodziców będą w pewnym stopniu dzielone przez mojego współmałżonka. Podobnie jak ja nie będę się uchylał od dzielenia jego zobowiązań wobec jego rodziców.

Przenieśmy powyższy model na budowanie mądrej miłości do swojego dziecka pozamałżeńskiego. Otóż to powinien być dla Pana dogmat, że żona, która nie jest matką tego dziecka, jest pierwszym człowiekiem Pańskiego życia. Nie powinno to jednak zmniejszać Pana miłości do tego chłopca, który nie jest waszym wspólnym dzieckiem; to powinno stać się raczej zasadą porządkującą tę miłość.

Dwóch rzeczy Panu nie wolno, zresztą sam Pan o tym pisze. Nie wolno Panu zaniedbać swoich obowiązków wobec dziecka i nie wolno ich wypełniać zupełnie bez wiedzy żony. Żona — myślę, że w momencie opublikowania tego listu owa wspaniała dziewczyna jest już Pańską żoną? — wyszła za Pana jako za człowieka związanego sercem i obowiązkiem ze swoim naturalnym synem. W takiej sytuacji miłość do męża powinna objąć również jego dziecko.

Dziecko ma swoją matkę, zatem sytuacja Pańskiej żony wobec niego jest szczególnie delikatna. Chłopiec może ją postrzegać — nawet jeśli prawda jest inna — jako tę, która odebrała mu ojca, i ona będzie musiała cierpliwie znosić np. to, że on jej nie lubi. Być może uda się jej swoją wielkodusznością pomóc mu takie urazy przezwyciężyć.

Może się pojawić jeszcze inny problem: ponieważ matka Pańskiego dziecka jest osobą samotną, niech Pan — dmuchając nawet na zimne — stara się unikać sytuacji, które mogłyby w żonie wzbudzić niepokój, czy jest Pan jej wierny.

Ponadto — a piszę to jako świadek różnych dramatów, jakie zdarzały się ludziom, którzy znaleźli się w podobnych układach — niech Pan nigdy nie podejmuje bez wiedzy żony żadnych decyzji dotyczących Pańskiego dziecka, których konsekwencje również ona musiałaby częściowo ponosić. Kiedykolwiek będzie Pan chciał wziąć dziecko do siebie choćby tylko na kilka dni albo wziąć je na wasz wspólny urlop, czy też ze względu na dziecko wyjechać na kilka dni z domu albo zrezygnować ze wspólnego wyjazdu z żoną, niech Pan nigdy nie stawia żony wobec faktów dokonanych. Takie i podobne decyzje trzeba z nią zawsze uzgodnić, tego domaga się dobro waszego małżeństwa. Dzięki temu to dziecko, które nie jest jej dzieckiem, będzie wam jeszcze — zapewne inaczej niż wasze wspólne dzieci, ale bardzo realnie — pomagało w budowaniu małżeńskiej jedności.

Nie pytał mnie Pan — bo, na szczęście, nie jest to Pański problem — o stosunek do takiego dziecka pozamałżeńskiego, które przychodzi na świat wskutek cudzołóstwa jednego z małżonków. Trudno się dziwić, że takie wydarzenie jest chyba dla każdego małżeństwa prawdziwym trzęsieniem ziemi.

Powiem tylko jedno: świat robi się piekłem, jeśli z sytuacji spowodowanych grzechem próbujemy wychodzić poprzez następny grzech, nieraz jeszcze cięższy. Owszem, czasem potrafimy życie tak zaplątać, że wyjście z tego po Bożemu wymaga ogromu dobrej woli i samozaparcia. Na tym Bożym świecie nie ma jednak sytuacji, której rozwiązanie zmuszałoby nas do popełniania grzechów następnych.

Na pewno fatalnym wyjściem byłby zarówno rozwód, jak i cicha zgoda na trójkąt małżeński, a także ucieczka od obowiązków wobec swojego nieślubnego dziecka, które przecież nie prosiło się na świat. W takich sytuacjach, kiedy każde wyjście wydaje się złe, trzeba przede wszystkim bardzo zdecydowanie trzymać się Bożych przykazań. Kto tego nie rozumie, na pewno spowoduje jeszcze niemało zła.

Kiedy bywam wtajemniczany w dramaty wynikające z pojawienia się w czyimś małżeństwie nieślubnego dziecka, mimowolnie przypomina się słowo z Listu do Hebrajczyków: „We czci niech będzie małżeństwo i łoże nieskalane”. Jeśli będziemy starali się żyć zgodnie z tym słowem, takie dramaty będą nam oszczędzone.


Jacek Salij OP - ur. 1942, dominikanin, duszpasterz, emerytowany profesor teologii UKSW, autor wielu książek i artykułów, mieszka w Warszawie. (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Niegodziwe eksperymenty

Papież w więzieniu

Trudni rodzice

Zakochałam się w żonatym mężczyźnie

Płacenie podatków


komentarze



Facebook