Archwium > Numer 458 (10/2011) > Rozmowa w drodze > Sumienie trzeba szanować

Sumienie trzeba szanować
Chrześcijaństwo jest religią wolności. Najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć w przypadku konfliktu sumienia, to pogodzenie się z myślą, że nic nie można zmienić i trzeba grzeszyć.

Każdy zna maksymę: „Módl się i pracuj”. Czy jednak dzisiaj nie jest to mowa-trawa, nieprzystająca do realiów życia?

Można to zdanie zrozumieć opacznie jako: „Siedź cicho i rób, co do ciebie należy”. Ale to nie jest rozumienie chrześcijańskie. Za maksymą „Módl się i pracuj” stoi wielowiekowa tradycja duchowości benedyktyńskiej, którą można interpretować wielowymiarowo. Na przykład w perspektywie równowagi, jaką należy zachować między działaniem a modlitwą. Nieufność wobec sensu tego zdania bierze się też stąd, że nasze myślenie obciążone jest etyką protestancką, która zmieniła koncepcję powołania chrześcijańskiego i podejścia do pracy. Kiedyś praca była rozumiana funkcjonalnie, jako pewne zadanie, które trzeba wykonać, żeby żyć. Protestantyzm sprawił, że pracę zaczęto rozumieć jako powołanie, służenie Panu Bogu. Gdy pracujesz rzetelnie, to wypełniasz Boży plan zbawienia, ale gdy tego nie robisz albo czynisz to bez należytej pokory, grzeszysz. I jest w tym jakaś prawda, ale nie do końca. Takie myślenie mogłoby oznaczać, że jeśli nie mamy dobrze płatnej pracy, która nas rozwija i daje nam satysfakcję, to sprzeciwiamy się woli Bożej i planowi zbawienia, albo że jeśli z pokorą nie znosimy trudnych warunków pracy, to również „nie podobamy się” Bogu.

Katolicyzm kładzie nacisk na osobistą relację z Bogiem. Pan Bóg powiedział do Abrahama: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej!”, ale nie dał mu żadnych konkretnych wskazówek, co ma po drodze robić, czy paść owce, czy wyplatać koszyki. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że nie jest aż takie ważne, co robimy i jaką mamy pracę, istotne jest jedynie to, by nas ta praca nie niszczyła, a także nasza więź z Bogiem, którą można zachować w każdej życiowej sytuacji, nawet najtrudniejszej.

Czy można pracować i modlić się jednocześnie?

A czy będąc w pracy i wykonując swoje obowiązki, można po-myśleć o żonie czy mężu? Przecież to naturalne i nie słyszałem, by ktoś spowiadał się z tego, że zamiast pracować przez chwilę był myślami przy kimś, kogo kocha. No chyba, że tylko tym się w pracy zajmuje. Z Panem Bogiem jest tak samo.

A co wtedy, gdy ktoś się spowiada i mówi, że gdy pracuje, Pan Bóg nie jest na pierwszym miejscu w jego życiu?

Zupełnie tego nie rozumiem. A jest to jedno z najczęstszych sformułowań używanych w konfesjonale. Raz jeszcze odwołajmy się do przykładu z małżeństwa. Jeśli małżonek zapomni o urodzinach żony, co jest oczywiście niedopatrzeniem, i jest to grzech w relacji, to wcale nie znaczy, że żona nie jest w jego życiu na pierwszym miejscu. Wynika to zwykle po prostu z zapomnienia (podobno najlepszym sposobem, aby zapamiętać datę urodzin żony, jest raz o nich zapomnieć). Z drugiej strony może to być oczywiście sygnał, że coś niedobrego dzieje się w ich związku, ale wcale nie musi tak być. Łatwość oskarżania się o to, że Pan Bóg nie jest na pierwszym miejscu, to częściej puste słowa, nadinterpretacja. Mam przeczucie, że rzeczywistość jest prostsza, nie trzeba jej dzielić na sfery Boże i ziemskie. Bądź chrześcijaninem, żyj ze świadomością tego, jakim jesteś człowiekiem, bądź sobą w relacji z Panem Bogiem, zarówno w domu, jak i w pracy. Zaznaczyłbym tylko jedno „ale” dotyczące sytuacji, kiedy praca zastępuje modlitwę, to znaczy wtedy, kiedy ktoś pracuje, a w ogóle się nie modli. I to może być problem. Tyle, że to nie jest problem pracy, ale raczej jakiejś ucieczki od życia.

Zastanówmy się jeszcze nad jednym popularnym zdaniem „Żadna praca nie hańbi”. A co z tymi, którzy pracują po kilkanaście godzin dziennie w supermarketach czy korporacjach?

Są takie zajęcia, które dehumanizują, to znaczy sprawiają, że ktoś staje się mniej człowiekiem, bo jest sprowadzony do roli automatu, np. w telemarketingu. Ma kartkę z pytaniami i odpowiedziami i ma je bezmyślnie czytać. Nie można tego komunikatu nagrać, bo trzeba zachować żywy kontakt z klientem. Tyle, że człowiek, który tę pracę wykonuje, ma poczucie bezsensu. Nie może z niej zrezygnować, bo musi zarobić na chleb, ale jednocześnie powinien coś zrobić, by zmienić tę sytuację.

Są też zajęcia nie tylko dehumanizujące, ale i hańbiące w tym sensie, że wiążą się z popełnianiem grzechu, czyli zmuszają czy skłaniają człowieka do tego, żeby był nieuczciwy.

A jeśli ktoś pracuje w aptece i sprzedaje środki antykoncepcyjne, które nie służą życiu?

Dotykamy w tym miejscu skomplikowanej sprawy, którą jest etyka zbiorowa i kwestia sumienia mojego i innych. Konflikt bierze się ze zderzenia wartości wyznawanych przez część społeczeństwa z wartościami chrześcijańskimi. Są różne stopnie niezgadzania się z taką sytuacją. Mogę dążyć do zmiany tego w rozmaity sposób. Pamiętajmy jednak o tym, że wolność sumienia jest wartością dotyczącą także innych, a więc mamy prawo przekonywać, ale nie możemy zmuszać do przyjmowania wartości chrześcijańskich. Jeżeli decydujemy się dawać radykalne świadectwo, to musimy to czynić w poszanowaniu wolności innych ludzi. Klauzula sumienia, obywatelskie nieposłuszeństwo czy inne formy protestu powinny być stosowane z rozwagą. Taką barierą jest np. sprzedaż środków poronnych, ale w Polsce na szczęście jest ona nielegalna. Obowiązuje też zasada rozwagi i pewnej proporcjonalności, to znaczy, że jeśli państwo refundowałoby na przykład niektóre środki antykoncepcyjne, nie jest to jeszcze powód, by nie płacić po-datków. Bo porządek prawny i bezpieczeństwo państwa jest w tym wypadku wartością, którą też należy chronić.

Co więc może zrobić chrześcijanin, gdy ma do czynienia z konfliktem wartości?

Działać, choćby na płaszczyźnie politycznej: uczestniczyć w wyborach, podejmować inicjatywy ustawodawcze, zbierać podpisy, głosować w taki, a nie inny sposób, starać się zmieniać prawo, negocjować z pracodawcą warunki pracy, odwołując się do klauzuli sumienia, a w poważnych sytuacjach organizować protesty. Może też oczywiście wzywać do bojkotu, strajku czy obywatelskiego nieposłuszeństwa, ale tych sposobów nie powinno się nadużywać.

Łatwo powiedzieć. Ale ja myślę o konkretnym człowieku, który ma wątpliwości i pyta: czy ja zgrzeszyłem, skoro sprzedałem dzisiaj dziesięć opakowań środków antykoncepcyjnych.

Nie zapominajmy, że podczas spowiedzi człowiek ma dokonać oceny moralnej swoich czynów. Jeżeli sumienie coś mu wyrzuca, to trzeba mu pomóc, i to niekoniecznie poprzez potwierdzanie lub zaprzeczanie, że popełnił grzech. Każde zachowanie trzeba ocenić, biorąc pod uwagę intencje, okoliczności i cel, ale też ludzką indywidualną wrażliwość i starać się dopomóc w poszukiwaniu rozwiązań prowadzących do tego, by człowiek żył w zgodzie ze swoim sumieniem, takim, jakie ono aktualnie jest. Ludzie są wdzięczni, gdy kapłan, szanując ich wrażliwość, pomoże im znaleźć jakieś rozwiązanie, a przede wszystkim, kiedy pokaże nowe możliwości i perspektywy wyboru.

Bądźmy realistami. Boimy się utraty pracy i jest to skuteczny straszak powstrzymujący przed protestowaniem.

Chrześcijaństwo jest religią wolności. Najgorsza rzecz, jaka może się zdarzyć w przypadku konfliktu sumienia, to pogodzenie się z tym, że „nic nie można zmienić i trzeba grzeszyć”. Przeciwieństwem wiary nie jest niewiara, tylko lęk i determinizm. A Bóg mówi, że nie ma takiej sytuacji, w której musimy grzeszyć. Jeżeli mówimy o zasadach funkcjonowania w pracy, to dla chrześcijan grzech jest granicą, której nie można przekroczyć. Zwłaszcza jeżeli to ewidentny grzech polegający na oszukiwaniu kogoś, okłamywaniu czy wykorzystywaniu nieletnich. Powiedzenie „nie da się” jest często zgrabnym samousprawiedliwieniem, żeby nic nie zmieniać, bo zaangażowanie oznaczałoby konieczność opowiedzenia się za jakimś stanowiskiem w sytuacji, która jest moralnie dwuznaczna. Czasem także chcielibyśmy przerzucić nieprzyjemne konsekwencje naszych wyborów na Pana Boga, na przykład: przestanę oszukiwać, gdy będę miał pewność, że moja firma wtedy nie upadnie albo że nie stracę pracy. Powiedzmy jasno, takiej gwarancji Pan Bóg nie udzieli. Bo niszczyłoby to relację z Nim, ale też szkodziło nam samym, ponieważ czyniłoby z nas ludzi totalnie zależnych, niezdolnych do podejmowania decyzji i ponoszenia ich konsekwencji.

A co wtedy, gdy mamy poczucie uczestnictwa w grzesznej strukturze?

Uczestnictwo ma rozmaite poziomy. Inna jest sytuacja pielęgniarki pomagającej przy aborcji, inna osoby, która sprząta salę operacyjną po zabiegu, inna lekarzy. Myślę, że granicą jest to, co w prawie nazywa się uczestnictwem sprawczym. Biorę w czymś rzeczywisty udział. Stoję na czatach, a ktoś okrada sklep, podaję strzykawkę w czasie dokonywania eutanazji. Sumienie trzeba szanować, a praca nad jego kształtowaniem nie polega tylko na deklarowaniu tego, co już jest, a co jeszcze nie jest grzechem.

Sprzedaż i produkcja broni też może być dwuznaczna moralnie, choć nie odważyłbym się powiedzieć, że wszyscy pracownicy Świdnika czy Mielca są zbrodniarzami i powinni zmienić pracę. Mogę jednak sobie doskonale wyobrazić chrześcijanina, który z powodów moralnych zrezygnuje z takiej pracy, albo zrezygnuje z pracy przy produkcji lub sprzedaży alkoholu, bo tak mu sumienie i doświadczenia życiowe nakazują. Nie trzeba z tego zaraz robić normy ogólnej, wymaganej wobec każdego pod groźbą kary ogłoszenia go grzesznikiem.

Ale czy nie mamy do czynienia w takich sytuacjach z grzechem zaniedbania? Przymykamy oko i udajemy, że wszystko jest w porządku?

Teologia moralna mówi, że zaledwie 10 proc. decyzji, które podejmujemy, to sytuacje wyboru między złamaniem lub zachowaniem przykazania. Pozostałe 90 proc. to decyzje bardziej neutralne moralnie, czyli nieobjęte wyraźnymi zakazami i nakazami. Czy mam studiować geografię czy informatykę? Czy mam pracować w takiej czy w innej firmie? Czy mam się kłócić o swoje, czy nie? Pan Bóg dał nam wolność i bardziej interesuje Go to, jak postąpimy w danej sytuacji, jakiego dokonamy wyboru, niż to, jaki grzech popełnimy. Położyłbym akcent na twórczość, bo mam wrażenie, że zbyt szybko godzimy się na to, że możliwe są tylko dwa rozwiązania i że są one przeciwstawne. A co jeśli istnieją inne możliwości? Jeśli jednak uda się znaleźć jakąś płaszczyznę, która pozwoli mi pozostać wiernym sobie, ale i innym dopomoże w drodze do wiary? Krótko mówiąc, są sytuacje, kiedy brak konfrontacji jest poważną niewiernością sobie i Bogu, a są i takie, w których właśnie konfrontacja będzie złem.

Czasami idziemy na kompromis…

To prawda, kompromis kojarzy się często z czymś, co przypomina pakt ze złem. Tyle, że to jest fałszywe rozumienie tego pojęcia. Kompromis jest znalezieniem takiego rozwiązania, które zaspokaja żądania obu stron, ale nie kosztem rezygnacji ze swoich przekonań – inaczej nie jest to kompromis. Najtrudniejsze jest twórcze znalezienie nowej płaszczyzny, na której obie strony pozostaną wierne sobie, ale też zyskają coś nowego, nowe możliwości i cele.

Niektórzy mówią: Nie da się inaczej, wszyscy tak robią.

To nieprawda, że nie da się inaczej. Często moja zgoda na status quo powoduje, że to zło staje się powszechne. Dlatego trzeba zna-leźć w sobie odwagę, by z tym złem walczyć – na wielu poziomach.

A co z chrześcijańskim podejściem do konkurencji i rywalizacji? Czy to coś złego?

Grałem kiedyś w lidze księży tenisistów. Na otwarcie turnieju przyjechali dziennikarze i po kolei pytali uczestników, dlaczego grają. Trzech księży przede mną zgodnie stwierdziło, że nie chodzi im o zwycięstwo i wynik jest absolutnie nieważny, gramy wszak tylko po to, żeby budować kapłańską wspólnotę i dobrze się bawić. Przysłuchując się temu z boku, pomyślałem: co ja tutaj robię, chyba jako jedyny chcę wygrać.

Gdy tylko rozpoczął się turniej, wszyscy biegali po korcie jak wariaci, rzucali rakietami, przeklinali, znów było normalnie i każdy chciał być najlepszy. I to jest klasyczny przykład fałszywej chrześcijańskiej pokory.

Przywołam tu Platona, który mówił, że człowiek jest jak rydwan. Powozi oczywiście rozum, a ciągną dwa konie: czarny i biały. Czarny to uczucia, które nami miotają, ale też nas napędzają. Zachowuje się jak wariat, ciągnie w różnych kierunkach, bez ładu i składu. Woźnica musi go jakoś okiełznać, ale pomaga mu w tym biały koń, który ma duży wpływ na swojego czarnego pobratymca. Biały koń to też uczucia, ale tzw. społeczne, czyli ambicja i wstyd. W przypadku ambicji chodzi o stawianie sobie celów i dążenie do ich realizacji. Wstyd ma nas powstrzymywać przed pewnymi działaniami. Rolą woźnicy jest zarządzanie tymi końmi w sposób polityczny, czyli taki, żeby one się nawzajem wspierały, no i ciągnęły ten wóz tam, gdzie on chce, a nie tam, gdzie chcą konie.

Jak w takim razie patrzeć na sukces?

Każdy ma potrzebę bycia docenianym i skutecznym w działaniu, a to oczywiście w jakimś stopniu związane jest z konkurencją, bez której nasze życie jest wykastrowane z emocji. Jeśli jednak sukces staje się celem samym w sobie i dążymy do niego po trupach, to mówiąc językiem Platona, nasza ambicja podporządkowała sobie nasz rozum i używa sprytu do manipulacji, uwodzenia czy zaspokajania swoich namiętności. Inteligencja użyta w służbie pożądań to przerażająca siła.

A w którym momencie rodzi się chciwość, bo jest to grzech główny i jakoś powiązany z pracą. Jak ją w sobie rozpoznać?

Protestanci twierdzą, że skutecznym testem chciwości jest dziesięcina oddawana na Kościół. Niezależnie od mojej sytuacji materialnej oddaję 10 proc. własnych dochodów Kościołowi. Innymi słowy, pokazuję Panu Bogu, że pieniądze nie panują nade mną. Co więcej, w ten sposób idę za wskazaniami Bożej obietnicy, że jeżeli pokażę swoje zdystansowanie do tego, co materialne, to Bóg będzie mi błogosławił.

Mam paru protestanckich przyjaciół, którzy tak robią i rzeczywiście stają się coraz bogatsi. Jest to trochę wkurzające, bo takie podejście do Pisma trąci fundamentalizmem, ale sama zasada jest słuszna. Uwaga! Nie da się przy tym Pana Boga oszukać. Nie da się zrobić takiego duchowego triku, że coś dam, ale po to by dostać więcej, a tak naprawdę wcale się nie zdystansowałem. Jeśli dajesz szczerze, to znaczy, że możesz otrzymać więcej, bo posiadanie cię nie niszczy, czyli to ty posiadasz, a nie jesteś posiadany przez chęć posiadania. No i oczywiście dodajmy, że dawanie jako manifestacja mojej wolności wobec pieniędzy wcale nie musi być „na Kościół”, jest wiele innych możliwości wspomagania finansowego.

Mówisz o etosie protestanckim, a czy katolickie nauczanie zawiera takie wskazówki?

W jednym ze swych wystąpień Benedykt XVI mówił o małych pragnieniach, które obumierają w człowieku po to, by mógł pragnąć więcej. Zbieram pieniądze, bo chcę zbudować dom. Zbudowałem i co dalej? Okazuje się, że to jeszcze nie wszystko, że chcę więcej, żeby tam była rodzina, żebym miał z kimś bliską więź. Buduję tę więź, mam dzieci, a potem się starzeję i nagle się okazu-je, że nie jestem potrzebny tym dzieciom, że znowu coś, co było pozytywną wartością, obumiera, i co dalej? Papież mówi, że człowiek przez całe życie doświadcza tego, że jego pragnienia nie znajdują zaspokojenia w tym, co jest na ziemi, bo skierowane są na wieczność. Tyle że nie da się zgrabnie przeskoczyć z życia doczesnego do wiecznego i powiedzieć sobie, że skoro moje pragnienia są nieskończone i tu na ziemi ich nie zaspokoję, to teraz nic nie będę robił, niczego nie będę pragnął i poczekam na koniec świata. Małe pragnienia prowadzą do większych, a te większe do największych. Opozycja: być czy mieć, jest w tej perspektywie trochę fałszywa, bo im więcej mam, na przykład książek, które przeczytałem, wiedzy, którą zdobyłem, sztuki, którą zobaczyłem, muzyki, której słuchałem, to staję się kimś innym, bo to wszystko jakoś mnie kształtuje. Podobnie jest z domem i przedmiotami, które w nim mam. To wszystko mnie zmienia i kształtuje, zarówno w wymiarze duchowym, jak i materialnym. Ten proces przechodzenia od małych pragnień, przez coraz większe marzenia, aż do celu ostatecznego, to jest to, o co chodzi w chrześcijaństwie.

Czy Kartezjański paradygmat „Myślę, więc jestem” został współcześnie zastąpiony przez „Pracuję, więc jestem”? Czy praca nas definiuje?

Brakuje mi w tym zdaniu podkreślenia wymiaru relacji do kogoś. Bez odniesienia do Boga czy innych ludzi to zdanie jest kalekie. Praca nie jest celem samym w sobie. Można przepracować całe życie i być zgorzkniałym, nie zbliżyć się o krok do „bycia”, nawet jeżeli ta praca miała sens. Pracowanie nie daje zbawienia i w tym znaczeniu traktowanie zdania „Pracuję, więc jestem” jako dogmatu byłoby niepokojące. Co myśleć o niepełnosprawnych czy przykutych do łóżka? Nie pracują, więc nie są? Albo bezrobotni. Ktoś, kto nie pracuje, przeczyta hasło „Pracuję, więc jestem” i pomyśli: Skoro nie pracuję, to nie istnieję? I ludzie często tak siebie przeżywają – jestem nikim, jestem bezwartościowy, bo nie mam pracy. A to nieprawda. To, że ktoś jest bezrobotny, nie znaczy wcale, że jest bezwartościowy. Sens istnienia nie zależy tylko od pracy. Ważne jest, żeby zarabiać i mieć, bo stoi za tym jakiś rodzaj uznania i na to zasługujemy. Ale potrzebna jest również świadomość, że to, co mamy, nie może nami rządzić. To banał, ale warto go powtarzać, że ważniejsze jest to, jakim człowiekiem się staję, niż jakie zarobki osiągam.

Rozmawiał Roman Bielecki OP

JAROSŁAW GŁODEK – ur. 1965, dominikanin, doktorant politologii, były dyrektor wydawnictwa W drodze, mieszka w Warszawie.


Roman Bielecki OP - ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu. (wszystkie teksty tego autora)

Jarosław Głodek OP - ur. 1965, dominikanin, doktor politologii, socjusz prowincjała, mieszka w Warszawie. (wszystkich teksty tego autora)

     


zobacz także

Drodzy Czytelnicy,

O zaletach polowania na zebry

Różne takie story

Drodzy Czytelnicy,

Drodzy Czytelnicy,


komentarze



Facebook