OBSTAWIAM ŻYCIE
Była wrażliwym dzieckiem. Gdy wujek nauczył ją liczyć do stu, ze szczęścia dostała gorączki.

FOT. STOKPIC.COM


To drobnostka, nieszkodliwa zabawa, liczy się wszystko, automatycznie: okna, lampy, zielone i czerwone światła w drodze do pracy, sumuje cyfry na rejestracjach mijanych samochodów, ich marki, kolory. Zakłada się ze sobą o liczbę kroków do auta. 600. Potem się drobi lub sadzi susy, żeby wyszło. Hm, 800. Chwila, przecież od początku miało być 800, tylko potem się zmieniło. I pamięta się wszystkie numery telefonów, dwudziestosześciocyfrowe konta bankowe kilku zarządzanych przez siebie spółek, wszystkie regony, nipy. I jest się najlepszym w pracy! Jest się genialnym wprost.

Kolejną zaliczkę Ula wypisuje sobie jak zwykle koło obiadu, wtedy jest w pokoju sama, a pod koniec zmiany zawsze coś może wyskoczyć. Potwierdzenie wypłaty wrzuca obok kasetki z gotówką.

– Potrzebujesz więcej pieniędzy? – przełożony i jednocześnie kolega, który wciągnął ją do firmy, zagaja przy papierosie.

Ula odpowiada okrągłymi oczami.

– Mało nie zarabiasz, a bierzesz kolejną pożyczkę, powiedz, jeśli masz kłopoty.

W głowie czerwona wata. Gasi peta. Już wie, że koniec z zaliczkami. To znaczy z zostawianiem śladów. Pieniądze bierze dalej. Jest skrupulatna do bólu, notuje sobie wszystko w kalendarzu. Do czasu, gdy kwoty urosną do granic niemożliwości oddania. Zresztą i tak w marzeniach wygrywa miliard dolarów albo sześćdziesiąt miliardów i oddaje to wszystko z nawiązką.

Idealna rola

Nieskazitelny wizerunek jest niezbędny, gdy w środku nie ma nic. Oprócz galarety, rozczarowanej i zniesmaczonej sobą. Na razie Ulka gra superzorganizowaną i zaangażowaną bizneswoman. Nikt inny nie ma stuprocentowej obecności w pracy (urlop lepiej sprzedać, a chorować nie możesz, bo kto pójdzie za ciebie grać, kto odrobi te wszystkie straty?), nikt nie pracuje tak sumiennie. Bo nikt nie pracuje na żetony i fanty, na przyszłą megawygraną. Nikomu by się nie chciało o drugiej w nocy kontrolować magazynów firmy. Bo nikt inny nie potrzebuje pretekstu do wyjścia z domu w środku nocy – tylko przy okazji zahaczając na kilka godzin o salon bingo.

Pokochała to od pierwszego razu. Coś kliknęło, jakby wskoczyło na swoje miejsce. To miała być fajna rozrywka, znajomi, którzy ją tam wyciągnęli, po godzinie mieli dość. Ale ona nie. Szybko wróciła. Ta pierwsza samodzielna wizyta ją zawstydziła (młode kobiety nie chodzą same w takie miejsca). Nikt z obecnych, zatopionych w grze, nie zauważył jednak nietaktu. Wracała więc codziennie. Jeśli się gdzieś dobrze czujesz, to po prostu tam chodzisz, prawda?

Kryształy i pety

Mówią, że hazardzista to gwiazdor.Nawet przed automatem do gry. Musi błyszczeć, być w centrum. – Pamiętaj, że bierzemy udział w rywalizacji. Musimy być najlepsi, najmądrzejsi, najbogatsi, najszybsi – tłumaczy Ula.

– Był taki bum związany z aferą hazardową, nie mogliśmy się opędzić od dziennikarzy i studentów, wiadomo, to był news. Ale też wyobrażenie o hazardziście było śmieszne. Zwykle to typ Jamesa Bonda na czerwonym dywanie w megawypasionym kasynie. Kiedyś kolega zestawił dwa zdjęcia: Bond, a obok chłopak, który grzebie w śmietniku. I to jesteśmy my. Nie z tego pierwszego zdjęcia. Dla ludzi kasyno to luksus, ale nie dla nas. Zapytaj, ilu wychodziło z kasyna z Marriotta i zbierało pety, bo chciało im się palić, taki to hajlajf. Ale w społecznym postrzeganiu to kolorowy dywan, Monte Carlo i Las Vegas. Cichy szelest, przemiła obsługa, powitalny darmowy koktajl. Trąci wielkim światem, na sto procent dadzą ci tu poczucie wyjątkowości. Mało kto zdoła uchwycić delikatnie stęchłą woń wgryzionego w tapety i wykładziny dymu papierosowego, przetrawionego alkoholu i potu. Inne fizjologiczne zapachy znikają dzięki błyskawicznemu dyskretnemu serwisowi – gdzieś na zapadłej stacji pod Piotrkowem gracz może stać przed automatem we własnych odchodach przez dwie doby, w kasynie przeszkadzałoby to innym klientom. A w amoku gry wyjście do toalety jest czasem niemożliwe.

Zaklinanie fortuny

Niedzielne przedpołudnie. Eleganckie kasyno w centrum miasta. Tu na swoim nabożeństwie siedzą ci, którzy najbardziej potrzebują ukojenia rozedrganych dusz. Paru Azjatów w przepoconych koszulkach Lacoste, jakiś amant w marynarce, za to z brakami w uzębieniu, kilka samotnych kobiet w średnim wieku, powklejanych w fotele przed stołami do blackjacka i automatami. Pięćdziesiątka w okularach i poliestrowym garniturku pamiętającym początek wieku rozmienia w kasie pieniądze na niskokwotowe automaty (te uzależniają najszybciej). Rozdziela plik dwudziestozłotówek, cienkie zwitki wsuwa do kieszeni żakietu, spodni, drugiej kieszeni, resztę do torebki.

 – Też rozkładałam po kieszeniach, torebkach, część zostawiałam w schowku w samochodzie (mówiłam, że na mandat albo zmianę koła) – opowiada Ula. Przed denominacją to były spore pliki banknotów. To rozkładanie było jak zaklęcie i ochrona. Sposób kontroli. Kolejny po nieudanych próbach wyznaczania sobie czasu na grę: do 22. Ale przecież dziesiąta to nie jest wcale późno, a karta idzie. Do 23. No dobra, ale o pierwszej wychodzi już na pewno!

Dziś w ulotkach wystawionych przy wejściu do kasyna piszą, żeby uważać, grać odpowiedzialnie. Upewnić się, że stawki, którymi się gra, nie przekraczają twoich możliwości finansowych. Ustalić ze sobą przed grą czas pobytu w kasynie oraz limit pieniędzy, które możesz na nią przeznaczyć, i nie przekraczać ich w żadnym razie. Radzą, jak skontrolować niemożliwe do skontrolowania. Ona przecież to wszystko robiła, jak i tysiące jej podobnych, tyle że to nie działa. Te rady i ostrzeżenia to i tak dużo, kasyna nie muszą tego robić, żaden zapis w ustawie hazardowej ich do tego nie zobowiązuje.

Wszystko pod kontrolą

Przez krótki czas prowadziła rejestr wygranych i przegranych, ale pokazywał zafałszowany, jej zdaniem, obraz – przecież miała też w życiu spektakularne wygrane! Notowała zmiany krupierów – musiała się dobrze orientować i odwiedzać różne salony gry, żeby obsługa nie widywała jej za często i żeby sobie nie myśleli.

Potem były pożyczki. Bo gdy opróżnisz po kolei wszystkie kieszenie, przegrasz pieniądze ze schowka w samochodzie, wydasz kasę na buty, którą odłożyłaś w domu, zaliczysz bankomat i nadal potrzebujesz, bo wygrana jest tuż-tuż, są jeszcze inne metody. Na przykład taka scenka u przyjaciółki, do której wpadasz niby przejazdem. Jest miło, już dziękujesz za spotkanie, sięgasz po torbę i: „O rany, nie mam portfela, przyjechałam bez dokumentów! I na oparach. Pożyczysz dwie stówy?”. I pożyczają, na paliwo, na plombę (tak naprawdę u dentysty i ginekologa nie była przez dekadę, zero badań, szkoda czasu, ale głównie pieniędzy). Potem przyjaciółki będą się trochę dziwić, że tak często zdarzają jej się te zapomnienia i przypadki, ale ona „zawsze taka roztrzepana była”. – Poza tym, zawsze oddawałam – mówi Ula. – O te długi akurat bardzo dbałam. I jeszcze zawsze czynsz i rachunki miałam opłacone punktualnie. To dla poczucia bezpieczeństwa. Może też forma kamuflażu? Przed samą sobą, bo przecież hazardzista to ktoś, kto ma długi, ona nie ma, to co z niej za hazardzistka? Wprawdzie z bankowymi nie szło tak gładko, ale też jakoś płaciła. Wszystko na zakładkę. – Jeżeli miałam pożyczony tysiąc złotych i potem jeszcze debecik na kolejny tysiąc, to brałam kredyt na trzy tysiące, spłacałam te dwa i tysiąc mi jeszcze zostawał. Na grę oczywiście. Nikt nie wiedział o tych kredytach, bardzo dużo w tamtym czasie zarabiałam.

Jak być szczęśliwym

Według broszury Gamblers Anonymous The Combo Book (ze strony anonimowihazardzisci.org)hazardzistów cechuje emocjonalna niepewność: „Hazardzista czuje się komfortowo jedynie »w akcji«. Nierzadko się zdarza, że członek Anonimowych Hazardzistów mówi: »Jedyną sytuacją, w której czułem się dobrze, było siedzenie przy stole do pokera, bo tam byłem bezpieczny i spokojny. Nikt niczego ode mnie nie wymagał«”.

Jak pogodzić tę emocjonalną niepewność z hazardowym gwiazdorstwem? – Bo to jest jak rozdwojenie jaźni. W pracy pełna profeska, rola zimnej baby z zarządu spółek, rozdającej karty, ale gdy to zedrzesz ze mnie… Wsiadałam do samochodu i się trzęsłam, co ja narobiłam? Bo w takich momentach płynęłam, wygadywałam niestworzone historie, przypisywałam sobie czyjeś zasługi.

The Combo Book: „Niedojrzałość, chęć posiadania wszystkich ważnych rzeczy w życiu bez większego wysiłku jest wspólną cechą charakteru wielu hazardzistów”. Ula też pragnęła mieć normalne fajne życie, rodzinę, dom. Ale jeszcze nie teraz. Kiedy już będzie całkiem niezależna.

Żony hazardzistów proszą: „Kochanie, nie idź, nie graj, mamy takie długi”, a on wychodzi i mówi: „Co ona się mnie czepia, możesz mi powiedzieć? Przecież ja gram dla nas, żeby spłacić te kredyty, noce zarywam, kombinuję, skąd wziąć kasę, żeby ona mogła normalnie żyć i żeby moje dzieci miały przyzwoity start w tym cholernym kraju”. I on nie czuje sprzeczności, żadnej! I ma wręcz poczucie krzywdy, bo ona się go czepia.

– Ja miałam jeszcze dodatkowy cel – zbawić świat. Działać na skalę makro, nie mikro – mówi Ula.

Najwyższa wartość

The Combo Book: „Hazardziści spędzają wiele czasu, tworząc wizje wielkich i wspaniałych czynów, których dokonają, jeśli tylko uda im się wygrać. Często postrzegają siebie jako filantropów i ludzi lubianych. Marzą o zapewnieniu rodzinie i przyjaciołom luksusów, a siebie wyobrażają sobie jako ludzi prowadzących komfortowe i dostatnie życie, które osiągnęli dzięki swojemu »systemowi«. Służący, apartamenty, drogie ubrania, czarujący przyjaciele, jachty, podróże to tylko niektóre ze wspaniałości czekających tuż za rogiem, gdy tylko wygrają”.

Dla hazardzisty pieniądze nie są po prostu pieniędzmi. Jeszcze na początku mają jakąś wartość, to za nie kupisz te wszystkie jachty i rezydencje. Ale później… Kredyty bierzesz jak zapałki, które są ci potrzebne do podpalenia papierosa, to tylko narzędzie.

Tego dnia szczęście jej sprzyjało. Miała dużo kasy zabukowanej na maszynie, kiedy rozwaliła bank. Podeszło dwóch ochroniarzy: „Zapraszamy panią po wygraną do kasy z dowodem osobistym”. A Ula, puste oczy oderwane od ekranu automatu, rzuca: „Spierdalaj!”. To taki stan, że nie jesteś tą wygraną zainteresowana, bo ona nie jest ci teraz potrzebna. Żaden hazardzista na koniec już się nie cieszy z wygranej, bo ona oznacza, że musisz siedzieć tu dłużej, bo wyjść możesz dopiero wtedy, gdy nie masz już nic.

Skromna i oszczędna

Z materiałów Anonimowych Hazardzistów: Czy byłeś niechętny, aby użyć „hazardowych pieniędzy” na normalne wydatki?

Wszystkie pieniądze były na hazard. Tylko raz na jakiś czas, w ostateczności, z hazardowej kupki Ula brała na normalne wydatki. Kiedy poszły jej ostatnie rajstopy, kupowała najtańsze, u Chińczyka, z bólem, bo przecież zabiera pieniądze z wygranej!

Jeszcze tylko do pracy ubierała się porządnie. Ten teatr jest potrzebny, bo jest źródłem twojego dochodu. Ale w końcowym okresie na automaty chodziła w dresie, z tłustymi włosami, bez mejkapu. – Zarabiałam kupę forsy, ale musiałam oszczędzać, przecież nie mogłam uszczuplić wygranej! – opowiada. Jej ulubiony majonez kosztował 4,80. Był też drugi, za 4,20. Brała z półki ten pyszny, dostawała ślinotoku, patrzyła na ceny: „Kurde, drogi”, i kupowała tańszy. To poczucie, że nie stać jej nawet na majonez! – A potem szłam do kasyna i przepuszczałam pół pensji – mówi.

– Kiedyś przysiadła się do mnie dziewczyna, wyjęła złoty łańcuszek z krzyżykiem, który jej syn dostał na komunię. I: „Proszę cię, kup to ode mnie, błagam, kup ode mnie”. Trzęsła się cała, bo hazardowe delirium jest jak to alkoholowe, halucynacje, panika, padaczki nawet można dostać. Nie miała za co grać. Ale wiadomo, że ja nie kupię, chociaż by chciała za to trzy złote, nie kupię, szkoda mi pieniędzy, które mogę przeznaczyć na granie. Po cholerę mi złoty łańcuszek z krzyżykiem?! Tak, pieniądze były święte.

Euforia i konieczność

Żeby grać, musisz mieć siłę. Sama adrenalina nie wystarczy, choć działa jak najlepszy antybiotyk, jest w stanie sprawić, że nie poczujesz, jak tuż po operacji puszczają szwy i ze świeżej rany wypływa na krzesło ropa i krew, przy rulecie czy automacie nie ma bólu, znika gorączka. Po pracy szybka drzemka, higieniczna, przecież cała noc potem w kasynie. Zgrywasz się, wracasz do domu, próbujesz zasnąć, co nie zawsze się udaje, bo automaty grają ci bez przerwy w głowie. Musisz mocno skupić uwagę na czymkolwiek, żeby karty przestały wirować. Więc Ulazamyka oczy i wyobraża sobie, że jest już najbogatszą i najpiękniejszą kobietą po wszystkich operacjach plastycznych i kupiła za 50 miliardów dolarów lek na długowieczność. A wszystkie bezdomne psy żyją w jednym kraju, mają opiekę, jedzenie, są szczęśliwe. Rodzice mają najpiękniejszy dom w Konstancinie, z majordomusem, sztabem pielęgniarek i służących. Problemy Trzeciego Świata zlikwidowane! Mówi to dziś, jakby powtarzała sen szaleńca. To był sen szaleńca. W ogromnej części śniony na jawie.

Końcówka

Ostatnim pomysłem, żeby to wszystko ogarnąć, było przesiadywanie do późnej nocy u przyjaciół, byle tylko nie pojechać na bingo. – Miałam już świadomość, że nad tym nie panuję. I byłam przerażona. Już dawno nie sprawdzało się tłumaczenie, że to tylko hobby, kosztowne, bo kosztowne, ale hobby – mówi. Wracała do domu po północy, kładła się spać, a dwie godziny później zrywała się i wyjąc, wyzywając się od szmat najgorszych, szła grać. – Chciałam się zagrać na śmierć, bo nie umiałam sama się zabić. Byłam wykończona. Zamykasz oczy, a tam wyje, obrazy ci napieprzają, nie jesteś w stanie tego zatrzymać. Słyszysz, jakby to obok ciebie grało, te wszystkie automaty, melodyjki z maszyn. Stopery nie pomogą, bo dźwięk masz w środku. Rozsadza ci łeb.

To była środa. W kasynie dosiadła się do niej starsza kobieta. Suchy gracz, który sam grać nie może, ale napawa się twoją grą, wgapia, komentuje i uważa jeszcze, że wygrywasz dzięki niemu: „Kochaniutka, przyniosłam ci szczęście, daj piątaka”. A hazardzista jest łaskawy w swoim geście, on nie poda, on ci rzuci tego piątaka. Suchy gracz to niższa kasta. Gdy cię taki dopadnie, to lepiej podbijać stawki, żeby się szybciej zgrać i już sobie pójść, uwolnić się. Na parkingu sucha graczka dogania Ulę. Nie ma już na taksówkę, na bilet nawet, łasi się, żeby ją podwieźć. W samochodzie nie przestaje nawijać.

– Ten hazard to okropna rzecz.

– Chyba dla pani.

– Od tego można się uzależnić.

– Chyba pani się uzależniła.

– Są mityngi dla hazardzistów, mogłybyśmy razem pójść.

Nieproszona zostawia swój numer.

Zaczyna się wielkie pożegnanie – już nie ma co tracić czasu na wieczorne drzemki, gra non stop. Jak w amoku. Kończy w sobotę koło siódmej. Do 11 wypija litr kawy, wypala paczkę papierosów. Dzwoni. – Spotkanie było na 15. To był sierpień. Nic nie pamiętam, oprócz tego, że nie powiedzieli słowa na temat, który mnie interesował, czyli jak grać, żeby nie przegrać i żeby wyjść z kasyna wcześniej. Podejrzenie o sekcie miałam od razu.

Nie gra do kolejnej soboty. Szok, pierwszy raz udało się tak długo nie grać. W sobotę znów biegnie na mityng. Znowu zadziałało. Mieli tak samo, jak ona, co ją irytowało, bo przecież była wyjątkowa. Poza nią była jedna kobieta. Był 1998 rok.

Krajobraz po

– Kiedy przestałam grać, moim wrogiem nie był hazard, pieniądze, tylko czas. Bo co ja miałam z nim do cholery robić? I oni mi tu w AH bardzo pomogli, spotykaliśmy się właściwie codziennie po pracy i godzinami gadaliśmy o czymkolwiek. Nie miałam żadnych zainteresowań, żadnej rodziny, żadnych zajęć. Nic, bo przez 10 lat miałam jedno hobby.

– Hazardzista, czy to mężczyzna, czy kobieta, jest samotny. Oni nie mają grupy, przecież nie grają wspólnie, tylko indywidualnie – tłumaczy Luba Szawdyn, psychiatra i psychoterapeuta uzależnień. – Może wziąć udział w biesiadzie, na pięć minut, strzeli sobie lufę i pójdzie samotnie grać. I bardzo ciężko się potem socjalizują. Towarzyszy im też większy wstyd niż przy innych uzależnieniach. Bo w hazardzie jest mniejsze niż przy chemicznych uzależnieniach uszkodzenie „centrali”, oni się wręcz doszkalają, uczą się matematyki, rozwijają zdolności myślenia, więc kojarzą, co robili.

Na spotkaniach Anonimowych Hazardzistów nie mówi się o stawkach, nie wymienia sum. Każdy przegrywa tyle, na ile go stać – i nie chodzi o finanse. – Nie przeraziły mnie te stracone pieniądze, choć były duże, najgorszy był czas. Z tej mojej hazardowej dekady przegrałam non stop trzy lata, 24 godziny na dobę.

Na początku jest trudno, musisz usunąć z myślenia rywalizację, liczenie, grę. A grać, zakładać się, umiesz o wszystko i wszędzie, nie potrzebujesz do tego innych ludzi. Jak szybko dojedziesz do Skierniewic, ile kroków masz do parkingu, możesz się nawet ścigać ze staruszką do kasy w sklepie.

– Nie znasz wartości pieniądza, jak dziecko we mgle. Rzecz dla mnie niezrozumiała – jak można mieć rano na bułkę, papierosy, na kawę w kawiarni, do kina iść? Gdy grałam, portfel o poranku świecił pustkami. Teraz nie umiałam sobie z tym poradzić i pieniądze wydawałam na potęgę. Kupowałam wszystko, łącznie ze złotymi butami, których nigdy w życiu nie założyłam, bo nie były modne, tylko dziwne.

Nie grała już z rok. Na urodziny przyjaciółki przyszła spóźniona, usłyszała: „Ulka jest, ruszy impreza!”. A ona nie miała ochoty, chciała posiedzieć, wypić drinka, z kimś kameralnie pogadać. Nie wchodzić w tę rolę, co zwykle. Bo zwykle to ona rozkręcała imprezy, to ona opowiadała dowcipy, mówiła, kiedy tańczyć, kiedy jeść, kiedy pić. Brała kieliszek wódki, krzyczała „ognia!”. Przecież musiała być gwiazdą. A teraz oni wszyscy rozczarowani: Gdzie „ogień”? Potem przyjaciel powiedział: „Z tobą się teraz nie da rozmawiać!”. Bardzo bolesne, gdy wiesz, że mówi o prawdziwej tobie, a nie o jednej z twoich masek. Tamto to była błazenada, ogromne koszty emocjonalne i fizyczne.

Puste miejsca

Gdy grasz, rodzina tylko przeszkadza. Wygodniej jej nie mieć. Kiedy był czas na rodzenie dzieci, Ula wyśmiewała te wszystkie zaciążone znajome, ją to waliło, bo miała wygrać nieokreśloną ilość pieniędzy i zajmować się rzeczami znacznie większej wagi niż pieluchy. Później był moment, że tęskniła, ale dziś jest jej przykro tylko z jednego powodu. – Nie mam co zrobić ze zdjęciami. Dam je mojej chrześnicy, ale one nie przedstawiają dla niej wartości emocjonalnej. Kim dla niej jest mój tata? Moi dziadkowie, moje psy? A dla mnie to są najcenniejsze rzeczy. Ale rodzić dziecko tylko po to, żeby album rodzinny przekazać? Chore!

Do tej pory zostały czarne dziury pamięciowe, palimpsesty. To bardzo smutne, teraz już nie przerażające. Niedawno robiła porządek w archiwum w firmie, kurz potworny, bo to z dwudziestu lat, nagle wypada jakieś zdjęcie. Rozczula się nawet trochę: „Ojej, jakaś księgowa zostawiła”. Odkłada je, może ma kontakt z tą osobą, to jej odeśle. Przygląda się później – osoba na zdjęciu to ona. Siedzi na skale, wokół żółty piasek. Wakacje. Najprawdopodobniej zagraniczne, bo kaktus rośnie obok. Nie ma pojęcia, gdzie i kiedy to było. Nic, pustka.

Gdzie można znaleźć pomoc:

http://anonimowihazardzisci.org/

tel. 881 488 990

telefon zaufania: 801 889 880


Michalina Kaczmarkiewicz - absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim oraz studiów w zakresie duchowości chrześcijańskiej na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Publikuje m.in. w "Zwierciadle". (wszystkie teksty tego autora)

     


zobacz także

Pokarm na życie wieczne

Skok wiary

Demiurgowie europejskich wartości

ZA BURTĄ

WRÓG NUMER DWA


komentarze



Facebook